Jubileuszowy festiwal otworzył film Arnauda Desplechina „Duchy Ismaela"

aktualizacja: 17.05.2017, 20:08

Jubileuszowy festiwal otworzył pretensjonalny, niestrawny film Arnauda Desplechina „Duchy Ismaela".

W Cannes zaczęła się wielka feta. Na czerwonym dywanie dyrektor festiwalu Thierry Fremaux dumnie wita gwiazdy światowego kina. Po słynnych schodach wspina się Pedro Almodovar ze swoim znamienitym jury. No tak, los czasem płata figle: laureata Złotej Palmy wybierze w tym roku artysta, który nigdy, nawet za „Wszystko o mojej matce", tej nagrody nie dostał.

Kiepski początek

„Gdyby porównać ten film do posiłku, byłby to kawał twardego, niesmacznego mięsa, owiniętego w stary bekon, usmażonego na margarynie i przykrytego bezlaktozowym żółtym serem" – napisał o otwierającym festiwal obrazie Desplechina stonowany zazwyczaj recenzent „Variety".

Desplechin swój debiutancki obraz „La sentinelle" pokazał w Cannes w 1992 roku. Od tego czasu jest na Lazurowym Wybrzeżu stałym bywalcem. W ubiegłym roku był tu członkiem jury. Ale jego film „Duchy Ismaela" pokazany na inaugurację festiwalu to fatalny wybór. Nawet świetna obsada z Marion Cotillard, Charlotte Gainsbourg i Mathieu Amalrikiem na czele nie zdołała zatrzeć złego wrażenia.

Bohaterem „Duchów Ismaela" jest reżyser, który właśnie pisze scenariusz szpiegowskiego filmu o zniknięciu agenta Iwana. Jego życie wywraca się do góry nogami, gdy zjawia się w nim żona, która zniknęła bez śladu 20 lat wcześniej. Przychodzi znikąd, z jakiejś odległej przeszłości, gdy Ismael pracuje w swoim domu nad morzem, a jego nowa partnerka opala się na plaży. I zostaje. Opowiada swoją historię, chce odzyskać męża. Przypomina zjawę, choć w scenie seksu jest bardzo realistyczna.

– To portret Iwana, dyplomaty, który podróżuje przez świat, nie rozumiejąc go. I portret Ismaela, reżysera, który podróżuje przez życie, też go nie rozumiejąc – mówi Desplechin.

W „Duchach Ismaela" sięga po stare motywy swoich filmów i po rozmaite kody kultury. Odwołuje się do malarstwa Pollocka, a teść bohatera – ojciec żony, która go opuściła – nosi nazwisko Bloom, jak bohater „Ulissesa".

To film w filmie, a nawet kilka filmów w filmie. Ambicje, by opowiedzieć o duchach przeszłości, które wracają i nie pozwalają zwyczajnie żyć, rozmywają się w niestrawnej filozofii, udziwnionych wątkach, pseudointelektualnych rozmowach. Porażka totalna. Dlaczego więc organizatorzy wybrali ten tytuł na inaugurację? Może dlatego, że opowiada o ludziach kina i Thierry Fremaux chciał oddać im hołd, pokazując „ból tworzenia".

A to przecież festiwal wyjątkowy, 70., choć na pierwszy rzut oka ta statystyka nie wydaje się prosta. Pierwsza edycja miała się odbyć już w roku 1939. Minister edukacji Francji chciał wówczas stworzyć konkurencję dla faszyzującej imprezy, jaka od 1932 roku ściągała tłumy artystów do Wenecji. Jean Cocteau wymyślił miejsce, wychwalając mimozy rosnące na Lazurowym Wybrzeżu, a ostatecznego argumentu dostarczyli merowie Cannes, obiecując zbudować na festiwalowe potrzeby specjalny pałac.

Blichtr i sztuka

I pierwszemu dyrektorowi festiwalu Erlingerowi udało się spełnić polecenie ministra. Do Cannes zjechały amerykańskie gwiazdy: Gary Cooper, Mae West, Tyron Power, Norma Shearer, Douglas Fairbanks, przybyli też artyści z całej Europy. Honorowym przewodniczącym jury został sam Louis Lumiere, imprezę otworzył „Dzwonnik z Notre Dame", a na plaży wyrosła replika katedry. Ale był 1 września, Niemcy weszli do Polski. Francuzi natychmiast radosną fetę przerwali.

Pierwszy festiwal odbył się więc w 1946 roku. A tegoroczna impreza nosi numer 70, bo w latach 1948 i 1950 przegląd zawieszono z powodu braku funduszy.

Uczestnicy? W latach 40. w Cannes akredytowało się ok. 300 osób. Dziś na festiwalu i towarzyszących mu targach akredytuje się około 25 tysięcy profesjonalistów – filmowców, aktorów, dystrybutorów, oraz blisko 5 tysięcy przedstawicieli mediów. Tu zresztą obok krytyków prasowych, sprawozdawców radiowych i telewizyjnych pojawiła się ostatnio zupełnie nowa kategoria dziennikarzy internetowych.

Oprócz oficjalnych uczestników imprezy co roku zjawia się tu w maju 20–30 tysięcy zwabionych ciekawością turystów. 70-tysięczne miasto przyjmuje około 60 tysięcy gości.

Ale blichtr blichtrem, lecz najważniejsza jest tu sztuka. Wpadka z filmem otwarcia jubileuszowej imprezy boli. Jednak program dalszych dni jak zwykle na festiwalu w Cannes zapowiada się imponująco.

Canneńskie kontrowersje

Na tegorocznym festiwalu mocno odciska swoje piętno współczesność. Na oficjalnym plakacie imprezy jest Claudia Cardinale. Rozwiane włosy, wirująca spódnica. –Czy można znaleźć lepszy symbol canneńskiej imroezy od tej odważnej aktorki i niezależnej kobiety? – mówili organizatorzy. Ale internauci zaraz podnieśli larum. Gwiazda Viscontiego i Felliniego na oryginalnym zdjęciu sprzed 60 lat ewidentnie miała więcej centymetrów w pasie i grubsze nogi. Graficy z paryskiej agencji Bronx przystosowali aktorkę do anorektycznych kanonów piękna XXI wieku. Na festiwalu szczycącym się tym, że pokazuje filmy, w których „przegląda się prawdziwy świat" jest też inny znak czasu: „Les fantômes d'Ismaël" został pokazany w Cannes w wersji trwającej 1 godzinę i 50 minut. Oryginalna wersja reżyserska jest o 20 minut dłuższa. Została skrócona na życzenie dystrybutora, bo zmniejszała liczbę seansów w kinach. Organizatorzy festiwalu też nie zaprezentowali wersji pełnej, choć tu może nie ma czego żałować.

I kolejne towarzyszące konkursowi kontrowersje.

Kilka dni przed rozpoczęciem imprezy pojawiły się też plotki, że organizatorzy wyrzucili z programu filmy Noaha Baumbacha i Bonga Joona-ho. Oba zostały wyprodukowane przez Netflix, który zamierza je wypożyczać i nie przewiduje wprowadzenia do kin. To sytuacja wyjątkowa, bo Cannes nie jest konkursem filmów telewizyjnych ani rozpowszechnianych w internecie. Dyrekcja próbowała z Netflixem negocjować, by „The Meyerowitz Stories" oraz „Okja" trafiły na duży ekran. Bezskutecznie. Wydano więc oświadczenie, że filmy w konkursie zostaną, ale od roku 2018 producenci zgłaszanego do konkursu tytułu będą musieli wyrazić zgodę na jego ewentualną dystrybucję we francuskich kinach. Czy to słuszna decyzja? Czy przyszłość nie należy także do Amazonów, Netflixów, Showmaxów? Czas pokaże.

Światowi mistrzowie i młodzi Polacy

W Cannes zawsze można liczyć na superciekawy program. Na filmy mistrzów i na odkrycia. W głównym konkursie o Złotą Palmę będą walczyć m.in. nowe obrazy Michaela Henekego („Happy End”), Todda Heynesa („Wonderstruck”), Yorgosa Lanthimosa („The Killing of Sacred Deer”), Fatiha Akina („In the Fade”). Duże oczekiwania związane są z filmem „Square” Rubena Ostlunda.

Trzeba też przyznać, że selekcjonerzy starali się w tym roku wyważyć rozmaite proporcje. Francję reprezentują: Michael Hazanavicius („Redouptable”), Jacques Doillon („Rodin”) i Francois Ozon („Podwójny kochanek”). Trzy filmy pokażą artyści z krajów postkomunistych: Andriej Zwiagincew – „Loveless”, Kornel Mundruczo – „Jupiter’s Room” oraz Sergiej Łoźnica – „A Gentle Creature” (akcja tego filmu dzieje się w Rosji, ale wyprodukowany został przez Francję).

Dyrektor artystyczny festiwalu Thierry Fremaux był zawsze krytykowany za niedostateczną honorowanie w konkursie filmów zrealizowanych przez kobiety. Teraz widzowie będą mogli obejrzeć nowe produkcje Amerykanki Sophii Coppoli („The Beguiled”), Brytyjki Lynne Ramsay („You were never really here”), Japonki Naomi Kawase („Radiance”)

Wielu znakomitych twórców pokaże filmy poza konkursem. Są wśród nich m.in. 89-letnia Agnes Varda i Roman Polański, którzy w przyjaznym mu Cannes premierowo zaprezentuje „Prawdziwą historię”.

Polska kinematografia nie ma szczęścia do Lazurowego Wybrzeża. Wywozimy nagrody z Berlina, jesteśmy obecni w Wenecji, Cannes nas nie dostrzega. W tym roku jedynie kłania się Andrzejowi Wajdzie, pokazując jego, nagrodzonego w 1981 roku Złotą Palmą „Człowieka z żelaza”.

To, co nie udaje się uznanym filmowcom, osiągnęli młodzi twórcy. O Palmę w konkursie filmów krótkich walczy „Koniec widzenia” – dyplomowy film Grzegorza Mołdy z Gdyńskiej Szkoły Filmowej. Z kolei selekcjonerzy Tygodnia Krytyki do krótkich filmów włączyli „Najlepsze fajerwerki ever” Aleksandry Terpińskiej, wyprodukowane w Studiu Munka. W Short Films Corner znalazło się „Mleko” Urszuli Morgi z tej samej szkoły.

POLECAMY

KOMENTARZE