Do grona niezadowolonych dołączyli właśnie deweloperzy, dochodząc do wniosku, że ich opodatkowanie sprzedaży detalicznej też dotknie. Z nielicznymi wyjątkami ma ono bowiem objąć w zasadzie całą gospodarkę poza gazem, prądem, gastronomią i lekami, ale tylko refundowanymi.

Tymczasem wcześniej była mowa choćby o wyłączeniu dla księgarni. Książki już są poza zasięgiem wielu Polaków, czytelnictwo jest na dramatycznie niskim poziomie, a mimo to chce się doprowadzić do kolejnych podwyżek cen.

Resort finansów postanowił mocno dokręcić śrubę całej branży handlowej – boleśnie przekonały się o tym zwłaszcza polskie sieci. Jeszcze na początku stycznia podczas pierwszych (i jak się szybko okazało – ostatnich) konsultacji w Kancelarii Premiera o podatku mówiono niemal z entuzjazmem, bo w końcu rząd dociśnie wielkie sieci i będzie łatwiej z nimi konkurować. Gdy ukazały się założenia do projektu, miny zrzedły, bo oberwać mieli wszyscy, w zasadzie po równo. Nieważne, czy ci z kapitałem polskim czy zagranicznym.

Po co zatem premier Beata Szydło, zapowiadając projekt, mówiła, iż poza funkcją fiskalną ma on także wesprzeć rodzinne firmy? Ten cel był szczególnie podkreślany. Dzisiaj tego już nikt nie mówi, a resort finansów wycofuje się z opublikowania projektu, który będzie po raz kolejny zmieniany. Kwestii uzdrawiania konkurencji też nikt nie podnosi, bo ważniejsze jest chyba przepchnięcie ustawy przez Sejm, żeby zaczęła jak najszybciej obowiązywać. Oczywiście w jak najszerzej rozumianym interesie polskich firm rodzinnych.