Likwidacja gimnazjów: za i przeciw propozycji PiS

aktualizacja: 02.11.2015, 19:19
Foto: Fotorzepa, Bartosz Jankowski BJ Bartosz Jankowski

Czy uczniowie zyskają na reformie, nikt nie mówi. Wiadomo, że gminy stracą pieniądze, a część nauczycieli pracę.

REDAKCJA POLECA

PiS zapowiada likwidację gimnazjów. Reforma ma polegać na zasadzie – trzy razy cztery klasy. Podstawówka miałaby trwać osiem lat, przy czym dzieliłaby się na dwa etapy, klasy 1-4 oraz 5-8. Następnie uczniowie, którzy kontynuowaliby naukę, mieliby przed sobą cztery lata szkoły średniej.

Pojawiają się sprzeczne informacje, kiedy reforma miałaby się zacząć. Według części doniesień zmiany miałyby być wprowadzone już w przyszłym roku szkolnym.

Tegoroczni szóstoklasiści zamiast do gimnazjum pójdą do siódmej klasy. Według innej koncepcji dzieci, które dziś są w szóstej klasie, w roku szkolnym 2016-2017 pójdą do gimnazjów. Dopiero dzisiejsi piątoklasiści będą uczyć się w podstawówce już do ósmej klasy. A potem pójdą do liceum. Oznacza to, że siódma klasa wróciłaby w roku szkolnym 2017–2018.

7443 gimnazja są w Polsce. Z tego ponad 5,5 tys. przy szkołach podstawowych lub średnich

Osoby odpowiedzialne za program PiS, czyli prof. Piotr Gliński, prof. Andrzej Waśko, Sławomir Kłosowski i Elżbieta Witek, milczą. Nie chcą rozstrzygnąć, która wersja planów jest prawdziwa. – Na pewno nikt nagle nie będzie zamykał gimnazjów. Będą stopniowo wygaszane – uspokaja prof. Włodzimierz Bernacki, poseł PiS.

– Zmiany organizacyjne będą pochodną zmian programowych. Decyzje o tym, kiedy reforma zostanie wprowadzona, jeszcze nie zapadły. Być może nowy program powinien być wprowadzany od piątej klasy szkoły podstawowej, bo wtedy rozpoczyna się nauczanie przedmiotowe – dodaje poseł Dariusz Piontkowski.

Dzieci z problemami

Pomysł likwidacji gimnazjów bez względu na czas przeprowadzenia reformy budzi emocje. Za ich likwidacją przemawiają problemy wychowawcze, które ponoć generuje ten typ szkół.

– Młodzież kończąca szkołę podstawową boryka się z problemami wieku dorastania. Do tego dochodzi zmiana szkoły czyli grupy rówieśniczej, nauczycieli i otoczenia – mówi Kinga Ekert, wiceprezes Instytutu Edukacji Społecznej.

– Do gimnazjów uczęszcza młodzież w wieku 13–16 lat. To trudny wiek, ale od samego przesunięcia dzieci do szkół podstawowych się tego nie zmieni – polemizuje Elżbieta Czyż z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. I dodaje, że gimnazja na samym początku swojego istnienia rzeczywiście nie funkcjonowały najlepiej. Teraz jednak system okrzepł. Według różnego rodzaju wskaźników gimnazja kształcą nieźle.

Według międzynarodowego badania PISA nastąpiła znacząca poprawa wyników polskich gimnazjalistów we wszystkich trzech obszarach objętych badaniem (czytanie i interpretacja, matematyka, rozumowanie w naukach przyrodniczych) dzięki czemu Polska jest w czołówce krajów Unii Europejskiej.

Wedle obiegowej opinii gimnazja są pod względem przemocy najgorszym typem szkół. Z raportu Instytutu Badań Edukacyjnych wynika jednak, że nie jest to prawda.

W największym stopniu przemoc szkolna dotyczy uczniów szkół podstawowych, mniejsza jest jej skala w gimnazjach, a jeszcze mniejsza w szkołach ponadgimnazjalnych. Gimnazja przodują jedynie jeśli chodzi o przemoc elektroniczną. Doznała jej co najmniej raz jedna czwarta gimnazjalistów, a wśród uczniów szkół podstawowych i szkół ponadgimnazjalnych – mniej niż jedna piąta.

–Polskiemu systemowi edukacji potrzeba więcej środków. Likwidacja gimnazjów to kosztowny pomysł. Pieniądze lepiej przeznaczyć na doskonalenie nauczycieli i informatyzację szkół – uważa Elżbieta Czyż.

Zyska powiat

Samorządowcy są ostrożni w ocenie przyszłych zmian. Jak podkreślają przedstawiciele Związku Powiatów Polskich, każda reforma na początku prowadzi do bałaganu. – Bez kłopotów na początku nie przeprowadzi się żadnej reformy – mówi Grzegorz Kubalski ze Związków Powiatów Polskich. I dodaje, że wszystko zależy od szczegółów reformy.

1,1 mln uczniów chodzi do gimnazjów w tym roku szkolnym. W przyszłym naukę rozpocznie ok. 349 tys.

Przywrócenie ośmioklasowej podstawówki przełoży się na zmianę dochodów gmin i powiatów. Obecnie to głównie do gmin trafia subwencja na uczniów podstawówek i gimnazjów, a więc na dziewięć roczników. Do powiatów zaś ta, dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych. A po reformie dostaną też część subwencji na dodatkową klasę szkoły średniej. Gminy więc stracą.

– Zakładanie w każdym gimnazjum ośmioklasowej szkoły podstawowej wymagałoby wymiany wyposażenia. Jeśli jednak starsze klasy szkoły podstawowej mogłyby pozostać w budynku gimnazjum, reorganizacja nie byłaby dotkliwa. Tańsze byłoby też zarządzanie taką szkołą. Na przykład wystarczyłby jeden dyrektor – zauważa Kubalski.

Strach przed bezrobociem

Dla samorządów reforma może być szansą na redukcję zatrudnionych nauczycieli. – Choć do szkół ze względu na niż demograficzny uczęszcza coraz mniej dzieci, to w wielu szkołach liczba nauczycieli utrzymała się na wcześniejszym poziomie – tłumaczy Kubalski.

Tego właśnie obawiają się nauczyciele w gimnazjach zatrudnionych jest ich 173 tys. nauczycieli (w przeliczeniu na etaty 100,78 tys.)

– PiS zapewnia, że żaden nauczyciel nie straci pracy, ale nie da się nakazać dyrektorowi szkoły podstawowej, by zatrudniła zwalnianego nauczyciela gimnazjum. To bowiem on, a nie samorząd terytorialny jest pracodawcą – wyjaśnia Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

173 tys. nauczycieli jest zatrudnionych w szkołach gimnazjalnych

Ale likwidacja gimnazjów to dla nauczycieli także dostosowanie się do nowych programów nauczania, a dla uczniów - kolejna wymiana podręczników.

ZNP obawia się też przepełnienia szkół podstawowych.

– Pełne szkoły to niższe koszty. Może to również oznaczać gorsze warunki dla dzieci, w tym naukę w systemie zmianowym – mówi Sławomir Broniarz.

Należy też pamiętać, że w Polsce funkcjonuje 791 niepublicznych gimnazjów.

– Dla większości z nich reforma będzie oznaczała rezygnację z działalności. Część może przetwać, ale będą przepełnione – prognozuje Anna Nowacka-Devillard, współzałożycielka Polsko-Francuskiego Niepublicznego Gimnazjum „La Fontaine". I dodaje, że polskiemu systemowi edukacji potrzebne jest dopracowanie, nie rewolucja.

Niezależnie od poglądów na temat słuszności reformy, wszyscy apelują o czas.

– Jeśli miałaby rzeczywiście dojść do skutku, wszyscy powinniśmy mieć czas na przygotowanie się do zmian, przede wszystkim młodzież. Nie wyobrażam sobie, aby obecni szóstoklasiści poszli w przyszłym roku do siódmej klasy. Nie zmienia się przecież zasad w trakcie gry – mówi Kinga Ekert.

Zdaniem eksperta:

Trzeba podjąć męską decyzję

Grażyna Kaczmarczyk

Nuda dotyka najzdolniejszych gimnazjalistów, a lęk tych najsłabszych. Dlatego trzeba wygasić szkoły, które się ewidentnie nie sprawdziły.

Młodzież, która trafia do gimnazjów, z punktu widzenia wychowawczego znajduje się w najtrudniejszym wieku. Zostaje wyrwana z dotychczasowych, dobrze znanych, oswojonych środowisk i rzucona na dziewiczy grunt. Musi adaptować się do nowych grup rówieśniczych, poznawać nowych nauczycieli i ich wymagania, na nowo budować swoją pozycję w klasie, zabiegać o akceptację kolegów i pedagogów. Jak się to nieraz kończy, dobrze wiemy, bo media opisują skandale bądź dramaty z uczniami gimnazjów w roli głównej.

Taki eksperyment z pewnością nie służy zwiększaniu szans edukacyjnych dzieci. Całkowicie pomija też naturalne różnice w rozwoju nastolatków, specyfikę środowisk, w których funkcjonują czy odmienności w ich aspiracjach. Obowiązujący model gimnazjów zakłada, że wszyscy trafiający do nich uczniowie są tacy sami i powinni dalej kształcić się „ogólnie", bez względu na ich indywidualne preferencje i zdolności.

W wielu krajach zachodnich, gdzie wprowadzono gimnazja, zadbano o ich zróżnicowanie, wprowadzając gimnazja o profilu ogólnym, technicznym czy zawodowym. Pożądany model systemu kształcenia zakłada, że na każdym etapie edukacji jest możliwa zmiana typu szkoły czy profilu kształcenia. Tymczasem w Polsce jednym z głównych założeń reformy oświatowej było przedłużenie o rok powszechnego i jednolitego dla wszystkich uczniów kształcenia ogólnego, co oceniam zdecydowanie negatywnie. W rezultacie, jak zauważają eksperci, w polskich gimnazjach dominuje syndrom określany przez prof. Józefa Kozieleckiego jako NiL, czyli „nuda i lęk". Nuda dotyka uczniów najzdolniejszych, a lęk tych najsłabszych albo uczniów o aspiracjach innych niż „ogólne", np. technicznych czy zawodowych.

W odniesieniu do gimnazjów trzeba wreszcie podjąć męską decyzję i zmienić to, co ewidentnie się nie sprawdziło. Jeśli tylko wygaszanie gimnazjów odbędzie się w atmosferze szerokich konsultacji z nauczycielami, związkami zawodowymi, rodzicami i samorządowcami, a także na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji, warto ten projekt poprzeć . Zwłaszcza że – jak pokazują badania – opowiada się za nim większość Polaków. —kwa

Grażyna Kaczmarczyk jest prezesem Zarządu Fundacji Rozwoju Edukacji i Szkolnictwa Wyższego

Więcej pieniędzy, mniej rewolucji

Marek Olszewski

Samo przeniesienie dzieci w trudnym wieku do innej szkoły nie rozwiąże problemów wychowawczych.

Polskie gimnazja nie kształcą źle. Wyglądamy bardzo dobrze w międzynarodowych badaniach PISA. Samo zaś przeniesienie dzieci w trudnym wieku nie rozwiąże problemów wychowawczych. Owszem, są dzieci grzeczniejsze od polskich gimnazjalistów. Ale na Zachodzie bywa znacznie gorzej.

To nie szkoła generuje problemy. Dzieci przychodzą z konkretnych domów. Ich problemy nie są tak widoczne w młodszych klasach. Dopiero w wieku gimnazjalnym objawiają się wszystkie błędy wychowawcze popełnione na wcześniejszych etapach, także przez rodziców. Zamiast więc przeprowadzać na dzieciach kolejny eksperyment, może lepiej by było zatrudnić więcej psychologów i pedagogów.

Szkoły powinny też zapewniać dzieciom wyżycie intelektualne i stawiać wyzwania. Na tym powinny się skupiać.

Po reformie młodzież o rok wcześniej zacznie podróżować do większych ośrodków do szkół średnich. To nie będzie bezpieczniejsze. Gimnazja są usytuowane dość blisko. Kolejny problem: nie wiadomo, co zrobić z nauczycielami. Słyszałem, że samorządy mają zostać zobowiązane, by zapewnić im pracę. To jednak nierealne. Bo pracodawcą nie jest gmina, ale szkoła. Samorząd nie utworzy też sztucznych miejsc pracy, które nie będą potrzebne. Mogą się też pojawić problemy z bazą lokalową. Każdy remont, każde przestawienie drzwi i wymiana ławek kosztuje.

Reforma pociąga za sobą konieczność przygotowania nowej podstawy programowej, a ta – nowych podręczników. Zmiany będą kolosalne.

Gdyby te pieniądze, które są potrzebne na przeorganizowanie systemu edukacji, przeznaczono na jego udoskonalenie, byłoby lepiej. Jeśli PiS chce wspierać wychowanie patriotyczne, może lepiej byłoby zafundować dzieciom wycieczki historyczne, by poznały najważniejsze miejsca w swoim kraju. To funkcjonuje w wielu krajach Zachodu. Każdy młody Amerykanin objeżdża Stany Zjednoczone.

Bez poznania szczegółów trudno jednoznacznie oceniać planowaną reformę. Zanim zacznie się jednak myśleć o zmianach, trzeba przemyśleć konsekwencje, jakie mogą za sobą pociągnąć. -kwa

Marek Olszewski jest przewodniczącym Związku Gmin Wiejskich RP, wójtem gminy Lubicz

POLECAMY

KOMENTARZE