Oto dowód, że nie obroniliśmy kościoła przed niewiernymi i mamy za swoje. Problem w tym, że tej świątyni zapewne nikt siłą chrześcijanom nie odebrał. To oni porzucili swoją tożsamość i swoje zasady, a potem swój kościół. Czas się obudzić: nie zrobili tego, bo im kazała „bezbożna" Komisja Europejska. Prędzej już mogli porzucić swój kościół z powodu zgorszenia, którego źródłem byli ci, co się za chrześcijan podawali.

 

Mamy dwa modele obrony chrześcijańskiej Europy. Pierwszy – krzyżacki, od którego Polska trzymała się jak najdalej. Nawet gdybyśmy razem z innymi zdecydowali się na zmienienie kontynentu w jeden wielki zamek w Malborku, twierdzę otoczoną murami, to i tak nie za bardzo będzie miał kto w nim mieszkać przy dzisiejszych tendencjach demograficznych, szczególnie w Polsce i Niemczech. Drugi model – Pawła Włodkowica, który bronił Europy i Polski przed Krzyżakami na soborze w Konstancji. To działa, trzeba tylko obronić chrześcijaństwo chrześcijańską postawą. Wtedy ważne jest też świadectwo. Można więc w takim modelu pokazywać zagrożenia płynące z nielegalnej emigracji, ale nie można pompować balonu znieczulicy w Polsce. Można krytykować przeciwników politycznych, ale nie da się tego pogodzić z oszczerstwem, szyderstwem czy kłamstwem. Nie da się, gdy jest się chrześcijaninem, uciec od sprawiedliwości w ocenie pracowników w ministerstwach, nawet gdyby byli „z innej opcji". Nie da się stosować politycznego odwetu.

Chrześcijańska Europa zaczyna się w nas jako Europejczykach. Gdy w nas brakuje chrześcijańskich cnót, kończy się chrześcijańska Europa. Zamiana kościoła na meczet to tylko skutek.