Trzy lata temu wygrała turniej Masters. Kiedy w Singapurze trwała dekoracja, w paryskiej hali Bercy miała właśnie zacząć się konferencja prasowa Andy'ego Murraya  przed rozpoczynającym się turniejem ATP. Brytyjczyk przeprosił i powiedział, że spóźni się na spotkanie z dziennikarzami, bo chce na żywo obejrzeć transmisję z „koronacji najpiękniejszej ręki kobiecego tenisa".

„Bardzo smutno mi to słyszeć. Zawsze uwielbiałem patrzeć, jak grasz. Gratuluję wspaniałej kariery. Ciesz się kolejną częścią swojego życia" – napisał na Twitterze Brytyjczyk.

„Zapamiętam ją jako jedną z najmądrzejszych tenisistek, jakie kiedykolwiek widziałem. Niesamowita inteligencja na korcie, świetny timing" – skomentował tenisista numer 1 w rankingu ATP Novak Djoković.

Tak ją postrzegał świat. Z polskiego punktu widzenia najważniejsze było, że Radwańska wyciągnęła krajowy tenis z głębokiej otchłani.

Spryt, a nie siła

Żeby zrozumieć, dlaczego zachwyciła świat swoją grą, trzeba cofnąć się do początków. Ojciec tenisistki Robert Piotr na początku lat 90. wyjechał do Niemiec dorobić jako szkoleniowiec. W klubie z Gronau trenował głównie amatorów i niemieckie zawodniczki. Jak mówi, wszystkie błędy trenerskie popełnił na miejscowych tenisistkach. Z Agnieszką i jej siostrą Urszulą pracował już inaczej. Większą uwagę jako syn hokeisty Cracovii i były łyżwiarz oraz komandos zwrócił na przygotowanie ?ogólne. Gdy zbudował fundament, wziął się za tenis. Córki były w stanie grać z silniejszymi rywalkami i z amatorami, którzy nigdy nie wiadomo, jak i gdzie poślą piłkę. Takie doświadczenie rozwinęło u nich, a szczególnie u Agnieszki, nawyk gry kombinacyjnej.

Polskie rówieśniczki sióstr Radwańskich wspominają, że gdy obie wróciły do Polski i grały w lokalnych turniejach, wygrywały sprytem a nie siłą – wykorzystywały moc uderzenia rywalki, gdy trzeba było zagrały skrót, wiedziały, jak minąć przeciwniczkę przy siatce i w które miejsce ta zagra piłkę. Robiły to naturalnie i bez wysiłku. Ojciec doskonale przygotował córki do trudnego zawodu.

Wszystkie cechy, które jako dziecko Agnieszka posiadła w czasach treningu w Gronau i potem na kortach Nadwiślana w Krakowie, uzewnętrzniły się później podczas juniorskiej i zawodowej kariery. Jako juniorka pierwszy sukces odniosła w wieku 14 lat, awansując do finału turnieju do lat 18 w Zabrzu, w którym przegrała – po równym pojedynku – ze Słowaczką Magdaleną Rybarikovą.

Dwa lata później sięgnęła po zwycięstwo w juniorskim Wimbledonie. W drodze do finału pokonywała starsze i silniejsze fizycznie przeciwniczki. W tym samym sezonie odniosła na warszawskim Ursynowie pierwsze zawodowe zwycięstwo – w turnieju rangi ITF (zarobiła 1 568 dol.). Znów drobna dziewczynka z Krakowa radziła sobie z bardziej doświadczonymi i mocniejszymi tenisistkami. W 2005 roku, mając 16 lat, dołączyła do zawodowego touru.

Ostatnia romantyczka

Przez 13 lat profesjonalnej kariery wygrała 20 turniejów WTA, wystąpiła łącznie w 28 finałach. Najcenniejsze – również pod względem finansowym (2 mln dol. premii) – było zwycięstwo w Masters w Singapurze w 2015 roku. Ważne trofea z cyklu WTA Premier Mandatory zdobywała w Pekinie (dwukrotnie) i Miami. Pokonywała na kortach Marię Szarapową (dwa razy), Venus Williams ?(4 razy), Wiktorię Azarenkę ?(5 razy), Karolinę Woźniacką (6 razy). Nie była w stanie – jeszcze jako młodziutka zawodniczka – ograć Kim Clijsters, Justine Henin i Amelie Mauresmo. Nigdy, a zmierzyła się z nią dziesięć razy, nie wygrała z Sereną Williams.

Z najbardziej utytułowaną zawodniczką światowego tenisa Polka grała w najważniejszym finale swej kariery – w 2012 roku w Wimbledonie. – To był dla niej trudny mecz. Pierwszy raz grała w finale Wielkiego Szlema, do tego na kortach Wimbledonu, jej rywalką była Serena. Już przed wyjściem na kort Polka przegrywała wojnę psychologiczną, bo wszyscy wokół dopuszczali porażkę, dawali jej alibi, więc spadała motywacja. Wiara w siebie w takich momentach jest niezmiernie istotna. Gdyby tego lata Agnieszka pokonała Serenę, dokonałaby czegoś wyjątkowego – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" trener Williams Patrick Mouratoglou.

Radwańska jednak postawiła się Amerykance. Przegrała 1:6, 7:5, 2:6. Komentatorzy podkreślali wdzięk, z jakim grała wówczas 23-letnia zawodniczka. „Idzie pod prąd, buntuje się siłowym schematom, to ostatnia romantyczka światowego tenisa" – napisał francuski dziennik „L'Equipe".

Większą szansę na sukces na Wimbledonie Radwańska miała rok później. To był pamiętny „polski Wimbledon", w którym w ćwierćfinale zagrali Jerzy Janowicz przeciw Łukaszowi Kubotowi, a Radwańska w półfinale miała za rywalkę Sabine Lisicki. Przegrała. Była zgorzkniała. Przy siatce, podając rękę Niemce polskiego pochodzenia, odwróciła wzrok. „To podanie ręki zostanie zapamiętane na lata", napisał dziennikarz „New York Timesa" Ben Rothenberg.

Czy mogło być lepiej?

Kiedy dziś podsumowuje się karierę Radwańskiej, wciąż słychać głosy, że krakowianka może czuć się sportowo niespełniona, bo nie wygrała turnieju Wielkiego Szlema. Jeszcze dwa razy była w półfinale Australian Open, raz w ćwierćfinale Rolanda Garrosa. Nie doczekała się też prowadzenia na liście rankingowej WTA. Najwyżej – po Wimbledonie 2012 – była sklasyfikowana na drugiej pozycji. Z krytyków mało kto bierze pod uwagę regularność i solidność Radwańskiej. Krakowianka przez 380 tygodni zajmowała miejsce w pierwszej dziesiątce WTA. Wśród tenisistek urodzonych po 1980 roku dłużej na szczycie utrzymywały się jedynie siostry Williams i Maria Szarapowa.

Ojcowskie pretensje

Ojciec i pierwszy trener Piotr Radwański w wywiadach powtarzał, że wielkiej szansy jego córka nie wykorzystała przez jego następcę na stanowisku szkoleniowca Tomasza Wiktorowskiego. Inni komentatorzy zarzucali sztabowi i zawodniczce, że za małą wagę przywiązuje do wzmocnienia fizycznego, że nie potrafi zmienić stylu gry na ofensywny.

Radwańska świadomie nie poszła tą drogą. – Tenis jest bardzo złożoną dyscypliną, trochę jak dziesięciobój. Z jednej strony chcemy, żeby zawodnik był silny, z drugiej, żeby zachował przy tym szybkość. Żeby miał supermoc, ale też był wytrzymały. Chcemy, żeby był stabilny i zarazem elastyczny. Mamy wymagania, które stoją w sprzeczności do siebie. A trzeba jeszcze brać pod uwagę cechy osobowościowe, temperament, nastawienie do gry. Są zawodnicy, którzy zawsze lepiej będą czuć się w defensywie i żaden trener, żadne ćwiczenia tego nie zmienią. Tomek Wiktorowski i Dawid Celt (sparingpartner, od 2017 roku mąż zawodniczki – przyp. red.) próbowali poprawić elementy, w których nie jest doskonała, ale stanowiło to dodatek do fundamentu, który zawsze miała dobry – tłumaczy „Rzeczpospolitej" fizjoterapeuta tenisistki Krzysztof Guzowski.

Pod wysokim napięciem

Radwańska zmieniła trenera na przełomie sezonu 2011/12. Relacja z ojcem stawała się coraz bardziej toksyczna. Podczas turnieju Rolanda Garrosa w 2011 roku po kłótni z nim zeszła z kortu podczas treningu w Lasku Bulońskim. Po przegranym meczu 6:7, 5:7 z Szarapową w ćwierćfinale, ojciec powiedział, że w sztabie przydałby się nie psycholog tylko psychiatra. Sporów było więcej, napięcie narastało.

Nawet po rozstaniu Radwańska musiała zmagać się z krytyką ojca. W 2013 roku wzięła udział w sesji magazynu „ESPN The Body Issue". Sfotografowana nago miała promować zdrowy styl życia. Tak też tłumaczyła udział w akcji: „Zdjęcia nie zawierają nieprzyzwoitych treści. Bardzo ciężko trenuję, by utrzymać moje ciało w formie i to jest właśnie myśl przewodnia materiału" – wytłumaczyła udział w sesji. Ojciec, nieukrywający konserwatywnych poglądów, uznał ten akt za „niepotrzebny". Po tym wydarzeniu Radwańska została wykluczona z grona ambasadorów akcji „Nie wstydzę się Jezusa".

Tenisistka nie ukrywa swojego przywiązania do wiary. Z Dawidem Celtem pobrali się w krakowskim kościele Ojców Paulinów na Skałce. Politycznie podnieceni internauci nazywają ją złośliwie PISią. W 2012 roku wzięła udział z ojcem w obchodach rocznicy katastrofy smoleńskiej. Była mocno opatulona szalem, ale paparazzi dostrzegli ją w tłumie. „To niestety „zasługa" ojca. Zawsze był politycznie bardzo zaangażowany i wciągał w to także nas, stawiając często przed faktem dokonanym. Od początku odbijało się to nam – mnie i Uli – czkawką. Chciałam i chcę być apolityczna – powiedziała w książce „Jestem Isia".

W trosce o zdrowie

Tylko w zawodowym tourze Radwańska rozegrała ponad 900 spotkań. Daje to średnią 70 meczów na sezon. Do tego trzeba doliczyć równie intensywną karierę juniorską, treningi, w tenisie trwające od 4 do ?6 godzin dziennie. Nie miała długich przerw w grze. Przeszła tylko dwie operacje – palca i trzeszczki w stopie. Ale od dłuższego czasu 29-letnia dziś zawodniczka pojawiała się na korcie oklejona plastrami, coraz częściej narzekała na zdrowie, minione dwa lata były dla niej mordęgą. Ostatnio narzekała na uciążliwy ból w stopie. Dawał się we znaki nawet w nocy, nie mogła spać. W dzień miała problem z chodzeniem. Czuła się również przemęczona. Nie miała już tylu sił co dawniej. – Zagrałam w tym roku ?14 turniejów, a czuję się, jakbym uczestniczyła ?w 34 – powiedziała dwa tygodnie temu na promocji marki Rado.

Wtedy jeszcze nie podjęła decyzji, co dalej. Dopiero w ostatnią środę na swoich profilach społecznościowych napisała: „Niestety, nie mogłam już trenować jak dawniej, a organizm i tak coraz częściej odmawiał posłuszeństwa. Nie jestem w stanie zmusić go do jeszcze większej mobilizacji".

Przed nią nowe wyzwania. Zapowiada, że choć kończy karierę, nie zrywa z tenisem. Wkrótce zapewne przekonamy się, co to znaczy.