Wybory we Francji: Macron, a po nim potop

aktualizacja: 07.04.2017, 22:10
Foto: AFP

Faworytem w wyborach prezydenckich we Francji jest Emmanuel Macron.

REDAKCJA POLECA
05.04.2017
Wybory we Francji: Marine Le Pen powalczy o prezydenturę z Jean-Luc Melenchonem?
05.04.2017
Francja: W debacie prezydenckiej Le Pen zaatakowana za antyunijne poglądy
05.04.2017
Sondaż: Emmanuel Macron i Marine Le Pen z 23,5 proc. poparcia
Kariera.pl
Menedżer nie musi być wiecznie lojalny wobec dawnej firmy
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

W drugiej turze wszyscy (od trockistów po katolickich wolnorynkowców) zacisną najpewniej zęby i będą głosować na niego, by zatrzymać Marine Le Pen. Podobnie jak zwycięstwo Marka Rutte w Holandii, przegrana Le Pen zostanie odebrana z ulgą przez tych, którzy obawiają się fali tak zwanego populizmu. Komentatorzy zbyt często skupiają się jednak na liderach, a nie na tym, jak zmienia się cała scena polityczna. W polityce jest zaś jak w sporcie. Ten, kto staje na drugim miejscu podium, czasami staje też na pierwszym.

Co do zmian konstrukcji podium, to już w marcu 2015 r. w tekście dla „Nowej Konfederacji” postawiłem tezę, że w polityce krajów rozwiniętych jest coraz mniej podziałów na tradycyjnie rozumianą lewicę i prawicę, a coraz więcej na neoliberalny globalizm i tożsamościowy lokalizm. Oczywiście nie wszędzie zmiana paradygmatu musi się skończyć lokalnym Trumpem.

Linia nowego frontu jest bardzo nieregularna. Jednak zarówno we Francji, jak i w Holandii coraz bardziej słabną tradycyjni konserwatyści, jak Fillon, i dawna wyblakła lewica, jak Hollande czy też zmiażdżona w wyborach holenderska Partia Pracy pod wodzą Lodewijka Asschera.

Na poziomie typów przywódców nowa polaryzacja coraz bardziej przypomina zaś typologię Vilfreda Pareto, który polityków dzielił na tożsamościowe lwy i bezideowe lisy. Globalista Macron należy na pewno do tej drugiej kategorii. Oficjalnie jest partyjnie niezależny, choć niedawno był przecież ministrem finansów w rządzie socjalistów. Przedtem zaś bankierem w Rothschild & Cie. Hasła zmienia dziś jak rękawiczki i z każdym mu do twarzy. Wydaje się politykiem niebywale sprawnym, ale pozbawionym wizji, przekonań i twardych zasad.

Nie jest jednak pewne, czy zdaje sobie sprawę, jak wielki zaciągnie kredyt zaufania, sięgając po głosy szerokiego antylepenowskiego frontu. Nie można być w nieskończoność mniejszym złem. Jeśli gospodarczo i politycznie nie postawi Francji na nogi, to będzie mógł zacytować słowa przypisywane kochance Ludwika XV. Po nas choćby potop.

Autor jest politologiem z Uczelni Łazarskiego.

POLECAMY

KOMENTARZE