Korespondencja z Wimbledonu

Takie mecze ogląda się mając w głowie tylko jedno pytanie: po co ona, wspaniała siedmiokrotna mistrzyni, to robi? Serena Williams pojawiła się na korcie centralnym nie mając wielu argumentów na uzasadnienie sensu tego powrotu. Jest wciąż silna fizycznie, ale daleka od kontroli tej siły, biega, ale już bez koniecznej szybkości, taktyczna finezja w jej tenisie nie była nigdy zbyt potrzebna, ale jej całkowity brak też nie robił dobrego wrażenia.

Publiczność była życzliwa, wspierała, nagradzała Amerykankę wielkimi brawami za każdą wygraną akcję, ale wieku i braków oszukać się nie dało. Harmony Tan (115. WTA), dziewczyna bez istotnych sukcesów tenisowych poza turniejami ITF, prowadzona przez dawną finalistkę Wimbledonu Nathalie Tauziat, przygotowała prosty plan: z braku potęgi serwisu grała miękko, przebijała liczne slajsowane piłki (także forhendowe), do których trzeba mocno zginać kolana, grała skróty, męczyła Serenę na kilka innych sposobów, tak, by wykorzystać wszelkie niedostatki formy rywalki.

Udało się – 24-letnia Francuzka, choć urodzona w Paryżu, wychowana tenisowo dzięki poświęceniu azjatyckiej (kambodżańskiej i wietnamskiej) rodziny i treningom w akademii Nicka Bollettieriego na Florydzie i w domu Melanie Molitor (matki Martiny Hingis) w Szwajcarii, doprowadziła po trzech godzinach mozołu do mistrzowskiego tie-breaka, i w nim, po paru zwrotach akcji, zwyciężyła.

Panna Tan zagra w drugiej rundzie z Hiszpanką Sarą Sorribes Tormo (45. WTA). Co teraz zrobi Serena? Poza nią, tego nie wie nikt.