Między Wimbledonem i cyklem turniejów w Ameryce gra pani tylko na kortach twardych. Stąd decyzja o starcie w Kozerkach?

Staram się dostrzegać to, co jest mi potrzebne. Tegoroczne turnieje na amerykańskich kortach twardych będą bardzo trudne, trzeba się do nich mądrze i profesjonalnie przygotować. Lubię grać w Polsce, jeżeli to ma sens. Wiele razy musiałam odmówić, lecz teraz, gdy dostałam propozycję z Kozerek, bardzo się ucieszyłam. To pierwszy w Polsce tak duży turniej na kortach twardych, zapewne wkrótce urośnie i będzie turniejem WTA, więc staram się mu pomóc, sobie też.

sylwetka

Magda Linette

Urodziła się w Poznaniu, ma 30 lat. Od dawna jest polską tenisistką nr 2 (kiedyś za Agnieszką Radwańską, obecnie za Igą Świątek). Wygrała dwa turnieje WTA w singlu i dwa w deblu. W czołowej setce światowego rankingu jest od roku 2015, obecnie zajmuje miejsce 62. Najwyżej, na pozycji nr 33, była w lutym 2020. Grała na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro (2016) i Tokio (2021).

Nawierzchnia jest taka jak w US Open?

Troszkę się jeszcze różni od amerykańskich, lecz zdecydowanie największa różnica, co potwierdzają trenerzy, jest w piłkach. Te w Polish Open są bardzo ciężkie, nie jestem do nich przyzwyczajona, w WTA Tour, choćby tydzień temu w Pradze, gra się zupełnie innymi.

Jest w pani ta poznańska umiejętność precyzyjnej oceny rzeczywistości i wartości rzeczy…

To sugestia, że lubię oszczędzać pieniądze?

Chodzi mi raczej o wielkopolski etos pracy, zaradność i podobne cechy tradycyjnie przypisywane poznaniakom.

Na pierwszym miejscu stawiałabym nasze poczucie humoru, zwłaszcza jeśli możemy dołożyć do niego trochę gwary. Ja też lubię czasem jej użyć. Poza tym rzeczywiście: ciężka praca. Tego się nauczyłam od rodziców i kolejnych trenerów. Obecnie wiele jeżdżę po świecie, w Poznaniu bywam mniej, ale wciąż cieszę się, gdy mogę promować moje miasto poza Polską.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Francuski przodek z czasów wojen napoleońskich dał pani nazwisko. Gdy jest pani w Paryżu, czuje pani także związek z Francją?

Absolutnie nie. Myślę, że jestem dużo bardziej przyjazna i o wiele bardziej otwarta na inność niż Francuzi, więc tej więzi nie czuję. Co do żołnierza Napoleona – po prostu się zakochał, w sumie nic dziwnego, że w Polce, prawda?

Pani droga w tenisowy świat była oryginalna: z Posnanii, Grunwaldu i AZS-u Poznań do Chorwacji i Chin. Czemu tak to wyszło?

Kierowała mnie w te strony dobroć ludzi i chęć udzielenia mi pomocy. Praca w Chorwacji była związana z chorwackim trenerem Izo Zuniciem, to był też czas problemów finansowych, powiedzmy szczerze, z pieniędzmi było wówczas bardzo źle. Wtedy pojawiła się kolejna dobra osoba, Alan Ma z Chin, który pomógł mi w ten sposób, że mogłam podróżować z jego teamem, wziął na siebie koszty trenerów, pierwszy raz tak naprawdę mogłam wykonywać w Kantonie pełne, trwające pięć–sześć tygodni przygotowania do sezonu. Tam zaczęłam pracę na najwyższym poziomie, wśród dziewczyn z pierwszej setki rankingu WTA. No i w Chinach mogłam spokojnie trenować, bez rozpraszania się na inne sprawy, wyłącznie praca i nauka. Te lata były trudne, ale miały wielką wartość.

Jak już jesteśmy przy Chinach, sądzi pani, że WTA da sobie dziś radę bez chińskich turniejów i związanych z nimi milionów dolarów?

To są trudne decyzje, wiadomo, że przez pandemię WTA nie ma jednak wyboru, musi szukać innych rozwiązań, skoro chiński rząd nie pozwala na organizację imprez sportowych. Rzeczywiście zastanawiałam się, czy brak turniejów w Chinach będzie katastrofą, czy WTA zbankrutuje, ale z tego, co wiem, jest coraz więcej chętnych do organizacji turniejów w innych miejscach, więc mam nadzieję, że uda się nam wyjść na prostą.

Sądzi pani, że mogłoby wam pomóc połączenie WTA i ATP?

Skąd ten pomysł? Sądzę, że całą sprawę nakręcił jeden tweet Rogera Federera, więc wydaje mi się, że nie ma takiego projektu.

Ale czy pani chciałaby takiego połączenia?

Jestem w Radzie Zawodniczek WTA, więc wiem dużo więcej niż przeciętna tenisistka. Wiem, czego się spodziewać nawet za dziesięć lat, mogę powiedzieć tyle, że mamy bardzo pozytywne plany, ale na pewno nie ma w nich żadnej nagłej zmiany. Nie sądzę, że przez najbliższe dwa–trzy lata wyrównamy różnicę płac z mężczyznami. Lecz jeżeli to, co teraz planujemy, uda nam się wykonać, to wszystko pójdzie dużo szybciej, niż niejednemu mogłoby się wydawać.

Czytaj więcej

Caroline Garcia zwycięża w Warszawie. Iga Świątek nie czuła ziemi

Niczego nie sugeruję, ale czy myśli już pani o funduszu emerytalnym w WTA?

Tak naprawdę powinno się myśleć o tym od początku kariery i edukować każdą tenisistkę na ten temat. Ja jestem już zabezpieczona. Mam wysługę lat, także dzięki temu, że nie wypadłam z setki rankingu WTA od ponad siedmiu lat. Niewiele zawodniczek jest w stanie się tym pochwalić. Młode tenisistki często nie zdają sobie sprawy, że warto robić jak najwięcej, by zabezpieczyć sobie przyszłość po startach.

Gdyby złapała pani złotą rybkę, to jakie miałaby pani wielkie tenisowe życzenie?

Tylko jedno?

Mogą być tradycyjnie trzy.

Nie było kwestii, czy Iga wygra Wielkiego Szlema, tylko ile razy to zrobi. To jest kosmiczna kariera, ja się nie mierzę jej miarą

Magda Linette

Najpierw poprosiłabym o zmianę strategii marketingowej WTA. Uważam, że obecna jest słaba, że są sposoby na dużo większe zaangażowanie kibiców tenisa, na większe efekty i zasięg. Poza tym moglibyśmy bardziej reklamować tenisistki spoza Top 10, bo to ograniczanie się do gwiazd oznacza z jednej strony wielką presję na tej dziesiątce, z drugiej ich porażki lub nieobecność powoduje załamanie całych planów marketingowych turniejów. Do tego powinnyśmy opowiadać znacznie bardziej ciekawe sportowe historie. Mogłybyśmy także bardziej promować młode dziewczyny. Myślę, że ATP robi w takich sprawach więcej i dużo lepiej. Staram się bardzo zmienić tę sytuację, Rada Zawodniczek ma na to pewien wpływ, ale niestety, nie jest to takie proste.

Może się udać, bo mówią, że najlepsza i najgorsza cecha Magdy Linette to upór. Prawda czy fałsz?

Prawda.

Dokąd panią prowadzi ten upór?

Na dobre – to jak w niedawnym meczu z Yaniną Wickmayer w Kozerkach, udaje mi się wygrywać mimo początkowych problemów, także to, że jestem w stanie codziennie wstać o wczesnej porze i jeść to samo przez mnóstwo podobnych dni. Z drugiej strony: upór nie pozwala mi odpuszczać łatwo w kłótniach, także w sporach podczas treningu. Wiem, że czasem trzeba być trochę bardziej otwartym, karnym, świadomym, że jeśli zatrudnia się jakieś osoby, to one są po to, by mi pomóc i nie ma sensu ich krytykować. Brak uporu ułatwiłby mi parę rzeczy.

Czym jest dla pani tenisowe życie w długim cieniu Agnieszki Radwańskiej i Igi Świątek?

Ani mnie nie drażni, ani nie męczy. Obie dziewczyny w stu procentach zasłużyły na swe miejsce w tenisie. Miały i mają wyniki lepsze ode mnie. Taka jest kolej rzeczy. Nie mam żadnych złych myśli w związku z tym, wręcz przeciwnie. Zwłaszcza awans Igi, widziany przeze mnie z bliska od początku, mi się podobał. To nie była kwestia, czy wygra Wielkiego Szlema, tylko ile razy to zrobi. To jest kosmiczna kariera, ja się nie mierzę jej miarą. Mam swoją drogę. Staram się zbytnio nad tym nie rozmyślać, tylko żyć własnym życiem. Jak będę w pierwszej piątce na świecie, to oczywiście możemy wrócić do tematu…

Ma pani w domu psa. Co znaczy pies w życiu tenisistki zawodowej?

Udało się nam z mamą adoptować Maksa siedem lat temu, kocha moją mamę najbardziej na świecie, bez niej nie jest w stanie nic zrobić. Na razie uwielbiam zwierzęta głównie na odległość, ale jak skończę karierę, to dam upust tej pasji.

Czyli psy, nie koty?

Psy, ale życie zmienia moje nastawienie do kotów. W Delray Beach kot sąsiadów, chyba bez ich wiedzy, wybrał mnie i mojego trenera, codziennie jak tylko przyjeżdżaliśmy, siedział pod samochodem i na nas czekał. Przychodził, tulił się, pierwszy raz zobaczyłam, jak kot wybrał sobie inny dom, i to mnie przekonuje. Poza tym ten kot za pierwszym razem trafił idealnie w czas – właśnie zachorowałam na Covid-19, nie pojechałam do Australii i pomógł mi przetrwać trudny okres.

Trochę z musu polubiła też pani Stany Zjednoczone?

Nie przepadałam za USA jako krajem. Nie chciałam tam mieszkać. Uwielbiałam tylko Nowy Jork, jako miasto, a nie turniej wielkoszlemowy. W trakcie pandemii, gdy utknęłam w USA na sześć miesięcy, jakoś zrozumiałam ten amerykański rytm życia, dopasowałam się i bardzo mi tego brakowało, jak wyjechałam. Zaczęłam cieszyć się z powrotów. Sam turniej US Open lubię średnio – jest trochę za głośno i nie jest tak elegancko, jak w innych Wielkich Szlemach. Nie lubię tego turnieju także dlatego, że im starsza jestem, tym bardziej cenię sobie spokój. W Nowym Jorku zaczynam szukać miejsc na uboczu.

Zauważyłem, że pani strona internetowa kończy się na 2018 roku. Z jakiej przyczyny?

Z tej, że jedna osoba, czyli ja, nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Mam też wrażenie, że strona internetowa cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem, sama też wolę Facebook, Twitter i Instagram. Szczerze? Nie chce mi się spędzać zbyt wiele czasu przy niej, bo chce mi się robić inne rzeczy.

Inne rzeczy, to znaczy?

Na przykład studiowałam, wyliczyłam, że średnio zajmowało mi to pełne dwie godziny dziennie przez minione 5,5 roku, licząc z weekendami.

To dużo...

Dużo, dużo. Nie było to łatwe zadanie, bo starałam się robić wszystko porządnie. Wiem, że studia internetowe wydają się niektórym śmieszne, ale te nie były, zwłaszcza jeśli chodzi o księgowość. Niektóre zajęcia były może łatwiejsze, bo robiłam je z sercem, np. budowanie marki, ale inne po prostu wykonywałam najlepiej, jak potrafię, i zajmowało to mnóstwo czasu.

Jakie są efekty tego wysiłku?

W zeszłym roku zdobyłam licencjat i nie chcę na tym kończyć. Właśnie zastanawiam się, czy robić magisterkę, czy rozpocząć coś innego, na co poświęcić czas i niełatwe do zdobycia pieniądze. Przede wszystkim jednak chodzi o czas, chcę go spożytkować najmądrzej jak się da.

Jest taki program wsparcia dla sportowców w Harvard Business School, korzystała z niego m.in. Maria Szarapowa, zna go pani?

Znam, też go przeszłam. Organizuje to pani profesor, która kocha sport. Wymyśliła jednosemestralne zajęcia na bardzo ciekawej zasadzie: sportowiec wybiera sobie dwójkę nauczycieli-wolontariuszy z Harvardu, którzy umawiają się z nim na pracę przy „case studies” – studiowaniu konkretnych przypadków biznesowych. Trwa to 12 tygodni, kończy się internetowym egzaminem, którym jest rozwiązanie „case study”. Przy okazji jest to coś w rodzaju konkursu, najlepsi przechodzą do drugiego etapu rywalizacji. Trochę żałuję, że nie przeszłam, ale wtedy właśnie miałam operację nogi, kończyłam studia, więc nie mogłam tego zrobić tak dobrze, jakbym chciała. Byłam zbyt wypalona. Ale program pokazał mi, jak Harvard myśli o kształceniu studentów, to coś zupełnie innego niż w Polsce.

Doszliśmy więc do końca jednak po poznańsku, opowiadając o pracy ustawicznej na korcie i poza nim. To co, będzie pani wkrótce bizneswoman?

Bardzo bym chciała, właśnie dlatego zastanawiam się, czy jeszcze bardziej się wyedukować, czy powinnam już zacząć działać. Jak powiedziałam, nie zamierzam marnować czasu.