Energianews

Żadnych więcej interesów z polskim rządem

123RF
Polscy rolnicy i drobni przedsiębiorcy inwestowali przed laty w wiatraki skuszeni obietnicami polityków. Dziś czują się oszukani. Walczą o spłatę kredytów.

O spektakularnych bankructwach wiatrakowców na razie nie słychać. Po pierwsze dlatego, że od kilku miesięcy banki udzielające na nie kiedyś kredytów prowadzą ich restrukturyzację. Co więcej, produkcja prądu dla tych, którzy zainwestowali własne pieniądze ręcząc majątkiem miała być działalnością poboczną. To rolnicy oraz właściciele drobnych firm usługowych i produkcyjnych, którzy mieli nadzieję np. na godziwą emeryturę. Dziś walczą o przetrwanie, a owa kura mająca znosić złote jaja stała się kulą u nogi. Są pod coraz większą presją. - Już nigdy nie porwę się na interesy gwarantowane przez rząd - mówią zawiedzeni przedsiębiorcy, dla których produkcja prądu miała oznaczać godziwą emeryturę.

Na skraju bankructw

- W 2016 r. wiatraki przyniosły 740 tys. zł straty przy przychodach ok. 360 tys. zł. Gdyby nie działalność transportowa, z której zysków dokładamy do elektrowni, nie dalibyśmy rady ich utrzymać – mówi Paweł Kado, właściciel firmy transportowej Martrans, który posiada trzy turbiny. Dwie z nich, każda po 0,6 MW kupił z drugiej ręki (w 2009 r. i 2015 r.). Pod kolejną nową, zakupioną w 2012 r. zaciągnął kredyt w wysokości 1 mln euro. Chce go spłacić w terminie z zysków międzynarodowej firmy transportowej, która przez to sama jest niedoinwestowana i za dwa lata może przez to wypaść z rynku. – Zgodnie z biznesplanem inwestycja miała się spłacić w 8-10 lat. Dziś mogę powiedzieć, że sama nigdy się nie spłaci – twierdzi Kado.

To efekt drastycznego spadku ceny zielonych certyfikatów na giełdzie. Dodatkowo nie będą mogły się one odbudować w krótkim czasie ze względu na zmiany poselskie do ustawy o OZE, które nakładają limit dla cen certyfikatów na giełdzie. Swoje robią inne ciągłe zmiany w prawie – przedsiębiorcy wśród tych najdotkliwszych wskazują znacząco wyższy podatek od nieruchomości (wywodzony z interpretacji ustawy o inwestycjach w elektrownie wiatrowe), a także czekające ich renegocjacje na cenę odkupu prądu z instalacji OZE. Od przyszłego roku znika bowiem obowiązek odkupu prądu z ekoelektrowni większej niż 500 kW. Przedsiębiorcy na terenie działania Energi i PGE już dostali nowe kalkulacje. – Od przyszłego roku zamiast 16-17 groszy za kWh mogę dostawać od Energi 13,5-14 groszy. Ceny certyfikatów – wynoszącej dziś 3 gr/kWh - już właściwie do przychodów nie doliczam. Bo zapas 6 tys. MWh trzymany jako poduszka bezpieczeństwa na ewentualne naprawy, który dwa lata temu był wart 900 tys. zł dziś sprzedam za 120 tys. zł – stwierdza Paweł Guziński, który jest udziałowcem z czterech elektrowniach wiatrowych o łącznej mocy 4,5 MW. Z naszych informacji wynika, że PGE proponuje 13,8 gr/kWh.

Topnieje potencjał

Tacy przedsiębiorcy jak on drżą, by nie zdarzyła się awaria. Bo po zapłaceniu kosztów bieżących i kredytów nie mają już na naprawy. – Jeśli wszystko działa, to dotychczasowa cena energii wystarczała na styk na pokrycie kosztów i zobowiązań. Ale teraz czeka nas kosztowny remont skrzyni przekładniowej, który może pochłonąć nawet 400 tys. zł. Część pokryjemy sprzedając zapas 7 tys. MWh w zielonych certyfikatach. Na resztę będziemy musieli wziąć kredyt obrotowy, bo innego bank nie chce nam udzielić– dodaje Dariusz Rewers z założonej z siedmioma innymi rolnikami spółki AgroWatt (posiada 1,55 MW)

- Z bankami raczej się dogadamy. Gorzej z rządem przez który przemawia albo cynizm albo niewiedza - zauważa Adam Roguski z PPHU Elektroplasmet. Chciał sprzedać ok. 2 MW (inwestycja w używane turbiny pochłonęła 6,5 mln zł, z czego PKO BP dał 4,7 mln zł), ale nie znalazł kupca oferującego kwotę pokrywającą wkład i poniesione koszty.

Udało się Kazimierzowi Ordonowi prowadzącemu z bratem spółkę Megawat Polska zarządzającą 9 turbinami o łącznej mocy 10,8 MW (powstały od 2008 r. do 2015 r.). Od dwóch wiatrakowa działalność generuje straty rzędu 4 mln zł. Rolnicy ratowali się dotąd wyprzedażą majątku: kilkudziesięciu hektarów ziemi rolnej, tartaku czy pieczarkarni. Przy czym strata na wiatrakowej działalności pogłębi się od przyszłego roku do ok. 6 mln zł ze względu na brak obowiązku zakupu energii z OZE.

Jesienią portfel Megawat Polska uszczupli się o 1,6 MW. Dwie turbiny kupione kiedyś za 12 mln zł zostaną sprzedane i wywiezione na Ukrainę... za 3,5 mln zł. – Przynajmniej będę miał na spłatę obciążającego te wiatraki kredytu – mówi Ordon. Przy czym w sumie braciom zostało ok. 30 mln zł zobowiązań z inwestycji wartych łącznie 50 mln zł (20 proc. stanowił wkład własny, a resztę dał bank). – Negocjujemy z PKO BP restrukturyzację, ale rozmowy o wydłużeniu czasu spłaty są ciężkie – żali się Ordon. Dziś jego celem jest jak najszybsza sprzedaż wszystkich turbin – rozmawia także z Włochami.

Na Półwyspie Apenińskim kręci się już prawdopodobnie zdemontowany u Sylwestra Zielonki wiatrak na 250 kW. – Kupiłem kilkunastoletni używany sprzęt z Niemiec w 2006 r. płacąc 600 tys. zł, z czego 400 tys. zł pożyczył bank spółdzielczy. Po sprzedaży Włochom za 220 tys. zł. zostało mi jeszcze 100 tys. zł kredytu do spłacenia. Ale to i tak będzie łatwiejsze niż dokładanie do utrzymywania elektrowni – twierdzi były właściciel elektrowni, który od trzech lat notował straty rzędu 20-30 tys. zł rocznie.

Przed falą wypowiadania umów

Pozostałych na rynku małych przedsiębiorców po zakończeniu spłaty kredytu może być nie stać nawet na rozbiórkę turbin. Ale zmiany w prawie dotkną też większych, choć oni mieli możliwość odłożenia na czarną godzinę większej gotówki. Wielu posiadało bowiem umowy długoterminowe z dużymi koncernami na odbiór certyfikatów i energii.

- Istnieje duże prawdopodobieństwo, że duże koncerny pod pretekstem zmian w prawie będą wypowiadać umowy długoterminowe, które stanowiły zabezpieczenie kredytów pod inwestycje – uważa Tomasz Zelek, członek zarządu RP Global, która zainstalowała od 2007 r. w Polsce łącznie 120 MW w pięciu farmach. Tylko jedna od początku sprzedaje certyfikaty na giełdzie. Trzy z nich mają zabezpieczenia w postaci kontraktów na odbiór energii i zielonych certyfikatów z Energą – na razie wykonywane. Umowa z Eneą została przez nią wypowiedziana, o co toczy się spór sądowy. Zelek nie ujawnia warunków zawartych umów. – W przypadku farmy na terenie Enei wystąpiliśmy o restrukturyzację kredytu, który stracił zabezpieczenie – dodaje Zelek. I zaznacza, że w początkowym okresie owe umowy – zawierane na zasadzie dobrowolności zarówno przez duże jak i średnie farmy - były korzystne dla spółek obrotu dużych koncernów. Sytuacja odwróciła się w latach 2012-2013, kiedy zaczęła rosnąć górka certyfikatów spowodowana przede wszystkim intensywnym rozwojem współspalania, a potem przyspieszeniem inwestycji w wiatraki.

- Dziś jedynymi pozytywnymi zmianami wydają się podniesienie obowiązku zużycia zielonej energii do 17,5 proc. w 2018 r. oraz obniżenie wymiaru podatku od nieruchomości do poprzedniego poziomu. Ale te zmiany niewiele pomogą, a na pewno nie odbudują ceny certyfikatów do poziomu z najlepszych lat, kiedy płacono za nie 280-300 zł/MWh – zauważa Zelek. – Przy takiej niestabilności prawa nie można też przekalkulować na nowo biznesplanów, bo na źle ustanowiony garnitur prawa nakłada się kolejne łaty, które sytuację wiatraków tylko pogarszają – dodaje Zelek.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL