Blogi

Euro przyciąga, bo to dobry interes

Adobe Stock
Z euro jest jak z socjalizmem. To piękna idea, która nie sprawdza się w praktyce – mawiał Milton Friedman, amerykański ekonomista, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii.

Upadek wspólnej waluty wieszczył też inny znany ekonomista Nouriel Roubini, znany jako Doktor Zagłada, który przewidział kryzys gospodarczy sprzed dekady. Tym razem najwyraźniej mu nie wyszło. Na przekór sceptykom strefa euro wciąż trwa, a nawet ma się coraz lepiej. W kolejce stają już kolejne kraje, jak Bułgaria, Rumunia czy Chorwacja. Widzą długoterminowe korzyści gospodarcze i co ważne – również polityczne w postaci większego bezpieczeństwa i wpływu na politykę Wspólnoty.

To dlatego „Rzeczpospolita" rozpoczęła niedawno akcję na rzecz akcesu Polski do strefy euro, a list w tej sprawie na naszych łamach podpisali znani ekonomiści. Takie działania są konieczne, bo przeciętni Polacy nie mają na temat korzyści wynikających z przyjęcia euro wystarczającej wiedzy. Zadają pytanie: po co nam ono, kiedy sytuacja w Polsce wydaje się taka dobra? Najnowsze dane GUS mówią przecież o wzroście PKB w I kwartale tego roku o 5,1 proc. w skali roku. Jednocześnie liczni politycy PiS, a nawet zajmujący się gospodarką przedstawiciele rządu, plotą wciąż o rzekomym kryzysie strefy euro i utracie suwerenności. Inni może nie mówią wprost, że euro jest „be", ale powtarzają „nie śpieszmy się", „zobaczmy, co się wydarzy". Czyli – odłóżmy decyzję na święte nigdy.

Ta negatywna propaganda ma swój skutek. Większość Polaków nie chce wstąpienia do strefy euro, boi się jej zapaści. Tymczasem nie było nigdy kryzysu strefy euro, tylko niektórych krajów południa Europy, które musiały zapłacić wysoką cenę za złą politykę gospodarczą. Ze światowego kryzysu strefa euro wyszła tylko wzmocniona.

Przeciwnicy euro posługują się licznymi mitami. Straszą widmem drożyzny, choć nie ma to żadnego potwierdzenia w praktyce. Litwini, którzy przyjęli euro, przyjeżdżają do nas i kupują różne towary nie dlatego, że wspólna waluta spowodowała wzrost cen; to cherlawy złoty uczynił ich zakupy w Polsce opłacalnymi.

Powtarza się też jak mantrę, że dzięki własnej walucie przeszliśmy suchą stopą przez globalny kryzys. Skoro tak, to dlaczego Węgry i Czechy, które również mają swojego forinta i koronę, wpadły wtedy w recesję?

Euro może dać wielkie korzyści biznesowi, który nie musi się borykać z wahaniami kursów walutowych czy może korzystać z tanich kredytów. Zyskuje na tym Słowacja – wyprzedziła niedawno pod względem rozwoju gospodarczego Czechy, które euro nie mają. Czesi przeżyli szok, bo zawsze uważali się za tych „lepszych". Jak to więc w końcu jest z tym spowalnianiem rozwoju przez wspólną walutę?

Oczywiście samo wejście do strefy euro nie gwarantuje świetlanej przyszłości. W przypadku nieodpowiedzialnej polityki gospodarczej wspólna waluta nikomu nie pomoże, a wręcz zaszkodzi, bo błędów nie wybacza. Trzeba pilnować dyscypliny finansowej. Rząd nie może sobie do woli dodrukowywać pieniędzy i zrzucać je ludziom z helikoptera (to akurat pomysł byłego szefa Fedu), by pobudzić konsumpcję i gospodarkę.

Polska jest wśród ledwie kilku państw unijnych, które wspólnej waluty jeszcze nie mają. Towarzystwo to może i doborowe, ale pewnie szybko się wykruszy. I jak to w życiu, najgorzej być tym ostatnim.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL