Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Wandalizm czyli agresja wobec Kościoła

PAP/ Tomasz Gzell
Przeczytałem w tym tygodniu dwie informacje, po których odjęło mi mowę. I nie wiem nawet, która zrobiła na mnie większe wrażenie. Bo trudno mi rozstrzygnąć, czy bardziej zaszokowało mnie to, że lewicowi aktywiści w akcie wandalizmu pomazali farbą kilka kościelnych budynków, czy też to, że znalazło się sporo środowisk, które zamiast – co wydawałoby się kulturalnym ludziom sprawą oczywistą – wszystko potępić, solidaryzowały się z intencjami chuliganów.

„Oto ciało moje, oto krew moja. Wara wam!", „Pedofile", „Mordercy kobiet" – takie napisy czerwoną i czarną farbą znalazły się na fasadzie plebanii katedralnej. Można podejrzewać, że atak na kościelne budynki był reakcją na zwrócenie się przez Kościół do posłów, którzy – również po raz kolejny – wzięli na warsztat obywatelską ustawę usuwającą z polskich przepisów zapisy umożliwiające aborcję w przypadku ciężkiej choroby płodu.

„Wygląda na to, że w Polsce zaczyna się Irlandia. Jesteśmy antykościelne, bo Kościół jest antykobiecy" – można było przeczytać na Codzienniku Feministycznym, który zamieścił zdjęcia zdewastowanych miejsc. Wyrazy solidarności płynęły również z innych stron.

Nie był to jednak pierwszy akt agresji przeciwko Kościołowi w ostatnim czasie. Wszak w marcu grupa lewicowej młodzieży, nazywającej się „Studenckim Komitetem Antyfaszystowskim", przeprowadziła kilkugodzinną okupację siedziby warszawskiej kurii biskupiej, gdzie przepychała się z policjantami, wspinała się na budynek, by zawieszać na nim transparenty, czy rzucała śnieżkami.

Powie ktoś, że to niewinne żarty. Tylko że to, co zaczęło się rzucaniem śnieżkami, zmieniło się teraz w dewastację budynku. Niepokojące jest też to, że „antyfaszyści" stosują przemoc. Dokładnie rok temu w Niemczech „antyfaszyści" plądrowali sklepy, podpalali samochody i demolowali Hamburg, wyrażając swój sprzeciw wobec szczytu G20 i obecności na nim Donalda Trumpa.

Często słyszymy o tym, jak prawica zagraża wolności i demokracji. Rzeczywiście partie prawicowe na Węgrzech czy w Polsce wykazują niepokojące inklinacje do zamordyzmu. Ale nie mniej niepokojąca jest słabość do zamordyzmu okazywana przez lewicę. Nie chodzi bowiem o pokojowe marsze, w których sprzeciwia się na przykład aborcji. Pokojowy marsz to sól demokracji. Ale gdy pojawia się przemoc, żarty się kończą. Warto przypomnieć, że wypowiadające się rzekomo w obronie wolnego wyboru feministki w swym projekcie ustawy legalizującej aborcję zawarły wiele propozycji, które miały charakter czysto represyjny wobec osób, które mają inne poglądy. Proponowano na przykład karę więzienia dla tych, którzy protestowaliby przeciwko ustawie zezwalającej na aborcję w pobliżu szpitali czy przychodni czy za wypowiedzi, które feministki uznałyby za niezgodne z wiedzą na temat przerywania ciąży.

To już polityczna przemoc. Przestaje tu bowiem chodzić o liberalizację, o swobodę wyboru, o tolerancję. Chodzi o przeprowadzenie radykalnej rewolucji obyczajowej, m.in. przy użyciu gróźb zapisanych w kodeksie karnym. Nie chodzi więc o współistnienie różnych systemów moralnych w ramach społeczeństwa – czego teoretycznie powinni się domagać zwolennicy tolerancji – lecz o zastąpienie jednego, przyznajmy dość konserwatywnego światopoglądu, innym, pasującym środowiskom lewicowym, lewackim czy antyfaszystowskim.

Wbrew obowiązującej politycznej poprawności ostrzegającej przed zagrożeniem dla różnych swobód ze strony prawicy przeciwnicy wolności są również bardzo silni po lewej stronie. A im bardziej są skrajni, tym bardziej wolności nienawidzą.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL