Partnerem relacji jest KGHM

Jak w Davos wygląda dyskusja pod kątem energetycznym i surowcowym?

Na pewno widoczny jest motyw zmiany paradygmatu dostaw po wybuchu wojny w Ukrainie i po jasnym określeniu się Rosji. Polacy uchodzą tutaj za ekspertów od tego wątku. Ale ta sprawa jest aktualna niezależnie od kraju, z którego pochodzą firmy. Czyli: Rosja, co będzie z surowcami, co będzie z pokojem w Europie.

KGHM ma tutaj realny wpływ w kontekście globalnym? O to też Pana pytali rozmówcy w Davos?

Jesteśmy pytani o różne rzeczy. To bardzo ciekawe, bo jesteśmy postrzegani jako firma bardzo mocno polska - i tak rzeczywiście jest - ale przede wszystkim jesteśmy firmą globalną, dlatego że 80 procent naszej produkcji sprzedajemy poza Polską. Prowadzimy tutaj szereg rozmów z sektorem big data, finansowym, także związanym z energetyką.

Pytania, które nam zadają, są często związane z naszymi projektami SMR, czyli związanymi z małymi reaktorami jądrowymi. Jest to wątek bardzo interesujący, szczególnie dla inwestorów, ale także dla przemysłu. Po perturbacjach związanych z gazem, po tym, jak stał się on trudnym paliwem przejściowym i jego cena jest nieprzewidywalna w przyszłości, po perturbacjach związanych również z cenami i trudno przewidywalnym trendem, energia jądrowa staje się właściwie jedynym możliwym sposobem wyjścia z pułapki braku energii dla przemysłu. Ten temat wywołuje zaciekawienie i chęć zastanowienia się nad tym, jak można w to inwestować.

Czyli KGHM został wypatrzony w sprawie SMR jako trendsetter?

Absolutnie tak. Zresztą mamy sporo rozmów też z firmami przemysłowymi z Europy Środkowo-Wschodniej, które zamierzają się za ten temat zabrać. Mamy dobre relacje z partnerem z Rumunii, firmą Nuclearelectrica, która również inwestuje w SMR i operuje już dużymi elektrowniami jądrowymi.

Czy teraz, po trzech miesiącach wojny, może pan już powiedzieć, w którą stronę pójdą te inwerstycje i czy przyspieszą?

Na pewno. Zaczynaliśmy ten projekt jeszcze przed wojną, z powodu rosnących cen energii. OZE nie jest odpowiedzią dla ciężkiego przemysłu na zaopatrzenie w energię, bo nie ma słońca w nocy, wiatr też nie wieje cały czas, więc musimy mieć uzupełnienie w postaci SMR-ów. Inwazja Rosji na Ukrainę tylko potwierdziła nasze decyzje. Uważam że trend korzystania i z pełnoskalowej energii jądrowej - bo on cały czas jest, będzie i wszyscy wokół tę energię wokół Polski pełnoskalową mają - i z małoskalowej, jest czymś, co nas czeka w najbliższej przyszłości.

Gdy rozmawia pan z liderami przemysłu, firmami technologicznymi, to jakie są ich nastroje? Czy jest jakiś optymizm w tym trudnym momencie - wojna, dwa lata po wybuchu pandemii - czy dominuje nieprzewidywalność?

Motywem przewodnim każdego biznesu, który się rozwija, niezależnie od branży, jest to, że zmienność jest niezmienna. Nieprzewidywalność jest jedyną stałą częścią biznesu. Większość tych ludzi, liderów biznesowych jest przyzwyczajona do takiego sposobu działania. Oczywiście, są nowe faktory, ale nie powodują one zmiany sposobu myślenia i paradygmatu, ponieważ do tej zmienności w ostatnim czasie ludzie się bardzo przyzwyczaili. Bo oczywiście była pandemia, mamy wojnę na Ukrainie, ale przedtem był brexit, przedtem były wojny handlowe z Chinami... Każdy duży biznes musiał do tej nieprzewidywalności się przyzwyczaić. I myślę, że ta labilność jest już w ogóle częścią prowadzenia biznesu. Zmiany będą coraz częstsze.

A optymizmu jest chociaż nutka? Że Zachód będzie potrafił wyjść z tych kryzysów?

Widać wyraźnie może nie zaniepokojenie, ale znaki zapytania, związane z rozwojem sytuacji na Ukrainie. Ale jednocześnie nie ma takiego poczucia, że świat się kończy. Wręcz odwrotnie. Jest raczej nadzieja na zakończenie konfliktu w sposób, który da szansę Ukrainie na rozwój. I raczej jest myślenie o tym, co tam się dzieje, jako o pewnej sytuacji, która zakończy się pozytywnie. Takie głosy słyszymy od ludzi, z którymi rozmawiamy. I w każdej sytuacji właściwie, gdzie rozmawiamy z partnerami z zagranicy, słyszymy głosy dość szczerego i poważnego uznania dla Polski i Polaków w sprawie tego, jak wspieramy Ukrainę, jak jesteśmy z Ukrainą, szczególnie w kontekście humanitarnym, ale nie tylko. To jest absolutnie coś niepowtarzalnego, co Polakom, polskiemu rządowi udało się zrobić w ostatnim czasie - nasz PR, nasz wizerunek w świecie, można powiedzieć wzrósł o 500 proc.

Ale wracając do spraw surowców: pada takie hasło „wojna surowcowa". Co ono dla pana znaczy?

Wojna surowcowa jest podstawą geopolityki od dłuższego czasu, ale to się tak mocno nie przebijało do mainstreamu. Szczególnie to widać w kontekście gazu, ropy naftowej i obecnej sytuacji konfliktu zbrojnego. Ale takie surowce jak miedź, srebro, molibden to wszystko co produkujemy, czy w przyszłości nikiel, ale także generalnie metale ziem rzadkich, to coraz ważniejszy aspekt rozwoju każdego biznesu na świecie. Dostęp do metali ziem rzadkich jest kluczowy dla rozwoju przemysłu samochodowego czy elektronicznego. Wszyscy widzieliśmy stojące przez rok fabryki samochodów, z powodu braku dostępu do procesorów. Dla naszego biznesu oznacza to jedno: wydobywaj jak najwięcej, produkuj jak najwięcej, zabezpiecz złoża na przyszłość, dlatego że ten metal będzie potrzebny i są deficyty na świecie.

Mówimy tu o miedzi czy srebrze, ale także motywuje nas to do dalszych prac w kontekście odzyskiwania i pozyskiwania metali ziem rzadkich, co jeszcze jakiś czas temu było nieopłacalne. A teraz jest to bardzo dobry biznes.

Pandemia, zerwanie łańcuchów dostaw, ale też szczególnie wojna, sprawiły że zniknęło poczucie, że świat jest piękny i wszystkiego zawsze będzie w brud. To nieodwracalne?

Myślę, że tak, z powodu geopolityki. Fabryką świata stały się Chiny, które np. teraz prowadzą politykę zero-covid. Co to oznacza? To oznacza, że duża część przemysłu nie produkuje, dlatego że mają problem z prawcownikami. To oznacza, że np. na klimatyzator być może trzeba czekać trzy miesiące, a nie przyjedzie za tydzień. Jest wiele takich zmiennych, które powodują zmianę sposobu życia ludzi.

To zrywanie łańcuchów dostaw ma wpływ na produkcję KGHM?

My sobie z tym radzimy, ponieważ doskonałym poligonem dla nas był okres pandemii. Mieliśmy w pierwszym roku dosyć długie opóźnienia w dostawach. Całe szczęście są alternatywne źródła, ale też najzwyczajniej w świecie trzeba po prostu racjonalnie robić większe zapasy tych rzeczy, z którymi mogą być kłopoty. I tak przewidujemy. Zresztą w pandemii, gdy wiele firm wykonywało o 20-30 proc. mniejsze plany produkcyjne, my zrobiliśmy większą produkcję, niż planowaliśmy. W tym roku jesteśmy jedną z dwóch światowych firm na 10 największych, które zwiększyły produkcję. Inne zmniejszały, z różnych powodów - m.in. właśnie z powodu przerwania łańcuchów dostaw.

Mówił pan o metalach ziem rzadkich. Jaki to może być kierunek rozwoju?

Polska takie zasoby ma, ale może nie tak duże, jak mają inne kraje. Poza tym są różne technologie odzyskiwania. To nie jest tylko kwestia pozyskiwania, produkcji górniczej, ale to jest kwestia odzyskiwania tych surowców z naszego łańcucha technologicznego, czyli przy okazji wydobycia miedzi. Trend jest teraz taki: każda firma, która potrzebuje np. półprzewodników, próbuje załatwić sobie własny łańcuch dostaw - od wydobycia produktu o nazwie metal ziem rzadkich, do produkcji procesorów i instalacji ich potem w samochodzie. Okres pandemii, a potem okres wojny pokazał, że to jest newralgiczny wątek. My uzyskując pewne wolumeny tej potencjalnej produkcji jesteśmy po prostu w bardzo poważnej grze, która raczej jest skazana na biznesowe powodzenie.

Winston Churchill mawiał: „Nie pozwól, aby dobry kryzys się zmarnował". Wygląda na to, że KGHM po prostu był w dobrej pozycji startowej w tym wyścigu.

Był, dlatego że trzy lata temu przyjęliśmy strategię, która te wszystkie aspekty, o których mówimy, wskazywała. Bo czy technologia jądrowa, czy kwestie związane z pracami badawczymi na temat odzyskiwania metali ziem rzadkich, to są założenia strategiczne sprzed trzech lat. A maksymą tej strategii było hasło, że tylko zmienność jest niezmienna.

Postawiliśmy tezę, że świat będzie przyspieszał; że zmiany w świecie nie będą takie, jak kiedyś - co 20 albo co 30 lat, tylko będą działy się co roku, co pół roku. W ciągu ostatnich trzech-czterech lat mieliśmy absolutne przyspieszenie historii. Przeszliśmy przez wojny handlowe z Chinami, przeszliśmy przez pandemię, przechodzimy przez okres konfliktu europejskiego - bo on nie tylko ma miejsce na naszym kontynencie, ale też angażuje Europejczyków. I myślę, że to nie koniec. Turbulencje są coraz większe i ci, którzy w tej zmienności będą się szybko, elastycznie odnajdywać, czyli reagować z wyprzedzeniem, będą pewne trendy wyprzedzać, po prostu wygrają.

Ale nie sposób nie zapytać też o ryzyka. Czego się pan obawia? Np. czeka nas dyskusja polityczna o energetyce atomowej.

Ryzyka zawsze są i trzeba nimi zarządzać. Ale spójrzmy na globalne trendy. Proszę zwrócić uwagę na politykę takich krajów, jak Francja, która uruchomiła projekt rozwoju SMR-ów warty pół miliarda euro. Brytyjczycy robią to samo. Jest kilka firm w Stanach Zjednoczonych, które pracują nad tą technologią; niektóre są bardziej zaawansowane, niektóre mniej. Rozgrywają się już pierwsze przetargi zakupowe, w których są wybierane technologie. Są pierwsze technologie zlicencjonowane. I oczywiście możemy czekać, czyli powiedzieć sobie: „OK, jak ktoś jeszcze będzie bardziej zaawansowany, to my się zastanowimy", ale my już wcześniej za długo czekaliśmy w wielu wymiarach. Mówię np. o tym, że przez 30 lat, po 1989 roku nie było w Polsce energii atomowej, a wszystkie kraje wokół ją mają i miały. Nam by rozwiązywało to sporo problemów.

Trzeba więc po prostu działać, minimalizując różnego rodzaju ryzyka. Oczywiście, też są często pytania, jak jest z akceptacją obywateli w kontekście tej technologii. Widziałem ostatnio badania, z których wynika, że prawie 80 procent ludzi w pełni akceptuje technologię jądrową jako źródło energii, bo coraz bardziej rozumie aspekty ekonomiczne. A prawie 60 procent nie ma nic przeciwko, jeśli chodzi o lokalizację elektrowni w ich pobliżu.

Z tych analiz wynika, że ludzie mniej obawiają tych małych elektrowni dla przemysłu, niż tych dużych?

Obawiają się mniej obu typów. Badano energetykę jądrową w ogóle.

Czy wzrastają ryzyka dla zagranicznych inwestycji KGHM-u? Np. kwestia możliwej nacjonalizacji kopalni Sierra Gorda.

Takimi ryzykami również staramy się aktywnie zarządzać. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odbyliśmy serię spotkań z politykami chilijskimi. Zresztą cały sektor miedziowy, który jest najmocniejszym sektorem gospodarki w Chile - ten kraj odpowiada prawie za połowę światowej produkcji miedzi - spotykał się i rozmawiał. W tej chwili nie ma takiego zagrożenia na poziomie regulacyjnym. Plany, które były, upadły, nie zostały zaakceptowane politycznie przez nową władzę ustawodawczą. W związku z tym jesteśmy w sytuacji, w której byliśmy i to zagrożenie zniknęło. Ale oczywiście takie zagrożenia są dynamiczne, więc jeśli ktoś uważa, że kierując globalnym koncernem - czy w mojej branży, czy w innych - uniknie różnego typu perturbacji i myślenia o tym, co może nas zaskoczyć, to jest to niemożliwe. Zawsze coś nas może zaskoczyć. To, co możemy zrobić, to wiedzieć, jakie są trendy, oddziaływać na ich minimalizację, ewentualnie mieć odpowiedzi na to, co się stanie.

W kraju są jakieś ryzyka, jeśli chodzi o KGHM, które nie dają panu spać po nocach?

Śpię spokojnie, zazwyczaj siedem godzin, chociaż czasami zdarzają się w nocy rozmowy ze względu na różnice czasowe z innymi projektami. Naszym głównym wyzwaniem jest to, żeby w sytuacji, w której jesteśmy dużym konsumentem energii, mieć ją taką, by zapewniła nam konkurencyjność światową.

Jest też sprawa złóż. Walczymy o złoża w województwie lubuskim i chcemy być tam obecni jak najszybciej. To są koncesje, które w tej chwili są w postępowaniu sądowym, administracyjnym. Liczymy na to, że wyniki będą dla nas pozytywne, bo KGHM jest najlepszym inwestorem do tego, żeby województwo lubuskie stało się nowym dolnośląskim. Tam są bardzo ciekawe, dobre złoża miedzi, której notabene na świecie jest coraz mniej. Nie ma już złóż, które są bezpieczne geopolitycznie i mają dużo zawartości, więc to, że mamy je w Polsce, to nasza przyszłość. Z kolei patrząc globalnie, KGHM płaci kilka miliardów podatku od kopalin rocznie. Nie mówimy nawet o samym CIT. Łącznie to nawet 6 mld rocznie. Jesteśmy też istotnym wątkiem w kontekście całego sektora finansów publicznych.

Jakie są pana zarządcze paradygmaty w codziennej pracy?

Po pierwsze, mieć w kluczowych miejscach ludzi, którym można zaufać i delegować im dużą dozę odpowiedzialności. W zatrudniającej 34 tys. ludzi firmie nie można być menedżerem, który każdego dnia kontroluje każdego człowieka. Trzeba delegować i dawać odpowiedzialność.

Ci ludzie mają też myśleć nie tylko o teraźniejszości, ale o jutrze. O ścieżkach dojścia do nowych biznesów, o ryzykach, które trzeba likwidować już dzisiaj, a nie czekać, aż się wydarzą. I dzięki temu, że w wielu miejscach ci ludzie są, to powoduje, że jesteśmy w stanie zwinnie odpowiadać na to, co się dzieje.

Do tego trzeba mieć dane, bez nich nie da się prowadzić dużego biznesu.

Mamy uruchomiony projekt pod nazwą Centrum Analityki. Mieliśmy tutaj w Davos rozmowy z globalnymi potentatami technologicznymi na temat zbierania i przetwarzania wszystkich danych. Bo w naszych projektach górniczych, hutniczych itd. jest kilkadziesiąt tysięcy sensorów, czujników. One dają dane geologiczne, z pracy maszyn. To wszystko trzeba analizować nie tylko na bieżąco, ale także robić predykcję zdarzeń. Tak samo z danymi ekonomicznymi na temat handlu, sprzedaży, cen itd.

Przymierzamy się do wdrożenia takiego podejścia globalnego, czyli do wielkiej hurtowni danych z ich analizą dla rozwoju naszego biznesu. Robimy to w różnych obszarach, ale chcemy podejść do tego kompleksowo. Stąd między innymi rozmowy w trakcie Światowego Forum Ekonomicznego w Davos.

Partnerem relacji jest KGHM