Berlinale

Berlinale: Poruszająca „Twarz” nagrodzona

Od lewej: Małgorzata Szumowska, Adina Pintilie, Marcelo Martinessi i Bill Murray, który odebrał nagrodę za Wesa Andersona.
AFP, Tobias Schwarz
Złoty Niedźwiedź dla Rumunki Adiny Pintilie, Srebrny dla Małgorzaty Szumowskiej.

Korespondencja z Berlina

– Jestem totalnie szczęśliwa! Zwłaszcza że ten film mówi o problemach nie tylko mojego kraju, ale też Europy i świata – powiedziała Małgorzata Szumowska, odbierając w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia – Grand Jury Prize.

Inspiracją do napisania scenariusza „Twarzy" stały się dwa zdarzenia: transplantacja twarzy dokonana w Centrum Onkologii w Gliwicach i postawienie w Świebodzinie w 2010 r. pomnika Chrystusa Króla – 36-metrowego, wyższego niż w Rio de Janeiro. Film jest historią chłopaka, który tytułową twarz traci w wypadku na budowie pomnika. Wraca na wieś po przeszczepie: z grymasem ust, półprzymkniętym jednym okiem, bełkocząc niezrozumiale, bo wciąż wymaga rehabilitacji.

Jest inny. Matka traktuje go jak obcego, wiejskie dzieci biegają za nim, krzycząc „Ryj!". Narzeczona znalazła innego adoratora, niedoszła teściowa pyta, jakie dzieci mogłoby spłodzić takie monstrum jak Jacek, a ksiądz sprowadza egzorcystę, żeby wypędził z jego ciała tego drugiego, który umierając, oddał mu swoją twarz.

Nasza prowincja

Szumowska zrobiła film o prowincjonalnej Polsce. Ale nie tylko o Polsce. Pokazała świat pełen urzekających krajobrazów, a przecież rządzony przez nietolerancję, strach i niechęć w stosunku do inności. Sportretowała zakłamany katolicyzm. Jej film zatopiony jest w przaśności, w języku, gdzie słowo „ch..." nadaje się na każdą okazję, w wiszącej w powietrzu agresji i chciwości, która w sklepie doprowadza do zabijania się o przeceniony towar, a nad grobem ojca każe dzieciom pobić się o schedę. Reżyserka portretuje zamknięte, niepewne swojej tożsamości społeczeństwo. Ale robi to z dystansem. Widzowie w czasie seansu śmieją się niemal non stop, zanim nie zastygną w przerażeniu.

– Ja nie oskarżam. Pokazuję. Moim obowiązkiem jest opisywać dzisiejszą Polskę, ze wszystkimi jej odcieniami – mówiła w Berlinie reżyserka.

Nadzieja? Też jest. W scenie, gdy dziadek jako jedyny mówi wnukowi: „Jesteś taki sam", w relacji Jacka z siostrą. A wreszcie w tym, że człowiek z inną twarzą zrozumie, że musi się z tego świata wyrwać.

Realizm i metafora

Szumowska poraża widza realizmem, ale jednocześnie tworzy na ekranie metaforę. Jej film – z genialnymi zdjęciami Michała Englerta i świetną kreacją Mateusza Kościukiewicza – nie jest publicystyczną rozprawą, lecz refleksją nad współczesnym światem. Rodzajem przypowieści.

Grand Jury Prize to kolejne, po Srebrnym Niedźwiedziu za reżyserię „Body/Ciało", berlińskie trofeum Szumowskiej. To również czwarty raz z rzędu, gdy z Berlina wyjeżdża z laurami polski film, bo rok temu Niedźwiedzia za reżyserię „Pokotu" dostała tu Agnieszka Holland, a dwa lata temu – za scenariusz „Zjednoczonych stanów miłości" Tomasz Wasilewski. Szumowska, gdy odbierała statuetkę, wpisała się również w klimat ostatnich miesięcy, energicznie na scenie przypominając, że jest reżyserką kobietą.

Złoty Niedźwiedź też zresztą powędrował do kobiety – Adiny Pintilie – za „Touch Me Not". To historia kobiety, która nie może pogodzić się z własnym ciałem, ma wstręt do jakiegokolwiek dotyku. Zamawia sobie męskie prostytutki — wytatuowanego chłopaka byczka oraz transseksualistkę i tylko na nich patrzy. Przepracowuje problem z psychoterapeutą.

Pintilie, nazywając swój film zaproszeniem do dialogu, eksperymentuje z formą, „Touch Me Not" męczy. Ale może tak właśnie ma to działać? Budzić poczucie niewygody. Przypominać, że niepokoje świata nie pozostają bez wpływu na psychikę ludzi, którzy – pozbawieni poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa – gubią kontakt ze sobą.

Właśnie między nurtem społeczno-politycznym a opowieściami o chorej psychice i samotności rozpięte było tegoroczne Berlinale. W tym drugim nurcie są m.in. delikatne „Dziedziczki" Marcelo Martinessiego, uhonorowane Nagrodą Bauera za innowacyjność i kreację Ane Brun, która stworzyła przejmujący portret starszej kobiety po latach letargu usiłującej odzyskać życie i zacząć się nim cieszyć.

Wśród mocnych obrazów politycznych znalazła się m.in. „Wyspa psów", za której reżyserię nagrodę dostał Wes Anderson. Animacja (!), gdzie pod przykrywką bajki kryje się film o mechanizmach rodzenia się totalitaryzmu i populizmu.

Tu również jest „Muzeum", za którego scenariusz nagrodę dostali reżyser Alonso Ruizpapacios i Manuel Alcala. Historia dwóch młodych ludzi dokonujących brawurowej kradzieży z muzeum bezcennych eksponatów staje się pretekstem do diagnozy meksykańskiego społeczeństwa.

Skrzywdzeni przez jury

A wreszcie dwa najbardziej skrzywdzone przez jury filmy. „Dowłatow" Aleksieja Germana juniora (nagroda tylko za scenografię i kostiumy) – opowieść o tytułowym rosyjskim pisarzu i dysydencie zmuszonym w latach 70. do emigracji, o frustracji, ale też wielkiej sile warstwy inteligenckiej. I wstrząsająca „Utoya, 22 lipca" Erika Poppego – o tragedii na norweskiej wyspie w pobliżu Oslo, gdy Anders Breivik zabił 69 osób i ranił ponad 100, głównie uczestników letniego obozu dla młodzieży organizowanego przez Partię Pracy. Kamera przez cały czas towarzyszy tu dziewiętnastoletniej dziewczynie. Poppe opowiada o skutkach prawicowego ekstremizmu, ale też o strachu i bezsilności wobec przemocy. Na pytanie, czy nie za wcześnie na taki film, ocaleni z tej tragedii odpowiadali: „Za chwilę może być za późno".

Złoty Niedźwiedź dla Pintilie to nagroda szlachetna, ukłon w stronę eksperymentu, uznanie prawa artysty do poszukiwań, także nowego języka. Ale jednocześnie uhonorowanie dzieła, które w kinach może liczyć na najwyżej kilka tysięcy widzów. A przecież filmowcy muszą się dziś mierzyć z rzeczywistością i docierać ze sztuką do publiczności. Jak Szumowska, German, Erik Poppe. Czy główna nagroda dla Rumunki to dobry kierunek promocji europejskiego kina?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL