Amber Gold

Komisja śledcza ds. Amber Gold: Marcin P. nie chce tonąć sam

Ja nic Polakom do zwrócenia nie mam, kompletnie nic – mówił Marcin P., były szef Amber Gold, przed sejmową komisją
PAP, Tomasz Gzell
Zeznania szefa Amber Gold dodały śledztwu parę nowych i ciekawych wątków.

Nie jestem oszustem, a Amber Gold nie był żadną piramidą finansową – tę wersję przedstawiał wczoraj Marcin P. Podczas sześciogodzinnego przesłuchania kreował się na ofiarę – organów ścigania, byłych współpracowników parabanku i udziałowców linii lotniczych OLT.

Co miał do powiedzenia 19 tys. klientom Amber Gold, którzy nie odzyskali zainwestowanych w złoto pieniędzy?

– Ja nic Polakom do zwrócenia nie mam, kompletnie nic – stwierdził i przez całe przesłuchanie nie wyraził skruchy. Mówił, że inwestycje to osobiste ryzyko osoby, która się na to decyduje.

Prezes spółki Amber Gold, choć na wiele pytań odpowiadał ze szczegółami, sypał nazwiskami i datami, na sporą część najważniejszych odpowiedzieć nie chciał. Np. czy był słupem, z jakich znanych doradców korzystał, skąd wziął pieniądze na rozkręcenie biznesu, skoro dopiero co wyszedł z więzienia. Zasłaniał się sprawą karną, która toczy się przeciwko niemu przed sądem w Gdańsku, i tym, że ujawnianie niektórych informacji mogłoby mu zaszkodzić.

Czego ważnego dowiedzieliśmy się z zeznań Marcina P.? Pomysł Amber Gold – jak mówił – narodził się w 2008 r. – Bieżąca działalność Amber Gold była zorganizowana, bardzo przejrzysta i klarowna – przekonywał. – Zarobiłem w Amber Gold w ciągu całej działalności około 20 milionów złotych, w OLT Express zero złotych – wyznał.

Gdzie wyprowadził majątek? – Po pierwsze, nie wyprowadziłem żadnego majątku ze spółki Amber Gold, co ma bardzo dokładne odzwierciedlenie m.in. w aktach sprawy karnej, nie mam żadnego zarzutu co do wyprowadzania majątku – przekonywał. Twierdził, że były próby sprzedaży złota, ale skończyły się odmową zakupu przez NBP. A reszta złota – mówił – została zabezpieczona przez ABW.

Posmak skandalu mają inne słowa P. Twierdził, że dzięki przeciekom z ABW miał wiedzę o działaniach służb i dzień przed zatrzymaniem został o tym uprzedzony.

„Uciekaj, 16 będzie u ciebie ABW" – esemesa tej treści, jak twierdzi, dostał z anonimowego telefonu.

Zdaniem P. informacje o planie śledztwa „musiały pochodzić z wysokiego szczebla", „raczej z Warszawy niż z Gdańska". Szef Amber Gold sugerował, że kontakty z ABW mieli jego współpracownicy i dziennikarze. Wiedział, że jest podsłuchiwany.

Zarzucił Sylwestrowi Latkowskiemu, ówczesnemu dziennikarzowi „Wprost", że to najprawdopodobniej od niego otrzymał „plan śledztwa ABW przeciw Amber Gold". „Nie przekazałem planu śledztwa. Poznaliśmy go, jak byłeś w ciupie!" – odpisał za Twitterze Latkowski.

Marcin P. twierdził, że jeden z jego bliskich współpracowników powoływał się na kontakty z wysoko postawioną osobą z Kancelarii Premiera. – Nie był to polityk z pierwszego rzędu – mówił P., a dociskany w końcu powiedział, że mogło chodzić o koordynatora ds. służb specjalnych. – Czy chodzi o Cichockiego? – zapytała Małgorzata Wassermann. – Być może tak – odparł.

Czy politycy roztaczali nad nim parasol? Marcin P. twierdzi, że nie pozostawał na Pomorzu w kontakcie z żadnymi politykami. – Politycy sami szukali ze mną kontaktu, ja raczej próbowałem się zawsze od polityków odcinać – mówił, a dopytywany, którzy politycy szukali z nim kontaktu, odparł: – Na pewno prezydent miasta Gdańska poprzez port lotniczy w Gdańsku.

Potem twierdził też, że „miał wrażenie, że nikomu [chodziło o organy ścigania] nie zależy na tej sprawie". Zapewniał, że nie był informatorem służb. P. twierdził, że fakt jego karalności (ciążyły na nim wyroki za oszustwa gospodarcze przed założeniem Amber Gold – było ich aż dziewięć) był powszechnie znany. Wiedzieli o tym m.in. pracownicy oraz syn premiera Donalda Tuska, który zaczął pracować dla spółki OLT Express. Marcin P. ujawnił też, że zaproponowano mu kupno LOT, ale nie był tym zainteresowany m.in. ze względu na wysokie zadłużenie państwowego przewoźnika.

Uważa, że na ławie oskarżonych powinni siedzieć obok niego i jego żony Katarzyny także pracownicy Amber Gold, głównie dyrektorzy zarządzający, którzy mieli wiedzę, jak spółka funkcjonuje. – To nie było stado 500 baranów – mówił P.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL