Los bywa przekorny – w najstarszym i najbardziej prestiżowym turnieju Wielkiego Szlema, w którym w wiadomych przyczyn zakazano dwa miesiące temu startu osób z Rosji i Białorusi, mistrzynią zostaje rodowita Rosjanka, ale z obywatelstwem Kazachstanu przyjętym przed czterema laty.

O tytuł grały finałowe debiutantki (poprzednio taki mecz widziano w 1962 roku). Rybakina była lepsza od Ons Jabeur, nawet jeśli tenis Tunezyjki był dla wielu ciekawszy. Wygrała 3:6, 6:2, 6:2 pokazując nawiększe zalety swej gry: potęgę serwisu i forhendu oraz znaczny zasięg ramion. Tylko na początku spotkania 23-letnia tenisistka wydawała się nieco roztrzęsiona, grała względnie bezpiecznie, by poczuć rytm wymian. Straciła na to jeden set, ale jak już znalazła swe mocne uderzenie, Ona Jabeur nagle zgasła.

Być może wizja zostania mistrzynią Wimbledonu nagle wydała się jej zbyt wyraźna, widać było, że zniknęła jej łatwość uderzeń i wytrwałość, z jaką zdobywała punkty w pierwszym secie. Jelena coraz pewniej mocnym podaniem wyrąbywała sobie drogę do zdobywania punktów. Ons szukała kątów, podcięć, dziwnych kierunków, by nie tylko wygrywać, ale bawić się grą, także wyrażać siebie, lecz skuteczności już nie odnalazła.

Finał Jeleny i Ons od razu widziano jako starcie przeciwieństw, dwóch światów nie mających wielu punktów stycznych poza kortem. Z wielu przyczyn, także sentymentalnych, serca Brytyjczyków były za Jabeur, pierwszą Arabką i pierwszą Afrykanką w finale Wimbledonu. Muzułmanką, która przekonała sceptyczną Europę do swej osobowości, pracowitości, charyzmy i szczerego poświęcenia dla sportu, dość egzotycznego w jej ojczyźnie.

W starciu na opowieści pozakortowe Ons wciąż ma o wiele więcej do przekazania, niż bardzo utalentowana rosyjska dziewczyna, która po prostu wolała pieniądze władz Kazachstanu od stypendium na amerykańskim uniwersytecie i była jedną z wielu osób z Rosji, które w ostatniej dekadzie uznały, że wolą taką karierę, niż nieprzesadnie znaczącą pomoc tenisową starej ojczyzny.

Wygrały surowe umiejętności tenisowe, ale także wygrała moc pieniędzy z pól roponośnych Kazachstanu, wygrała, nie pierwszy raz, wizja, w której uznanie świata zdobywa się w sporcie kupując talenty zagraniczne. Czy naprawdę Kazachstan będzie uznawany za potęgę tenisa to inna sprawa, ale Jelena Rybakina wiedziała, że trzeba podziękować Bułatowi Utemuratowowi, miliarderowi, który jest także szefem kazachskiej federacji tenisowej.

Ceremonia wręczania trofeum przebiegła tradycyjnie: Kate księżna Cambridge wręczyła mistrzyni wielką pozłacaną salaterę, były brawa i wywiady, były wzajemne uprzejmości i podziękowania. Uciec od polityki do końca się nie dało, skoro pewnie z połowa widzów i wszyscy dziennikarze wiedzieli, że Jelena do 18. roku życia mieszkała w Moskwie (rodzice nadal tam mieszkają), jest wyszkolona wedle tamtejszych wzorów i jakaś cząstka rosyjskości wciąż w niej tkwi.

Na pytanie, które paść musiało i padło o to, czy potępia wojnę Putina w Ukrainie odpowiedziała: – Mogę tylko powiedzieć, że reprezentuję Kazachstan. Nie wybierałam miejsca urodzenia. Ludzie stamtąd we mnie wierzyli. Kazachstan bardzo mnie wspierał. Nawet dzisiaj słyszałem stamtąd mnóstwo wsparcia. Widziałam flagi. Nie wiem, jak odpowiedzieć na te i podobne pytania.

Jednak, gdy wyszła na balkon kortu centralnego, by pokazać się kibicom z trofeum, gdy jej nazwisko wpisano na listę honorową mistrzyń, gdy cały Wimbledon bił jej brawa, można było na chwilę zapomnieć, że polityka tak mocno wpływa na sport. Długo to nie trwało, ale ludzie zapomnieli, że nowa mistrzyni jest Rosjanką.

Finał kobiet: J. Rybakina (Kazachstan, 17) – O. Jabeur (Tunezja, 3) 3:6, 6:2, 6:2.