Dobra osobiste

Wystarczy milimetr różnicy - komentuje Joanna Parafianowicz

AdobeStock
Obrażanie i kpina to norma

Internet poruszyło zdjęcie „Wykładowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego". Przedstawia trzech mężczyzn odzianych w damskie stroje i szpilki, które dobre kilka sezonów temu wyszły z mody. To, że fotografia została wykonana podczas organizowanego corocznie międzynarodowego marszu „Walk a Mile in Her Shoes" mającego na celu podniesienie świadomości mężczyzn o przemocy wobec kobiet, zdaje się nie mieć dla wielu komentatorów znaczenia. Na pierwszy plan w kategorii ważności wysuwają się bowiem (zamieszczone na Facebooku Pokoju Adwokackiego) pytania, co by było, gdyby niektórzy adwokaci zaczęli się tak nosić. Czy taki wygląd nie naruszałby godności zawodu? Jak zareagowałby klient na widok pana mecenasa przyodzianego w spódnicę? Pojawiły się też komentarze, że mężczyzna ubrany w damski strój z jednej strony uwłacza godności instytucji, którą reprezentuje, z drugiej zaś swoim wyglądem prowadzi do podważenia jego wiedzy i umiejętności wykładowcy. Powstały także niebanalne wątpliwości: „ nie wiem, co oni wykładają na tym uniwerku, ale chyba towar w Biedronce".

Czytaj także: Adwokaci o tolerancji, dyskryminacji i uprzedzeniach

W moim odczuciu wspomniane stanowiska internautów zmuszają, nie po raz pierwszy zresztą, do zadania sobie pytań o to, czy jesteśmy tolerancyjni, czy w ciągu lat dokonuje się jakaś zmiana, oraz czy rację miała pani premier Beata Szydło, stwierdzając w listopadzie 2017 r., że „Polska jest krajem wolnym od antysemityzmu i rasizmu. Ci, którzy mówią inaczej, rozmijają się z prawdą".

Polacy, wspierając się pamięcią wielokulturowej tolerancji dawnej Rzeczpospolitej, lubią o sobie myśleć jako o narodzie otwartym na szeroko rozumianą inność. Jednakże w badaniach przeprowadzonych w 2011 r. przez jeden z instytutów ponad 60 proc. respondentów deklarowało, że nie zgodziłoby się na małżeństwo córki z Arabem, a niemal połowa nie chciałaby mieszkać w sąsiedztwie Romów. Co dziesiąty Polak byłby przeciwny przetoczeniu mu krwi czarnoskórego, nawet gdyby była przebadana. W 2018 r. tymczasem na pytanie o to „czy miał(a)byś coś przeciwko temu. by Twoim sąsiadem była osoba innej rasy?", 19,1 proc. badanych odpowiada twierdząco, zaś 18,4 proc. nie ma na ten temat zdania.

Czytaj także: Przedstawiciel ONZ: podejrzenie „strukturalnego rasizmu" w Wielkiej Brytanii

Choć 60 proc. badanych zadeklarowało, że nie miałoby nic przeciwko sąsiadowi innej rasy, podkreślić należy, że łącznie niemal 40 proc. polskiego społeczeństwa przyznaje się do rasistowskich uprzedzeń w skrajnej formie bądź nie jest w stanie ocenić, czy tego rodzaju postawa jest czymś dobrym, czy też złym. Ten stan rzeczy powinien niepokoić.

Niezależnie jednak od badań, obserwacja życia zdaje się wskazywać, że w debacie publicznej coraz częściej sięga się po rasistowski lub ksenofobiczny język dla doraźnych celów czy kreowania strachu przed innymi. Współczesny świat, pełen niepokojących wydarzeń, ujawnia pośród społeczeństwa różnego rodzaju lęki, niepokoje oraz niechęci. Za sprawą internetu wiemy zaś, że mogą one dotyczyć niemal każdego aspektu życia – cudzej orientacji seksualnej, poglądów politycznych, celebrowania religijności, sposobu ubierania się, czy faktu, że są pośród nas osoby odczuwające inną identyfikację płci niż ta określona przy urodzeniu (transseksualizm). Przedmiotem komentarza, krytyki, wyśmiania i napiętnowania jest wszystko, co choćby o milimetr odbiega od średniej. Normą zaś jest takie formułowanie wypowiedzi, które nazbyt często prowadzi do naruszania poczucia godności człowieka, a codziennością - usprawiedliwianie tego stanu rzeczy zasadą wolności słowa.

Wracam do fotografii „Wykładowców z Uniwersytetu Wrocławskiego", ponownie przeglądam komentarze części internautów – i zadaję sobie pytania: czy odmienne od moich własnych skłonności seksualne, praktykowane nieznane mi obrzędy religijne, manifestowanie innych niż moje poglądów politycznych, odmienny światopogląd, różna od mojej własnej estetyka, czy wreszcie noszenie damskich ubrań przez niebędącego w tym samym czasie moim mężem mężczyznę powinno być przedmiotem mojego osądu lub krytyki? Tym bardziej naruszających czyjąkolwiek godność?

Uważam, że nie. Jedyne, do czego w kontekście cudzego życia daję sobie prawo, to zapytanie samej siebie o to, czy ów człowiek jest w życiu szczęśliwy. Intuicja podpowiada, że z pewnością bardziej niż ci wszyscy, których zdaniem powinien ukrywać to, kim jest, żyjąc pod dyktando społecznych stereotypów. Jak bowiem zauważyła Katarzyna Nosowska w książce „A ja żem jej powiedziała": „Udawać orgazmy? Bardzo proste. Spróbuj poudawać szczęście".

Autorka jest adwokatem, redaktorem naczelnym „Pokoju adwokackiego" (www.pokojadwokacki.pl), członkiem NRA

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL