Do kataklizmu w prowincji Qinghai doszło w środę. Informacje o rozmiarach tragedii w tym górzystym, niedostępnym regionie stanowiącym historycznie część Tybetu docierają jednak do świata dopiero teraz. Wiadomo, że zginęło ponad 1700 osób, a ponad 12 tysięcy zostało rannych. Około 300 ludzi uważa się za zaginionych. Pozostają nikłe nadzieje, że ktoś z zaginionych mógł jeszcze przeżyć. Sto tysięcy mieszkańców prowincji pozostało bez dachu nad głową. W miejscowościach blisko epicentrum w gruzach legło 90 proc. budynków.
Przywódca Chin Hu Jintao skrócił wizytę w Ameryce Łacińskiej, by – jak podała agencja Xinhua – „kierować akcją ratunkową i odwiedzić rannych”.
Duchowy przywódca Tybetańczyków Dalajlama, który urodził się w rejonie środowego kataklizmu, wezwał władze w Pekinie, by umożliwiły mu wizytę. – By spełnić życzenia wielu ludzi, jestem gotów udać się tam sam, by nieść ofiarom pocieszenie – oświadczył Dalajlama, który od 1959 r. przebywa na uchodźstwie w Indiach. Chiński rząd na razie nie zareagował. Dalajlama cieszy się wśród Tybetańczyków wielkim poparciem, przez Pekin uważany jest jednak za wichrzyciela i separatystę. Już po trzęsieniu ziemi w Syczuanie w 2008 r. Dalajlama prosił władze Chin o pozwolenie na przyjazd, ale go nie uzyskał.
Hu Jintao pojawił się w położonym w górach mieście Jiegu, gdzie zachęcał ratowników do wzmożonego wysiłku. W akcji wydobywania ocalałych spod gruzów odznaczyli się mnisi buddyjscy stanowiący sporą część ochotniczych ekip ratowniczych. Mieszkańcy regionu wznoszą stosy i palą na nich ciała ofiar. W buddyjskim Qinghai ciała zmarłych wystawia się z reguły na działanie żywiołów albo na pożarcie drapieżnym ptakom, tym razem jednak postanowiono poddać je kremacji, by zapobiec ewentualnemu wybuchowi epidemii. Największym obecnie wyzwaniem dla władz jest dostarczenie wody pitnej i pożywienia poszkodowanym. Nie jest to proste, gdyż Qinghai znajduje się 4 tysiące metrów nad poziomem morza. Do Jiegu wyruszyły konwoje wojskowych ciężarówek, do których przyłączały się samochody organizacji pomocowych. Konwoje mają do przejechania trudną drogę o długości około 1000 kilometrów.