Rz: Czemu pani nie odpoczywa w ciepłych krajach po pierwszym pełnym sezonie w WTA Tour?

Agnieszka Radwańska:

Nie mam wakacji. W lecie sporo grałam, w ogóle nie było mnie w Krakowie, jesienią też miałam dużo turniejów, teraz, gdy jestem wreszcie dłużej w Polsce, muszę załatwić sporo spraw. A tak naprawdę to nie chce mi się wyjeżdżać. Mam już dosyć samolotów. Zresztą niedługo znów lecę z Ulą na Florydę, na turniej Orange Bowl. Nie żeby grać, ale dla towarzystwa i treningów z siostrą.

Jakie sprawy są teraz dla pani najważniejsze?

Kupiłam mieszkanie w Krakowie i je urządzam.

Przyszedł czas na pierwszą poważną decyzję życiową?

Uważam, że trzeba mieć coś trwałego, coś, co pozostanie na zawsze, gdy już przestanę grać w tenisa. Poza tym, jak się zarabia, to coś się powinno z tego mieć. Mówi się, że jak się pracuje, to się buduje. I postanowiłam kupić mieszkanie.

Mieszkanie jest, co będzie potem?

Potem zrobię prawo jazdy i kupię auto.

Zna się pani na samochodach?

Wcale się nie znam, ale wiem, jaki bym chciała mieć. Taki niski, szybki, sportowy, może być dwuosobowy, kolor pewnie żółty. Ma być tylko dla mnie, na przyjemności, bo duży samochód do jazd na treningi i turnieje już mamy. Nie powiem, co wybiorę, bo najpierw muszę zrobić prawo jazdy. Gdy już je będę miała, zacznę się bardziej interesować markami.

Wygląda na to, że ciągle się pani spieszy i auto się przyda...

Jak zdałam w maju maturę, wydawało się, że będę miała więcej czasu dla siebie, ale to nieprawda. Po pierwsze, od maja mogę już grać w tylu turniejach, w ilu chcę, zniknęły ograniczenia juniorskie, więc dużo grałam. Po drugie, przybyło obowiązków poza kortem. Proszę spojrzeć na ten tydzień: trzeci dzień przyjeżdżają na rozmowy dziennikarze, telefon dzwoni z prośbami o następne, mam nagrania w dwóch stacjach telewizyjnych. A trenować trzeba jak zawsze, ćwiczę trzy razy dziennie, czasem dwa. Dochodzą jeszcze zwykłe obowiązki, wizyta u stomatologa czy zakupy.

Czy już męczą panią objawy popularności, zainteresowanie mediów?

Na razie wytrzymuję, ale proszę spojrzeć na to z mojej strony. Przed chwilą udzielałam wywiadu przez telefon komórkowy dziennikarzowi z USA, stałam na ulicy, słyszałam co drugie słowo. Jeżdżą za mną przez cały dzień dziennikarka i fotoreporter. Oczywiście to miło czytać o sobie czy występować w telewizji, lecz są też minusy.

Czy za granicą też tak jest? Sądząc z amerykańskich gazet, gdy pani wygrała w US Open z Marią Szarapową, ważne były tylko wygląd, słowa i przeżycia Rosjanki, a pani została co najwyżej „nastolatką z Krakowa, która ma w domu szczura”.

Nie czytałam wówczas gazet, byłam za bardzo zajęta turniejem, ale wierzę, że tak było. Nie tylko wtedy, ale i później ten nieszczęsny szczur i torebka od Louisa Vuittona, którą kupiłam po zwycięstwie nad Szarapową, stały się jedynymi sprawami, o jakie mnie w kółko pytano. Męczy mnie ten schemat. Zaczęłam żałować, że to w ogóle powiedziałam.

Na ulicy ludzie zaczepiają?

Z moją popularnością w Polsce jest tak, że najczęściej ludzie patrzą. Gdy nie mam mocnego makijażu, okularów przeciwsłonecznych, czegoś na głowie, to poznają, stukają się, mówią: zobacz, to ta Radwańska, i tak długo się gapią, aż zniknę za rogiem. Oczywiście daję też autografy, często podpisuję się Bóg wie na czym, co tam ludzie mają pod ręką. A za granicą – luz. Są miasta, w których dziewczyny z pierwszej dziesiątki czy nawet piątki na świecie nie są rozpoznawane. Przebiorą się w zwykłe ubranie, rozpuszczą włosy i mogą spokojnie iść do restauracji.

Skąd ten kaszel i katar?

Właśnie wróciłam z Niemiec, grałam tam mecz pokazowy, było strasznie zimno i chyba wtedy złapałam wirusa.

Poza katarem ze zdrowiem wszystko w porządku?

Jest dobrze. Nic nie boli, stopy się zagoiły, choć tata mówi, że do następnego razu.

A co mówią lekarze o tych kontuzjach stóp?

Terapeuci z WTA, jak zobaczyli je w Stuttgarcie, byli przerażeni. Miałam ranę na ranie i dziwili się, jak w ogóle mogłam grać. Problem, pojawia się, gdy gram na kortach twardych. Na nich noga tak mi pracuje, że jest bardziej podatna na otarcia. Leczenie nie jest skomplikowane: opatrunek, specjalny plaster, który pozwala, by skóra oddychała i nie stykała się z butem, wkładka z antybiotykiem i zrobione. Te plastry i odpowiednie skarpetki przysłano mi z WTA, tam dbają o takie rzeczy.

Czy ta opieka to przywilej 27. rakiety świata?

Myślę, że taką uwagę poświęca się wszystkim, które znajdą się w pierwszej pięćdziesiątce. Tak to odbieram. W końcu to my najwięcej robimy dla tego biznesu. Musimy być zdrowe.

Jak już jesteśmy przy biznesie, to czy na pani koszulce są jeszcze miejsca na reklamy?

Jakieś jeszcze by się znalazły, ale trzeba uważać, bo WTA pilnuje, by nie było ich więcej, niż pozwalają bardzo szczegółowe przepisy.

Nigdy nie było żadnych protestów, nie buntowała się pani, nie chciała uprawiać łyżwiarstwa albo jeździć na snowboardzie?

Nigdy się nie buntowałam, chciałam robić to, co robię. A dla przyjemności jeździłam przecież i na nartach, i na łyżwach, i na snowboardzie. Teraz na nartach nie jeżdżę ze względu na niebezpieczeństwo kontuzji, ale na przykład na rolkach mi wolno.

Podobał się pani ten tenisowy rok?

Poprzedni skończyłam na 57. miejscu na świecie, ten o 30 miejsc wyżej. Byle tak dalej. Nie jest łatwo w kółko grać, trenować i podróżować, ale to moja praca. Nie zostaje dużo czasu na rozrywki, nie pamiętam wielu miejsc i zdarzeń poza kortem, ale też nie jest tak źle, że to tylko walka z innymi dziewczynami o pieniądze. Na korcie idą iskry, ale gdyby ktoś nas widział po meczu, powiedziałby, że większość to przyjaciółki. To nieprawda, że w zawodowym tenisie nie można się przyjaźnić. Z większością rywalek da się pogadać i pośmiać.

Program startów w 2008 roku będzie taki sam jak w tym?

Tak, zresztą nie mamy wiele do wyboru. Sezon jest podzielony na okresy, wiadomo, że po Australii trzeba jechać na wiosenne turnieje do USA, potem są korty ziemne, trawa i tak dalej. Będę grała mniej więcej tyle samo i w tych samych miejscach.

Martina Hingis wpadła na braniu kokainy. Będzie pani teraz akceptować porównania do niej?

Pod względem tenisowym wciąż tak. Ale to smutne, że tak sobie spaprała nazwisko.

Belgijka Justine Henin (nr 1) w grupie żółtej oraz Rosjanka Maria Szarapowa (6) i Serbka Ana Ivanović (4) w czerwonej wygrały pierwsze mecze rozpoczętego wczoraj w Madrycie WTA Tour Championships. Henin, liderka światowego rankingu i główna faworytka turnieju, pokonała debiutującą w kobiecym Masters Rosjankę Annę Czakwetadze 6:1, 7:6 (7-4). Zmagająca się w tym sezonie z kontuzjami Szarapowa również wygrała w dwóch setach (6:4, 7:5) ze Słowaczką Danielą Hantuchovą (8). Najdłużej czekała na zwycięstwo Ivanović, która w pustawej już madryckiej hali (mecz zakończył się grubo po północy) zmierzyła się z wyżej rozstawioną (2) Rosjanką Swietłaną Kuzniecową. Spotkanie rozstrzygnęło się w dwunastym gemie trzeciego seta przy serwisie Kuzniecowej, która miała szansę doprowadzić do remisu i tie-breaku. Niestety, przegrała trzy kolejne piłki, a za chwilę nie zdołała obronić pierwszej piłki meczowej. Ivanović zwyciężyła 6:1, 4:6, 7:5. Z każdej grupy do dalszej fazy awansują dwie najlepsze zawodniczki. Półfinały odbędą się w sobotę, a dzień później – finał.

—w.m.