Felietony

Kuź: Putin pod ścianą

Fotorzepa
Zakończony niedawno szczyt Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku to wyraźny znak, że Rosja traci na znaczeniu. Natomiast Chiny i USA w tym samym czasie zaczynają dzielić i rządzić.

Można spekulować, czy do oficjalnego spotkania Putin–Trump nie doszło dlatego, że prezydentowi USA byłoby ono nie na rękę wobec śledztwa dotyczącego konszachtów, które z Kremlem mieli mieć jego współpracownicy. Jednak nawet gdyby takie spotkanie miało miejsce, to dla polityki zagranicznej USA nie byłoby ono nawet w połowie tak ważne jak rozmowy z przywódcą Chin. Zakończyły się one bowiem zawarciem umów na sumę ponad 250 mld dolarów (tylko trochę mniej niż wartość całego rocznego eksportu Rosji). Eksperci zaś i tak kręcą nosem, mówiąc, że to niewiele, że pozostaje niekorzystny dla USA deficyt handlowy, a duża część uzgodnionych dokumentów to tylko niewiążące memoranda. Nawet krytycy przyznają jednak, że Chiny otworzyły się na współpracę w obszarach, w których dotychczas były jej niechętne: motoryzacji (umowa z Fordem) i usługach finansowych (umowa pomiędzy Goldman Sachs a China Investment Corporation).

Rosję musi też drażnić to, że amerykańskie korporacje wchodzą nieśmiało w Azji na jej podwórko, czyli handel surowcami energetycznymi. Chiny mają wyłożyć 83 mld dolarów na eksploatację gazu łupkowego w zachodniej Wirginii, zainwestują również w złoża na Alasce, a od 2021 r. skroplony gaz ma popłynąć do Państwa Środka z Zatoki Meksykańskiej. W kwestii bezpieczeństwa partnerem do rozmowy również był dla USA Pekin, bo kluczowym z amerykańskiej perspektywy zagrożeniem jest uzbrojony w głowice nuklearne reżim Kima, który Chiny mają przecież w kieszeni. Efekt jest taki, że w świat poszedł obraz poklepujących się po plecach Xi Jinpinga i Donalda Trumpa oraz siedzącego samotnie Władimira Putina. Trump podrywa go z krzesła i rozmawia z nim tylko chwilę, jakby z litości. Te rosyjskie niepowodzenia nie powinny jednak zbytnio cieszyć Ukraińców, Bałtów czy Polaków. Moskwa na arenie międzynarodowej ma w sobie coś z przemocowca i nieudacznika zarazem. Kogoś, z kogo znajomi bezlitośnie naśmiewają się przy piwie i kto potem sfrustrowany wraca do domu, by wyżywać się na słabszych.

Autor jest politologiem z Uczelni Łazarskiego i Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL