fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Jerzy Koźmiński: Działań interwencyjnych było sporo, dzisiaj się o nich nie pamięta

ROL, Krzysztof Wojciewski
To nie jest tak, że sprawy zostały puszczone na żywioł – mówi Jerzy Koźmiński, współpracownik Leszka Balcerowicza, potem ambasador w USA, a dziś prezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.

Jaka była pańska rola w ekipie Balcerowicza?

Nazywał mnie szefem sztabu. Formalnie pełniłem funkcję dyrektora generalnego w Urzędzie Rady Ministrów URM), a od stycznia 1991 r. podsekretarza stanu. Znaliśmy się dużo wcześniej, bo w latach 70. byłem jego studentem na Wydziale Handlu Zagranicznego SGPiS (obecnie SGH), gdzie wykładał Międzynarodowe Stosunki Gospodarcze – przedmiot, który między innymi wyjaśniał, w jakich warunkach zewnętrznych funkcjonowała ówczesna polska gospodarka.

...która w latach 70. i 80. działała w systemie nakazowo-rozdzielczym i państwowa komisja cen ustalała np. jednolite ceny boczku w całym kraju. O ile boczku w ogóle był...

Dlatego zrozumienie realiów normalnej gospodarki, jaką znaliśmy z Zachodu, było kluczowe i tego właśnie uczył Leszek Balcerowicz. Wracając zaś do jesieni 1989, warto zacząć od tego, że ekipa gospodarcza, jak i cały rząd Tadeusza Mazowieckiego, stanęła przed ogromnym wyzwaniem, ale zarazem wyjątkową szansą. Ze względu na brak ograniczeń politycznych, wewnętrznych i zewnętrznych, stało się bowiem jasne, że możemy budować gospodarkę racjonalną, zdolną do rozwoju, znaną nam z zamożnych krajów Zachodu. Natomiast wyzwanie było podwójne: pierwsze dotyczyło systemu, drugie sytuacji, w jakiej znajdowała się polska gospodarka jesienią 1989 r. System odziedziczyliśmy taki, jaki miały inne kraje naszego regionu, np. Czechosłowacja czy Bułgaria: gospodarkę centralnie planowaną, przy bardzo niskim poziomie własności prywatnej (choć i tak w Polsce największym), zamkniętą na świat, bez wymienialnego pieniądza i konkurencji wewnętrznej, pozbawioną prawdziwych cen. Taki system był ewidentnie nieefektywny.

Nieefektywny to mało powiedziane. Ja w 1989 r. postrzegałem sytuację gospodarczą jako pożar: z wielką inflacją i brakiem towarów w sklepach.

I na tym właśnie polegało to drugie wyzwanie: system był nieefektywny, jak we wszystkich krajach socjalistycznych, ale pożar występował wówczas tylko w Polsce. To była katastrofa makroekonomiczna, która wynikała z polityki prowadzonej we wcześniejszych miesiącach i latach – z jednej strony działała już ustawa Wilczka i nastąpiło uwolnienie cen żywności, z drugiej zaś doszło do całkowitego zachwiania równowagi makroekonomicznej.

Na czym ta nierównowaga polegała?

Po pierwsze i najważniejsze, to rosnąca inflacja, która przekształcała się w hiperinflację. We wrześniu wyniosła blisko 50 proc.

...i to w stosunku miesięcznym, a nie rocznym.

Kolejna rzecz to puste półki i kolejki. Pamiętam zdjęcie z tamtego okresu – napis na drzwiach sklepu: „Z powodu małej ilości towaru i dużej ilości klientów zabrania się przynoszenia i ustawiania w sklepie krzesełek i stołków turystycznych".

Ludzie zajmowali kolejkę w pustych sklepach, bo „coś rzucą"?

Inflacja i puste półki były najbardziej dotkliwe i upokarzające. Trzecia rzecz, której ludzie bezpośrednio nie postrzegali, ale miała ścisły związek z inflacją, to głęboki, narastający deficyt budżetowy.

Jak pokrywany?

Pustymi pieniędzmi drukowanymi przez NBP. Dzisiaj nie do pomyślenia (jest konstytucyjny zakaz finansowania deficytu przez NBP – red.). Czwarty problem stanowiło ogromne zadłużenie zagraniczne. Polska była bankrutem, nie spłacała swoich zobowiązań, nie mogła być normalnym uczestnikiem międzynarodowego obrotu finansowego. Zadłużenie sięgało 64 proc. PKB i było najwyższe w krajach socjalistycznych. Węgry były numerem dwa, ale miały stosunkowo duży eksport (pozwalający finansować zagraniczne zobowiązania – red.). Piątą rzeczą – widoczną – była postępująca „dolaryzacja" obrotu w gospodarce, ucieczka od złotego, który z dnia na dzień tracił na wartości. Nowa ekipa gospodarcza stanęła więc przed dwoma zadaniami: uporać się z pożarem i zmienić systemowy silnik gospodarki. Porównywano to wtedy do przebudowy płonącego statku – na dodatek, pod koniec roku 1990, w warunkach wzbierającego sztormu. Gaszenie pożaru stanowiło oczywiście najpilniejsze zadanie. Ale naprawa silnika była kluczowa na dłuższą metę, a poza tym niektóre elementy planowanych zmian systemowych miały działać również antyinflacyjnie – zwłaszcza wprowadzenie wymienialności złotego oraz liberalizacja handlu zagranicznego. Jaka ta nowa gospodarka miała być? Dla Leszka Balcerowicza drogowskaz od początku był jasny i premier Mazowiecki w pełni podzielał ten strategiczny cel: chodziło o stabilną gospodarkę rynkową, opartą na własności prywatnej, otwartą na świat.

W expose Mazowieckiego nie padło jednak słowo „kapitalizm", tylko gospodarka typu zachodniego. Po co ten eufemizm?

Unikaliśmy słowa „kapitalizm".

Bo propaganda PRL je zohydziła?

Wtedy tych eufemizmów było trochę więcej, np. w ramach Ministerstwa Finansów powstało biuro ds. przekształceń własnościowych, a nie prywatyzacji. W drugiej połowie roku 1990 podobną nazwę przyjęło nowoutworzone ministerstwo. Jesienią 1989 r. można było mówić o „małej" prywatyzacji – sklepów, transportu, usług, mienia komunalnego – ale pojęcie prywatyzacji dużych, jak wówczas mówiono, zakładów pracy pojawiało się rzadko. W społecznej świadomości istniało raczej przeświadczenie, że to wspólna własność, ale źle zarządzana przez partię (PZPR – red.), zarówno na poziomie makro, jak i mikro. Od początku zakładaliśmy jednak, że w gospodarce docelowo powinna dominować własność prywatna, która jest najbardziej efektywna. A po drugie, że musi być zrównoważona, bez inflacji, z wymienialnym pieniądzem. Po trzecie, chodziło o gospodarkę z konkurencją wewnętrzną, a także zewnętrzną, a więc otwartą na świat. A po czwarte, na dalszym planie szło również o to, aby przyszłe rządy tworzyły dobre i stabilne prawo gospodarcze, sprzyjające rozwojowi przedsiębiorczości. Tyle że nikt wcześniej w świecie nie przechodził takiej przemiany, o czym dziś się mniej pamięta. Polska była pionierem. Owszem, znane były przejścia od dyktatury czy rządów autorytarnych do demokracji, jak np. w powojennych Niemczech, w Hiszpanii lub Korei Południowej, ale wszędzie tam istniała gospodarka kapitalistyczna, choć w niektórych krajach jej reguły zostały zawieszone. Przejście od gospodarki socjalistycznej, centralnie planowanej, do rynkowej opartej na własności prywatnej, miało się odbyć po raz pierwszy. A jednocześnie dokonywało się to równolegle do budowy demokracji. I także po raz pierwszy w świecie silna dawka antyinflacyjnego lekarstwa miała być zaaplikowana gospodarce zdominowanej przez państwowe przedsiębiorstwa.

Jakie to miało znaczenie?

Z ówczesnego rozeznania, a także moich późniejszych rozmów jako ambasadora w Waszyngtonie z przedstawicielami państw Europy Środkowej i Wschodniej wynikało, że przykład Polski ośmielał do wprowadzania szybszych i głębszych reform w innych krajach regionu. Np. ani Czechosłowacja, ani Węgry nie musiały wstępować na ścieżkę radykalnych zmian, bo tam nie było makroekonomicznego załamania. Z pewnością w ślad za zmianami politycznymi w regionie poszłyby poważne reformy gospodarcze, ale niekoniecznie musiałyby one być tak zdecydowane. Przykład Polski, która realizowała program szeroki i radykalny, był uważnie śledzony i analizowany. Wprowadzając z dnia na dzień wymienialność własnego pieniądza, uwalniając ceny i otwierając gospodarkę na świat, Polska przecierała szlak innym. Na początku przemian kraje te nie musiały stabilizować swoich gospodarek jak my, bo nie miały galopującej inflacji i masowych niedoborów, także ich sytuacja budżetowa była dobra. Na tym tle interesujące byłyby rozważania alternatywnych wariantów przebiegu zdarzeń w historii – czy i w jakim czasie, na jakich warunkach, bez tamtych reform w regionie rozpoczętych przez Polskę, nasze kraje instytucjonalnie zintegrowałyby się z Zachodem.

Ponieważ wolna Polska odziedziczyła dramatyczną sytuację w 1989 r., musiała znaleźć swojego Ludwiga Erharda. Kilku odmówiło Mazowieckiemu. Balcerowicz podjął wyzwanie.

Był do tego znakomicie przygotowany merytorycznie, miał jasną koncepcję zmian, podejmował działania z determinacją, posiadał wielką odporność na zewnętrzne presje. No i dobrał sobie ekipę, z którą sprawnie przełożył koncepcję programową na strategię, a tę na propozycje legislacyjne, przeprowadził je przez rząd i parlament, a następnie wcielał w życie, monitorował i interweniował tam, gdzie pojawiały się odchylenia od wyjściowych założeń. Jesień 1989 r. była niezwykła, wydarzenia toczyły się błyskawicznie. Ekipa gospodarcza musiała równolegle pracować aż na ośmiu frontach. Od powołania rządu Mazowieckiego 12 września Ministerstwo Finansów miało do przygotowania trzy budżety: bieżący do końca października (bo poprzedni rozpadł się wskutek inflacji), drugi do końca roku i trzeci na nowy, zupełnie nieznany rok 1990. Prace te koordynował wiceminister Wojciech Misiąg. Drugim zadaniem ekipy Balcerowicza było podejmowanie bieżących działań antyinflacyjnych: przede wszystkim hamowanie wzrostu płac poprzez zniesienie ówczesnych reguł indeksacji wynegocjowanej przy Okrągłym Stole.

Indeksacja była wielkim politycznym osiągnięciem Solidarności. A w wymiarze makroekonomicznym?

Benzyną dolewaną do ognia inflacji. Co kwartał automatycznie następowała waloryzacja płac o 80 proc. wskaźnika wzrostu cen. A przecież jednocześnie dyrektorzy przedsiębiorstw i tak ulegali presji załóg i płace rosły bez indeksacji. Trzeba więc było ten waloryzacyjny mechanizm radykalnie wyhamować. I oczywiście wytłumaczyć to społeczeństwu. Wielką rolę odegrał tu Jacek Kuroń, który wziął na siebie zadanie wyjaśnienia, dlaczego najpierw ekipa Solidarności indeksację wywalczyła, ale teraz musi się z niej wycofać. Konieczne było też hamowanie polityki kredytowej. Wcześniej dostęp do pieniądza był niemal nieograniczony po cenie...

...znacznie niższej od inflacji?

Kilka procent rocznie przy inflacji rzędu kilkudziesięciu procent miesięcznie. Kolejnym instrumentem antyinflacyjnym było cięcie subwencji i dopłat: podmiotowych dla firm (wcześniej dzięki dotacjom takie przedsiębiorstwo nie mogło upaść) i przedmiotowych (np. do cen węgla). W połowie września 1989 r. odbył się szybki przegląd tych, które można zdjąć od ręki. Trzeci front ówczesnych działań to walka o ciągłe przesuwanie spłaty kredytów zagranicznych i oprocentowania długu. Polska, będąc bankrutem, wciąż podpisywała porozumienia o rolowaniu kolejnych transz płatności. Zajmował się tym głównie Janusz Sawicki, wiceminister finansów.

Już wtedy chcieliście zaproponować redukcję długu?

Oficjalnie postulat ten pojawił się w styczniu 1990 r. w liście premiera Mazowieckiego do szefów rządów krajów-wierzycieli. Do podjęcia starań o redukcję ciężaru zadłużenia zachęcał nas m.in. Jeffrey Sachs – uważał, że skoro Polska podejmuje tak wielki reformatorski wysiłek, to powinniśmy oczekiwać od krajów Zachodu wsparcia w postaci poważnego zmniejszenia naszych zobowiązań finansowych. Czwarte zadanie ekipy gospodarczej to negocjacje z MFW – chodziło o kredyty na bieżące, istotne potrzeby, a także o uwiarygodnienie naszego programu na forum międzynarodowym.

Ciężko było negocjować z Funduszem?

To raczej nie były typowe negocjacje. Przedstawiciele MFW znaleźli się w zupełnie nowej dla siebie sytuacji: nie mieli żadnych doświadczeń z krajami wychodzącymi z gospodarki socjalistycznej, Polska była pierwsza. Generalnie wykazywali dużo zrozumienia, zdawali sobie sprawę z nadzwyczajnego wyzwania przed jakim stanął nasz kraj. Rozmowy zakończyły się podpisaniem listu intencyjnego 22 grudnia 1989 r. Piąty front ówczesnych działań ekipy gospodarczej to zabiegi o uzyskanie w krajach zachodnich miliarda dolarów na fundusz stabilizacyjny, bez którego nie moglibyśmy wprowadzić wymienialności złotego 1 stycznia 1990 r. Bo była obawa, że jak się ją ogłosi...

...to wszyscy pognają do banku wymienić tracące na wartości złote na dolary?

Właśnie dlatego walut nie powinno było zabraknąć. Przed świętami w prasie pojawiła się korespondencja z Waszyngtonu, że do funduszu zadeklarowano niespełna 300 mln dol. Co z resztą? Ktoś napisał, że będziemy skakać do basenu, w którym nie ma wody. Leszek Balcerowicz interweniował wówczas u Michela Camdessusa, dyrektora wykonawczego MFW. Podjął także próbę kontaktu z Davidem Mulfordem, zastępcą sekretarza skarbu USA. Znalazł go w Brukseli (gdzie ten leżał chory w hotelu). Zwrócił się o pomoc, podkreślając, że 1 stycznia chcemy ruszać z wymienialnością, a nadal nie mamy amortyzacyjnej poduszki. Mulford przejął się sytuacją i wykonał rundę rozmów telefonicznych z ministrami finansów krajów, od których oczekiwaliśmy udziału w funduszu stabilizacyjnym. Do końca trwał wyścig z czasem. W piątek 29 grudnia można było odetchnąć; na koniec roku do dyspozycji polskiego rządu zostało oddanych ok. 750 mln dol., a w pierwszych dniach stycznia miało pojawić się brakujące 250 mln. Szóstą sprawą, jaką trzeba było się zajmować, to bieżące zarządzanie gospodarką, która wciąż jeszcze funkcjonowała w logice poprzedniego systemu. Miało to się zmienić od 1 stycznia, ale do końca grudnia 1989 r. trzeba było zajmować się zjednoczeniami, normami, cenami urzędowymi, itd. Staraliśmy się odciążyć od tego Leszka Balcerowicza, co obiektywnie było możliwe tylko w ograniczonym stopniu. Siódme zadanie ekipy gospodarczej to wprowadzanie pierwszych zmian o charakterze instytucjonalnym: demonopolizacji (zwłaszcza rozbijanie zjednoczeń), a także „małej" prywatyzacji – w handlu, w usługach, w mieniu komunalnym. No i wreszcie ósme: praca nad zasadniczym pakietem ustaw, które miały fundamentalnie zmienić polską gospodarkę i wejść w życie 1 styczna 1990.

Jak to wyglądało w kalendarzu?

Pierwsza prezentacja zarysu planu Balcerowicza miała miejsce pod koniec września 1989 r. na posiedzeniu MFW w Waszyngtonie. Wicepremier poinformował, co rząd Tadeusza Mazowieckiego odziedziczył, co zamierza uczynić i jakie ma oczekiwania wobec Zachodu. Druga odsłona nastąpiła 6 października podczas konferencji prasowej w Warszawie, którą prowadziła rzecznik rządu Małgorzata Niezabitowska. Wtedy też po raz pierwszy użyła określenia „plan Balcerowicza", którego my na tamtym etapie nie używaliśmy, choć oczywiście to wicepremier był autorem „planu".

Właściwie dlaczego nie używaliście?

Leszek Balcerowicz operował pojęciem „program gospodarczy rządu", akcentując, że idzie o wysiłek całej Rady Ministrów kierowanej przez Tadeusza Mazowieckiego.

Jak intensywnie pracowaliście?

Od samego początku tempo było bardzo wysokie, ale prace nabrały wyjątkowego przyspieszenia na początku listopada 1989. Pamiętam, że pierwszy prawdziwie wolny dzień miałem 1 listopada. I wówczas dzięki tym kilku spokojnym godzinom uświadomiłem sobie, że jeśli będziemy pracować tak jak dotychczas – tzn. bardzo szybko, ale bez nadzwyczajnego trybu – to na 1 stycznia nie zdążymy. Następnego dnia z Leszkiem Balcerowiczem zaczęliśmy liczyć od tyłu, od 31 grudnia, co trzeba zrobić, by zdążyć z planowanymi 11 ustawami. 3 listopada poszliśmy do premiera Mazowieckiego. Przedstawiliśmy terminarz, z którego wynikało, że przez pewien czas rząd powinien pracować codziennie, a następnie parlament będzie musiał w ciągu kilkunastu dni przyjąć rozległy pakiet ustaw. Jeden z bliskich współpracowników premiera powiedział, że to fantazja polityczna. Po dłuższej dyskusji Tadeusz Mazowiecki podjął decyzję: zaakceptował harmonogram i oddał kierowanie całej operacji w ręce wicepremiera. Następnie, po konsultacjach z prawnikami, poszliśmy do marszałka Sejmu Mikołaja Kozakiewicza z propozycją, aby utworzyć szybkę ścieżkę legislacyjną poprzez powołanie komisji nadzwyczajnej. I żeby prace w Sejmie zacząć w niedzielę 17 grudnia. Gdybyśmy zaczęli w poniedziałek, moglibyśmy nie zdążyć, a poza tym chodziło o efekt psychologiczny, o pełną mobilizację posłów i pokazanie, że dzieje się coś ważnego. Odwiedziliśmy wszystkich liderów klubów, poczynając od profesora Geremka, przewodniczącego OKP, pozyskując ich zgodę na nadzwyczajny tryb działania. Kontaktowaliśmy się oczywiście z Lechem Wałęsą, wreszcie doszło też do wizyty u prezydenta Jaruzelskiego, bez którego podpisu ustawy nie mogłyby wejść w życie.

W latach 80. „bronił socjalizmu jak niepodległości". Teraz musiał go poddać.

W wymiarze gospodarczym, bo w politycznym nastąpiło to już wcześniej. Chcieliśmy uprzedzić prezydenta, że 30 lub 31 grudnia otrzyma 11 ustaw. Wysłuchał argumentacji Leszka Balcerowicza i zadeklarował wsparcie. Poinformowaliśmy o naszych zamiarach także kierownictwa związków zawodowych. No i oczywiście media. Staraliśmy się w miarę możliwości spotykać z dziennikarzami i przedstawiać planowane kroki.

Jak zorganizowaliście pracę wewnątrz ekipy?

Była prowadzona na trzech poziomach. Pierwszy to zespoły zadaniowe: każdy zajmował się jedną ustawą, każdym kierował któryś z wiceministrów, a w skład grupy wchodzili przedstawiciele poszczególnych ministerstw, doradcy z URM oraz niezależni eksperci z zewnątrz. Zespoły obradowały od rana do późnych godzin nocnych, dyskutując nad rozwiązaniami, wpisując je do projektów ustaw i porównując ze sobą. Drugi poziom to Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów, skupiający szefów resortów gospodarczych oraz innych centralnych urzędów, którym kierował Leszek Balcerowicz, czasem w jego imieniu wicepremier Jan Janowski. Istotną rolę odgrywał Alfred Bieć, sekretarz KERM. I tu spływały wszystkie projekty wypracowane w zespołach zadaniowych, które albo wracały do poprawek, albo były kierowane na posiedzenie Rady Ministrów, która od początku grudnia zbierała się niemal codziennie i nierzadko kończyła posiedzenie grubo po północy. 17 grudnia, w niedzielę, o godzinie 11:00 nastąpiła w Sejmie wielka odsłona planu Balcerowicza. Dzięki nadzwyczajnej ścieżce do 28 grudnia udało się przyjąć 10 ustaw (z 11 złożonych, antymonopolowa wymagała większych poprawek – red.). Posłowie z Komisji Nadzwyczajnej mieli tylko półtora dnia wolnego – od południa w Wigilię do końca pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia. Przez cały ten czas członkowie Komisji, którą z wielką energią kierował prof. Andrzej Zawiślak, pracowali z ogromnym zaangażowaniem, niezależnie od barw partyjnych, w głębokim przekonaniu o historycznym momencie, w jakim znalazł się kraj.

Były poprawki do tych ustaw?

Owszem, pojawiało się sporo pytań i propozycji, w większości szło o uściślenie zapisów w projektach ustaw. Ale poprawki te nie zmieniały istoty proponowanych rozwiązań, o co także dbali przedstawiciele ekipy gospodarczej pracujący wraz z posłami. Posłowie z Komisji Nadzwyczajnej byli bardzo kompetentni.

Sporo dyrektorów przedsiębiorstw?

Byli dyrektorzy, było także wiele innych osób związanych z praktyką gospodarczą. Stąd te rzeczowe i produktywne dyskusje. Z ważniejszych kwestii pojawił się postulat, żeby dopracować ustawę antymonopolową, która nie musiała wejść w życie 1 stycznia. Zgodziliśmy się z tym. I to była jedyna istotna zmiana w całym pakiecie ustaw. Równolegle do prac Komisji Nadzwyczajnej, w Komisji Rolnictwa zrodziła się inicjatywa, aby skłonić Sejm do przyjęcia uchwały o konieczności specjalnego potraktowania rolnictwa. Chodziło o wprowadzenie cen minimalnych na produkty rolne, o zagwarantowanie określonej relacji między cenami na produkty rolne a artykułami przemysłowymi, a także o tanie kredyty. Postulaty te nie odpowiadały regułom gospodarki rynkowej, a poza tym ich realizacja wymagałaby wielkich pieniędzy, których wówczas nie było. W końcu Sejm przyjął uchwałę w złagodzonej wersji, która wzywała rząd do zajęcia się problemami rolnictwa ze szczególną uwagą.

To myślenie wróciło. Pojawił się np. skup interwencyjny.

Ale później, a poza tym przyjęta ostatecznie koncepcja skupu bardziej odpowiadała logice gospodarki rynkowej niż wyjściowe postulaty Komisji Rolnictwa. Wracając zaś do Komisji Nadzwyczajnej, to warto odnotować, że świetna współpraca między posłami z różnych klubów owocowała także w następnych miesiącach, podczas uchwalania kolejnych ustaw, m.in. prywatyzacyjnej. Na bazie tej grupy latem 1990 powstał SPRING, czyli Społeczny Ruch Inicjatyw Gospodarczych, mający wspierać realizację reform, w którym szczególnie aktywną rolę odgrywali w Sejmie Grażyna Staniszewska, Andrzej Arendarski i prof. Andrzej Zawiślak, a w Senacie Andrzej Machalski. W kręgu tym znaleźli się posłowie z wszystkich ugrupowań.

A jak prace szły w Senacie?

Formalnie rzecz biorąc powinien on pracować nad pakietem zmian dopiero, gdy Sejm już uchwali ustawy, na to jednak nie było czasu. Dzięki zaangażowaniu wicemarszałka Senatu Andrzeja Wielowieyskiego powstał zespól senatorów, który nie tylko śledził pracę sejmowej Komisji Nadzwyczajnej, ale też często spotykał się z przedstawicielami ekipy gospodarczej, kilkakrotnie także z Leszkiem Balcerowiczem. Obok Andrzeja Wielowieyskiego byli tam prof. Cezary Józefiak, prof. Jerzy Dietl, dr Krzysztof Pawłowski. Na bieżąco dyskutowali nad projektami ustaw, a gdy Sejm je uchwalił, natychmiast oficjalnie wprowadzili ustawy do porządku obrad Senatu, który zatwierdził je w dwa dni. W efekcie 29 grudnia 1989 r. uchwalony pakiet ustaw opuścił parlament i trafił na biurko prezydenta. Następnego dnia można już było dokumenty wydrukować i rozwieźć – przede wszystkim do przedsiębiorstw, które w kolejnym tygodniu miały wkroczyć w nową rzeczywistość gospodarczą. Rozważaliśmy nawet wykorzystanie do tego celu wojska. Czekaliśmy z niepokojem, ale i z nadzieją, na Nowy Rok.

Jak pan spędził tamtego sylwestra?

W domu. Zaproszono nas do Teatru Wielkiego, ale chciałem nareszcie pobyć z żoną i córką. To były wyjątkowe dwa dni – wolna niedziela i Nowy Rok. Ale już 2 stycznia zaczęły spływać meldunki. Od tego czasu ekipa gospodarcza działała w zmienionym układzie organizacyjnym.

Jakim?

Stworzyliśmy cztery nowe ciała: Sztab Interwencyjny z wicepremierem Balcerowiczem na czele, później coraz częściej zastępował go Andrzej Podsiadło, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów. Sztab, w skład którego wchodzili wiceministrowie resortów gospodarczych oraz wiceszefowie innych centralnych urzędów, początkowo zbierał się co tydzień i wsłuchiwał w sygnały płynące z gospodarki oceniając, czy wszystko przebiega zgodnie z wyjściowymi założeniami. Np. w połowie stycznia okazało się, że ceny pieczywa idą mocno w górę, minister finansów wprowadził więc nakaz informowania izb skarbowych przez producentów pieczywa i mąki o każdej planowanej podwyżce cen. I to hamowało podwyżki, bo choć był wolny rynek i producent mógł zmieniać ceny, już sama konieczność notyfikacji działała mitygująco.

To też działanie psychologiczne.

Takich działań było wówczas sporo, dziś się o nich nie pamięta. To nie jest tak, że sprawy zostały puszczone na żywioł, bo wolny rynek... Były liczne interwencje. Choć czasem nie byliśmy w stanie ocenić, czy i na ile różne niepokojące czy wręcz alarmistyczne sygnały odzwierciedlają stan realny. Do Sztabu Interwencyjnego docierały np. informacje z resortów rolnictwa i rynku wewnętrznego, że wkrótce zabraknie żywności oraz leków. Wicepremier znalazł się pod presją, by poprosić EWG i USA o natychmiastową pomoc.

Brakowało zboża, bo rolnicy widząc, jak drożeje, czekali ze sprzedażą na wyższe ceny?

Ministerstwo Rolnictwa ostrzegało przed wieloma konsekwencjami wprowadzanych zmian – na szczęście się one nie spełniły. Drugim nowoutworzonym ciałem był Zespół ds. Monitoringu Gospodarki. Na czele Zespołu stanął Henryk Chmielak, wiceszef Centralnego Urzędu Planowania, a w kolejnym roku zastąpił go wiceszef GUS Krzysztof Lutostański. Na początku Zespól zbierał się co dwa tygodnie, później co miesiąc, w jego skład wchodzili dyrektorzy odpowiednich departamentów z ministerstw oraz urzędów gospodarczych, a także doradcy KERM. Oceny i postulaty wypracowane przez Zespół trafiały do Sztabu Interwencyjnego oraz poszczególnych resortów. Zespół obserwował zarówno efekty działań stabilizujących, jak i przekształceń systemowych. Po kilku tygodniach pojawiły dwa niepokojące sygnały: po pierwsze, inflacja w styczniu 1990 r. była wyraźnie wyższa niż prognozowana.

Jakiej się spodziewaliście?

45 proc. (w stosunku do grudnia 1989 r. –red.)

A było?

78 proc. Spodziewaliśmy się wysokiej inflacji korekcyjnej. Bo np. urzędowe ceny węgla, energii elektrycznej czy taryf kolejowych zostały 1 stycznia podniesione kilkakrotnie. Te ceny były ustalane centralnie, ale inne jako rynkowe także wyraźnie poszybowały w górę. A potem drugi niepokojący sygnał – o obniżeniu poziomu produkcji. Przedsiębiorstwa państwowe podniosły ceny swoich towarów, te zaś natrafiły na barierę popytu – wcześniej jej nie było, wszystko co wyprodukowano znajdowało nabywcę. Przedsiębiorstwa nie reagowały na tę nową sytuację: nie obniżały cen, nie cięły kosztów. Henryk Chmielak mówił, że „przycupnęły" – ani w górę, ani w dół. Pozwoliły im na to zgromadzone wcześniej zasoby złotych i dewiz oraz zapasy. Tak więc przez pewien czas firmy państwowe nie odczuwały presji, by wyjść aktywniej na rynek, by produkować taniej i lepiej. To było bardzo stresujące. Natomiast od razu na nową sytuację zareagował sektor prywatny. Zaczął się handel uliczny. Było to ważne, bo wyraźnie poprawiło się zaopatrzenie, a jednocześnie pojawiła się konkurencja dla firm państwowych. Złoty stał się wymienialny, więc wspomagał import, którego skala uległa znacznemu rozszerzeniu dzięki zniesieniu monopolu państwowego w handlu zagranicznym. Rozszerzało to paletę towarów, a zarazem było czynnikiem antyinflacyjnym i oczywiście zwiększało presję na sektor państwowy. Niezależnie od bariery popytowej presja konkurencyjna sprawiała, że firmy państwowe nie mogły dowolnie podnosić cen. Po kilku miesiącach było oczywiste, że jednak państwowe przedsiębiorstwa nie dokonały niezbędnej adaptacji do nowych, bardziej wymagających uwarunkowań. Tym bardziej konieczne stały się działania na rzecz ich restrukturyzacji i prywatyzacji. Oficjalnie odnotowana w roku 1990 recesja była głęboka – PKB spadł o 18 proc. Potem okazało się, że statystycy nie rejestrowali produkcji i rosnącego wkładu do PKB nowych prywatnych firm, których w ciągu tamtego roku powstało aż 340 tys. Zatrudniały po kilka osób, więc były zbyt małe, by GUS je uwzględniał w swoich badaniach. Ostatecznie okazało się, że spadek PKB wyniósł 12 proc. W tym kontekście warto zauważyć, że silne spadki PKB przeżywały także inne kraje przechodzące na początku lat 90. przez transformację. Na przykład w 1991 r. PKB Czechosłowacji spadł o 16 proc., a Bułgarii o 25 proc. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do Polski nie musiały one wprowadzać ostrych działań antyinflacyjnych, siłą rzeczy prorecesyjnych, które w przypadku naszego kraju były niezbędne.

Badaliście nastroje społeczne?

Tym zajmowało się trzecie nowoutworzone ciało – Zespół ds. Badania Opinii o Gospodarce. Kierował nim Marek Jaśkiewicz, przy wsparciu dwóch socjologów: Andrzeja Sołtyka oraz Krzysztofa Nowaka z UW. Krzysztof przyczynił się do tego, że obok badań ilościowych zaczęliśmy coraz większą uwagę przywiązywać do analiz jakościowych. Zespół spotykał się co dwa tygodnie, później co miesiąc. W jego skład wchodzili przedstawiciele CBOS i OBOP, niezależni eksperci, a także kierownicy działów listów Sejmu, Senatu, URM, dokąd docierały ważne sygnały od ludzi. Na pewnym etapie w sondażach nastrojów i poglądów brała też udział grupa taksówkarzy z kilku miast.

Taksówkarze są do dziś „agregatorami" opinii publicznej. Wtedy dostawali zadanie wypytywać pasażerów?

Może nie zadanie, ale prośby – np. o stosunek do wymienialności złotego, o kurs złotego do dolara, do innych wprowadzanych wówczas zmian, o ogólną ocenę działań rządu w sprawach gospodarczych, o ich obawy oraz prognozy. Pytaliśmy też o handel – na ile się poprawia, gdzie najbardziej, gdzie jeszcze niewystarczająco. To zwykle były 3-4 pytania. Odpowiedzi stanowiły interesujące uzupełnienie tradycyjnych pomiarów stanu świadomości, lęków i oczekiwań. Kilka miesięcy później zaprosiliśmy eksperta z USA, który wyjaśnił nam jak organizować grupy fokusowe. To było wówczas coś nowego.

Co jeszcze?

Wprowadziliśmy na stałe mechanizm współpracy z dziennikarzami. Tym zajmowała się czwarta nowoutworzona struktura – Zespół ds. Kontaktów z Mediami. Co czwartek organizowaliśmy briefing dla redaktorów i publicystów zainteresowanych tematyką gospodarczą. Zależało nam, by mieli tę samą wiedzę, co my, by znali nasze intencje i plany. Była to grupa 10-12 osób, potem się powiększyła, a wśród nich m.in. Piotr Aleksandrowicz z „Rzeczpospolitej", Danuta Zagrodzka z „Gazety Wyborczej", Jerzy Baczyński z „Polityki".

Pamiętam, że polityka informacyjna Mazowieckiego była bardzo otwarta: dziennikarze mogli przebywać przed Salą Świetlikową, gdzie obradował rząd i przepytywać ministrów. Dostawali też całe naręcza dokumentów. Premier Bielecki niestety skasował to nasze antyszambrowanie...

Być może chodziło o wprowadzenie jaśniejszych reguł dostępu do członków Rady Ministrów, a jeśli tak, to szło to w parze z daleko posunięta wówczas profesjonalizacją pracy nowej ekipy Biura Prasowego Rządu. Nam bardzo zależało na jak najlepszych kontaktach z mediami. Chociaż jesienią 1989 r. w części kręgów rządowych panowało jeszcze przekonanie, że prawda sama się obroni i jakiś specjalnie rozbudowany aparat informacyjny nie jest potrzebny. Na świeżo po przełomie politycznym można to było zrozumieć...

Wystarczy wyjść i poinformować?

Po pewnym czasie poprosiliśmy o sprawdzenie jak obsługa informacyjna wygląda np. w Holandii czy w Niemczech. Okazało się, że w Urzędzie Kanclerskim mediami zajmowało się dziesięć razy więcej osób niż w URM. Zdaliśmy sobie wówczas sprawę, ile pracy trzeba włożyć w tego typu kontakty. Oczywiście wtedy działaliśmy w ramach „nadzwyczajnej polityki" jak ją określał Leszek Balcerowicz – a więc potrzeby komunikacyjne można było uznać za mniejsze niż w bardziej wymagających uwarunkowaniach. „Nadzwyczajnej", bo nie rozwinęła się jeszcze typowa konkurencja polityczna: obóz solidarnościowy do połowy 1990 r., czyli do „wojny na górze", był jednolity. Jednocześnie inne partie w Sejmie generalnie akceptowały kierunek zmian w kraju. A ponadto istniało wyraźne poparcie społeczne dla zmian, choć było oczywiste, że stopniowo będzie się ono zmniejszać. I choćby dlatego od początku zależało nam na ścisłej współpracy z mediami.

Im szybciej ludzie się dowiedzą dzięki mediom, jakie zmiany planujecie, tym lepiej wykorzystają pojawiające się szanse?

Również i dlatego, żeby pokazać, że to jest nieodwracalne, że nie ma co czekać, aż ktoś przyjdzie, zaoferuje darmowe kredyty i ceny zamrozi, że bardzo ważna jest własna inicjatywa, że prywatyzacja jest korzystna dla wszystkich. A także, że trzeba być solidarnym – Jacek Kuroń nawoływał, aby pomagać tym, którzy nie mogą nadążyć. Obawialiśmy się też, że nieoczekiwanie może zaistnieć sytuacja kryzysowa i wtedy warto być w dobrych kontaktach z ludźmi mediów, by móc szybko i skutecznie reagować. Na szczęście taki poważny kryzys nie nastąpił, choć w roku 1991 pojawiły się wstrząsy zewnętrzne zagrażające kruchej polskiej gospodarce – podwojenie cen ropy i gazu wskutek wojny w Zatoce Perskiej, przejście na rozliczenia wolnodewizowe z ZSRR oraz utrata rynków zbytu w krajach RWPG, zwłaszcza w ZSRR, a także w NRD, która jednoczyła się z RFN. Grozą powiało tylko w połowie sierpnia 1991 r. podczas puczu Janajewa w Moskwie, ale na szczęście trwało to krótko.

Jak w drugim roku realizacji planu Balcerowicza wyglądała wasza praca?

W roku 1991, kiedy premierem był już Jan Krzysztof Bielecki, w URM działały kolejne nowe struktury. Powstał niewielki Zespół ds. Strategii Gospodarczej. Funkcjonowała „Komisja Pięciu", utworzona jeszcze pod koniec 1990 r., która zajmowała się koordynacją pomocy zagranicznej dla Polski: Ministerstwo Finansów, NBP, Ministerstwo Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, CUP i Urząd Pełnomocnika ds. Pomocy Zagranicznej. Komisji przewodniczył wicepremier Balcerowicz. Jednocześnie działał, również pod kierownictwem wicepremiera, Zespół ds. Restrukturyzacji, w skład którego wchodziły instytucje wspierające restrukturyzację przedsiębiorstw powstałe w 1990 r.: Agencja Rozwoju Przemysłu, Polski Bank Rozwoju, Korporacja Ubezpieczeń Kredytowych, a także Fundacja na rzecz Doradztwa Polskim Przedsiębiorstwom. W Ministerstwie Finansów został utworzony – niezbędny już wówczas – pion instytucji finansowych, na czele którego stanął wiceminister Stefan Kawalec, nadal pozostając bardzo bliskim doradcą Leszka Balcerowicza w szerokim zakresie spraw. Powstała również międzyresortowa Komisja ds. Prywatyzacji Przedsiębiorstw, która miała wesprzeć realizację celów Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Ministerstwo zostało utworzone w drugiej połowie 1990 r., jego pierwszym szefem był Waldemar Kuczyński, zaś w roku 1991 resortem kierował Janusz Lewandowski. Generalnie chodziło o przyspieszenie restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, od czego zależała efektywność całej gospodarki. Zależało nam na szybkiej i powszechnej prywatyzacji, ale ostatecznie trwała ona znacznie dłużej, niż początkowo zakładał rząd i ekipa gospodarcza.

Może to i lepiej. Bo szybka „kuponowka" w Czechosłowacji skończyła się oligarchizacją gospodarki. Dlatego nie poszliście z ustawą prywatyzacyjną do Sejmu już w grudniu 1989 r.? W 1990 r. jej uchwalenie zajęło pół roku.

Było kilka powodów. Zanim je wymienię, warto przypomnieć, że oczywiście prywatyzacja stanowiła zadanie o strategicznym znaczeniu, ale obok niej plan Balcerowicza zakładał cały szereg innych zmian instytucjonalnych, o których z góry było wiadomo, że zajmą znacznie więcej czasu niż stabilizacja, liberalizacja i wprowadzenie wymienialności złotego. Zmianami tymi miały być: demonopolizacja (rozpoczęta jeszcze jesienią 1989 r.), gruntowna przebudowa systemu podatkowego, dalsze głębokie przekształcenia w systemie bankowym w połączeniu z umacnianiem niezależności NBP, przebudowa sfery budżetowej wraz z wprowadzeniem ubezpieczeń społecznych i osłon socjalnych dla tych, którzy mogli stracić pracę, wreszcie – utworzenie instytucji istotnych dla gospodarki rynkowej, takich jak giełda. Projekt ustawy prywatyzacyjnej nie pojawił się w zasadniczym pakiecie projektów reform, z jakim poszliśmy w grudniu 1989 r. do Sejmu przede wszystkim dlatego, że do końca listopada nie powstała jego dopracowana wersja. Przez pewien czas ścierały się różne poglądy w sprawie modelu prywatyzacji – nigdy wcześniej w żadnym kraju nie prowadzono takiej operacji na masową skalę. Po drugie, przekształcanie setek przedsiębiorstw państwowych, niezależnie od ostatecznej koncepcji prywatyzacji, wymagałoby ogromnego wysiłku organizacyjnego, ten zaś musiałby być podjęty równolegle do gaszenia pożaru inflacyjnego w gospodarce, co stanowiło wówczas najpilniejsze zadanie. I po trzecie, nie było jesienią do końca jasne, czy w parlamencie uda się uzyskać ze strony wszystkich sil politycznych konsensus wobec pakietu zmian zawierającego także szeroką i szybką prywatyzację. Choć generalnie kierunek ku „przekształceniom własnościowym" cieszył się już wtedy zrozumieniem i rosnącym poparciem. No i na pewno było zielone światło dla „małej" prywatyzacji.

Bo bardziej strawna politycznie?

Przede wszystkim można ją było prowadzić na mocy już istniejących ustaw. Mieliśmy nadzieję, że ta właściwa ustawa prywatyzacyjna zostanie przyjęta w lutym-marcu 1990 r. Stało się to dopiero w lipcu, notabene przy ogromnej liczbie głosów „za". Jej kształt wydawał się nie do końca satysfakcjonujący dla zwolenników szybkiej, masowej prywatyzacji, ale stworzył dobre podstawy do podejmowania przez rządową administrację pożądanych działań. Obok już istniejących możliwości ustawa wprowadzała dwie zasadnicze drogi prywatyzacji – kapitałową i tzw. likwidacyjną. W ciągu kolejnych kilkunastu miesięcy tempo prywatyzacji było jednak znacznie niższe od oczekiwanego. Jak teraz wiadomo, proces ten w ciągu następnych lat rozwijał się wielotorowo, a nie według jakiegoś jednolitego, zakrojonego na szeroką skalę schematu.

W Solidarności był niezwykle popularny akcjonariat pracowniczy. Popularyzowali go ludzie z USA.

Spółki pracownicze typu ESOP... Rząd nie chciał obierać takiej drogi, aby nie ugrzęznąć gdzieś pomiędzy własnością prywatną, znaną z Zachodu, a samorządową, jak w dawnej Jugosławii, która była lepsza niż państwowa własność w socjalizmie, ale zdecydowanie mniej efektywna niż prywatna. Aczkolwiek od początku było istotne, żeby przyjąć rozwiązania, w których załogi przedsiębiorstw będą mogły bezpośrednio odnosić korzyści z prywatyzacji ich firm.

Z perspektywy czasu widać, że tam, gdzie byli silni menedżerowie prywatyzacja pracownicza skończyła się tym, że to oni skupili akcje od załóg.

Na tamtym etapie niewiele było jeszcze przedsiębiorstw prywatyzowanych drogą kapitałową; Giełda Papierów Wartościowych powstała w kwietniu 1991 r. Natomiast gdyby taki mechanizm wystąpił na szeroką skalę, to mógłby wywołać negatywne reakcje społeczne. Warto w tym kontekście przypomnieć, że od początku w dyskusjach nad metodami prywatyzacji pojawiał się pomysł prywatyzacji obywatelskiej, w ramach której bezpośrednie udziały we własności otrzymaliby nie tylko pracownicy prywatyzowanych przedsiębiorstw.

Pomysł Wałęsy z wyborów prezydenckich: 100 mln zł dla każdego?

Abstrahując od nierealnej kwoty, w tej idei chodziło o przyspieszenie prywatyzacji, a więc istotnej zmiany systemowej, poprzez zaangażowanie w nią pracowników przekształcanych przedsiębiorstw, a także innych firm, sfery budżetowej oraz rolników i emerytów. Wiosną 1990 r. Leszek Balcerowicz uczestniczył w II Zjeździe Solidarności. Przed wyjazdem rozważał, czy nie ogłosić w Gdańsku, że pracujemy nad szerokim dostępem do owoców prywatyzacji poprzez nieodpłatne bony prywatyzacyjne. Skłaniał się ku temu, uważając, że znacznie wzrosłaby szansa na zwiększenie akceptacji społecznej dla prywatyzacji. Ale że pomysł nie był wówczas dostatecznie dojrzały, więc nie chciał składać takiej obietnicy. Na Zjeździe powiedział tylko ogólnie, że trwają prace nad koncepcją szerszego udostępnienia uprawnień własnościowych, również ludziom o niższych dochodach.

I co, delegaci nie zrozumieli?

Wtedy to się nie przebiło, inne sprawy dominowały podczas dyskusji z wicepremierem. Ostatecznie w pracach nad ustawą prywatyzacyjną, przyjętą w lipcu 1990 r., idea ta znalazła swój ogólny wyraz, tworząc formalną podstawę do wypracowania konkretnych rozwiązań. Potem była „wojna na górze", a po wyborach prezydenckich powstał nowy rząd, który miał przed sobą krótką perspektywę – w maju 1991 r. spodziewane były wybory parlamentarne (w końcu odbyły się one w listopadzie). W takich warunkach trudno było o wypracowanie, przyjęcie i rozpoczęcie realizacji jakiejś ambitnej koncepcji uwzględniającej szeroki udział społeczeństwa w prywatyzacji. W czerwcu 1991 r. Ministerstwo Przekształceń Własnościowych wystąpiło z projektem powszechnej prywatyzacji – zakładał on utworzenie narodowych funduszy inwestycyjnych (NFI), które miały mieć udziały w prywatyzowanych przedsiębiorstwach, zaś udziały w tych funduszach byłyby nieodpłatnie przekazywane obywatelom. Trzeba natomiast podkreślić, że w latach 1990-1991 coraz dynamiczniej rozwijał się sektor prywatny w gospodarce i szybko rósł jego udział w PKB. Jednocześnie toczyła się mniej widoczna, a bardzo ważna forma prywatyzacji: wyprzedawanie przez firmy państwowe ich zasobów: ziemi, samochodów, budynków, maszyn.

Przyciśnięte do muru odchudzały się?

Jesienią 1990 r. przyjrzeliśmy się uważniej temu zjawisku – jego skala była znacząca. Zasoby trafiały do prywatnego biznesu, który je o wiele lepiej wykorzystywał, zaś odchudzona firma państwowa działała bardziej efektywnie.

Planowaliście już wtedy zaprosić zachodni kapitał?

Zarówno rząd Tadeusza Mazowieckiego, jak i Jana Krzysztofa Bieleckiego, były bardzo otwarte na zachodnich inwestorów. Ale zagraniczny kapitał wcale się wówczas do nas nie kwapił, bo postrzegał Polskę jako kraj dużego ryzyka. Jedna z pierwszych poważnych firm, która podjęła odważną decyzję – i dobrą, jak się później okazało – był Procter & Gamble. Zachęcającym dla innych przykładem było także wejście International Paper do Kwidzyna.

Były jakieś preferencje?

Specjalne strefy ekonomiczne powstały później. Natomiast jesienią 1989 r. pojawiły się pretensje i wyrazy dezaprobaty ze strony firm polonijnych, które zwabione jeszcze za PRL rozwinęły u nas skrzydła – w tamtej zdeformowanej gospodarce ich produkty natrafiały na wyjątkowo chłonny rynek.

Czytaj także: Balcerowicz: To, co dobre, stało się w 1990, kolejny rok był trudniejszy

Co się z nimi stało?

Gdy od początku 1990 r. wszyscy mieli te same warunki gry – dostęp do walut, do importu, do rynków zagranicznych – poczuły silną konkurencję. Ich sytuacja uległa istotnej zmianie – do niedawna jeszcze działały w zupełnie innej gospodarce: miały nieskrępowany dostęp do zachodnich materiałów, nieograniczony zbyt i zero konkurencji. Potem część z nich jakoś się z nową sytuacją oswoiła. Pamiętam też, choć nie dotyczy to bezpośrednio biznesu, jak w listopadzie 1989 r. gościliśmy delegację amerykańskiej Polonii; z entuzjazmem reagowali na nasze zapowiedzi, że wprowadzimy w Polsce normalną gospodarkę, taką jak na Zachodzie. W kilka miesięcy później spotkałem w Warszawie jednego z członków tej delegacji. Nie wyglądał na zadowolonego. Na pytanie o powód wyjaśnił, że oczywiście bardzo się cieszy, iż Polska zmienia się na lepsze, ale jego osobista sytuacja znacznie się pogorszyła. Bo kiedyś za dolara mógł sporo kupić, a teraz niewiele.

Do kiedy utrzymał się kurs dolara 9500 zł?

Od stycznia 1990 do 17 maja 1991 r., kiedy została przeprowadzona operacja „delta K". Delta, czyli różnica kursu. Nastąpiło to na wniosek wicepremiera oraz prezesa NBP podczas posiedzenia Rady Ministrów o godzinie 23.00, tak żeby nie doszło do spekulacyjnych ruchów na rynku. Jednak decyzja o podniesieniu kursu dolara dojrzewała już od pewnego czasu i stała się częścią przyjętego wówczas przez rząd pakietu antyrecesyjnego. To było na dzień przed słynną naradą ekonomistów w Belwederze.

Prezydenccy ekonomiści czaili się na Balcerowicza: mieli przeprowadzić sąd nad nim i doprowadzić do obalenia. Ale nie obalili.

Narada była dwudniowa. Rozpoczął ją prezydent Wałęsa, który miał ją też następnego dnia podsumować. Uczestnicy czekali na ten moment w napięciu. Tymczasem zamiast Lecha Wałęsy pojawił się premier Jan Krzysztof Bielecki, który w imieniu prezydenta dokonał podsumowania – w sposób korzystny dla rządu i ekipy gospodarczej. Wywołało to poruszenie w grupie, która liczyła, że padną uwagi krytyczne, dające podstawę do odwołania wicepremiera Balcerowicza. Generalnie, jak już wspominałem, druga faza realizacji planu Balcerowicza – w 1991 r. – przebiegała w wyjątkowo niekorzystnych warunkach, bo zbiegły się trzy wstrząsy zewnętrzne; po pierwsze, wojna w Zatoce Perskiej, która podwoiła ceny ropy i gazu...

...a z Rosją rozliczaliśmy się już w dolarach...

To ten drugi czynnik, a trzecim była utrata naszych rynków zbytu w krajach RWPG, przede wszystkim w ZSRR oraz w NRD, która jednoczyła się z RFN. Wszystkie trzy spowodowały poważne napięcia w budżecie. Jednocześnie w kraju nasilała się rywalizacja między partiami politycznymi, nie było już konsensusu, który chronił plan Balcerowicza w pierwszym okresie. Powoli wyczerpywało się również społeczne poparcie, co było zrozumiałe i spodziewane. W 1989 r. ludzie odrzucili poprzedni system, który w wymiarze gospodarczym był coraz bardziej dotkliwy, przede wszystkim z powodu galopującej inflacji, pustych półek i kolejek. Nowy rząd został wtedy obdarzony dużym zaufaniem. To był wielki kapitał społeczny: kiedy w styczniu i lutym 1990 r. ceny poszybowały w górę, generalnie ludzie przyjęli to ze spokojem, wierzyli bowiem, że sytuacja się poprawi. Wiadomo jednak było, że tak duże poparcie się nie utrzyma – nawet gdy inflacja zmaleje, na rynku pojawią się towary i złoty będzie wymienialny. Do dobrych rzeczy łatwo się przyzwyczaić. Kiedy więc w połowie 1990 r. nieoczekiwanie w budżecie wystąpiła nadwyżka, w ekipie gospodarczej zrodziła się inicjatywa poluzowania polityki.

Ustąpił wtedy Marek Dąbrowski, zastępca Balcerowicza w Ministerstwie Finansów. Uważał, że nie należy odpuszczać.

Leszek Balcewicz uznał, że skoro sytuacja budżetu się poprawia, czego wcześniej nie oczekiwaliśmy, to część nadwyżki można wykorzystać na istotne i odczuwalne cele społecznie. Trzeba jednak podkreślić, że tamta decyzja, połączona ze złagodzeniem polityki kredytowej, była elementem szerszego zestawu działań, zawierającego m.in. reformę górnictwa. I zapewne wszystko byłoby dobrze, gdyby nie późniejsze wstrząsy zewnętrzne.

Co przesądziło, że plan Balcerowicza zadziałał?

Przede wszystkim zaistniały niezbędne warunki polityczne – brak ograniczeń ustrojowych. Po drugie, był dobry plan: całościowy, spójny i radykalny. Po trzecie, był lider, a zarazem autor planu: zdeterminowany, odporny na napięcia, świetnie zorganizowany, który wraz z dobraną przez siebie ekipą skutecznie realizował plan. Po trzecie, była silna osłona polityczna: Lech Wałęsa jako przewodniczący Solidarności, a później prezydent, premier Tadeusz Mazowiecki, następnie premier Jan Krzysztof Bielecki. Istniało także niepisane porozumienie głównych sił politycznych o wsparciu dla programu zmian – przynajmniej na pewien czas. Po czwarte, w kluczowym okresie występowało szerokie, niezwykle istotne poparcie społeczne dla reform. Po piąte, mieliśmy też swoje pięć minut za granicą: jako pionierzy przecierający szlak. To pozwoliło Polsce zdobyć fundusz stabilizacyjny, a następnie uzyskać głęboką redukcję długu, jak również otrzymać inne formy wsparcia. Wszystko to stworzyło „window of opportunity" – wielką szansę, która została dobrze wykorzystana. Można dziś dyskutować, czy w stopniu maksymalnym, ale biorąc pod uwagę ogrom wyzwań z jesieni 1989 r., było to na granicy cudu – tak przynajmniej sądzili zagraniczni obserwatorzy. Podczas sesji w Banku Światowym poświęconej 20-leciu planu Balcerowicza pytaliśmy amerykańskich kolegów, którzy jesienią 1989 r. uważnie śledzili działania podejmowane w Warszawie, ile wtedy dawali szans polskiemu programowi gospodarczemu? W odpowiedzi usłyszeliśmy: 25-30 proc. Dopiero w marcu-kwietniu 1990 r. nabrali przeświadczenia, że plan działa.

A kiedy wy uznaliście, że działa?

Teresa Hildebrandt z gabinetu Leszka Balcerowicza w URM uruchomiła system bieżącego badania cen w handlu, głównie na bazarach i targowiskach. Od początku stycznia 1990 r. przychodziły stamtąd same niepokojące wieści: ceny ciągle szły w górę. Wreszcie któregoś dnia wbiega i mówi: „Panie premierze, jaja staniały!". To był koniec stycznia. Wtedy ktoś powiedział: „Nareszcie, zaczęło działać". To był pierwszy obiecujący sygnał z najważniejszego frontu – walki z inflacją. Dość szybko zniknęły także kolejki, wyraźnie polepszyło się zaopatrzenie, wymienialność złotego okazała się skuteczna (z funduszu stabilizacyjnego nie został wydany ani jeden dolar), a także poprawiła się struktura cen, dzięki której można było podejmować bardziej racjonalne decyzje. Wszystko to, wraz z rozległymi zmianami instytucjonalnymi oraz rozkwitem sektora prywatnego, stworzyło mocne fundamenty pod nową gospodarkę – w kilka lat później roczny wzrost PKB sięgnął 7 proc.

 

 

Jerzy Koźmiński jest od roku 2000 jest prezesem Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności, w latach 1994-2000 był ambasadorem Polski w USA, a w latach 1989-1991 członkiem zespołu prof. Balcerowicza, dyrektorem generalnym i podsekretarzem stanu w URM.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA