Pierwsza była Maja Chwalińska. Wygrała z Kateriną Siniakovą 6:0, 7:5.Rywalka wiadomo: deblowa mistrzyni wielkoszlemowa, w singlu raczej nie nawykła do długich przebieżek i wymian, co Polka wykorzystała ze sprytem i wdziękiem. Dziewczyna z Dąbrowy Górniczej może ma postać skromną i wzrost niewysoki, ale duch nie do złamania.

Trzy rundy eliminacji w Roehampton przeszła pięknie, pierwszy w życiu mecz Wielkiego Szlema, od razu w Wimbledonie, wykorzystała jeszcze piękniej. Grała tak, jak powinno się grać na trawie: biegać lekko, slajsować dużo, by męczyć kolana rywalki, grać szybko i serwować porządnie. Jak sama powiedziała „Rz”, wygrała, gdyż często zmieniała rytm, grała aktywnie, a rywalki tego bardzo nie lubią. No i cieszyła się meczem.

Punktów rankingowych nie ma, szkoda, ale pieniądze nawet za wygraną pierwszą rundę są dla mnie bardzo istotne

Maja Chwalińska

– Niektórzy mówią, że to jest dopiero druga runda, ale dla mnie to jest bardzo duży krok. Na początku byłam szczęśliwa, tylko dlatego, że znalazłam się na tym korcie. Stąd ten luz i świetne samopoczucie. Potem, jak było widać, doszedł stres, to normalne. Gdzie jednak uczyć się opanowania emocji i walki ze stresem, jak nie w Wimbledonie? W sumie jednak, po prostu, czuję szczęście. Nie mam pojęcia, co robiłam po meczu. Chyba jakoś skakałam jak dziecko. Już niczego nie pamiętam – mówiła nam w salce konferencyjnej.

Przy okazji odpowiedziała biegłym angielskim na kilka pytań redaktora Paula Newmana, czyli można rzec, że udzieliła pierwszego w życiu wywiadu dziennikowi „Independent”, a w kolejce grzecznie czekał Ben Rothenberg piszący niekiedy dla „New York Timesa”. Warto wygrywać w Wielkim Szlemie. Warto także w sensie dosłownym.

– Punktów rankingowych nie ma, szkoda, ale pieniądze nawet za wygraną pierwszą rundę są dla mnie bardzo istotne. [78 tys. funtów – przyp. k.r.]. Mam nadzieję, że dzięki nim będę się teraz szybko przedzierać przez kolejne turnieje, grać w coraz lepszych imprezach. Do tej pory polegałam na sponsorach, gra w turniejach ITF nie starcza przecież na przeżycie – dodała tenisistka.

Rywalką Igi Świątek została kwalifikantka, chorwacka tenisistka Jana Fett (252. WTA), która w Wielkim Szlemie wygrała w sumie dwa mecze

Kto ma wiedzieć, ten wie, że tenis to nie tarcza przed depresją, nie uchronił także Mai, więc ten jej pierwszy dorosły sukces w Wimbledonie można dedykować wszystkim, którzy mają problemy z odnalezieniem się w życiu. Tenisowy ciąg dalszy wimbledońskich przygód Mai nastąpi prawdopodobnie w środę, podczas meczu z Alison Riske, która wygrała 6:2, 6:4 z Yleną In-Albon.

Trudno było nie zauważyć, że już pierwszego dnia razem z bielą ubiorów, zielenią trawy, Pimmsem, truskawkami i rybą z frytkami wróciła turniejowa klasyka – deszcz. Ekipy obsługujące płachty pokrywające korty dostały sygnał do gotowości niespełna pół godziny po rozpoczęciu turnieju. Pięć minut później Maja Chwalińska i Hubert Hurkacz usłyszeli słowa sędziego o wstrzymaniu spotkań.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Czytaj więcej

Maciej Ryszczuk: Iga musi uwierzyć

Polka prowadziła wówczas z Siniakovą 6:0, 40-30 i po przerwie zrobiła swoje. Polak remisował z Alejandro Davidovichem Fokiną 3:3 i po przerwie przegrał dwa sety oraz, do kolejnego alertu deszczowego, wybronił się cudem przed przegraniem trzeciego. Alejandro, grając pewnie i śmiało, prowadził 7:6 (7-4), 6:4, 5:3 i 40-0. Trzy piłki meczowe. Wszystkie obronione przez Hurkacza, który z przygnębionego swą nieudolnością wyrobnika zmienił się w jednej chwili w pewnego siebie wojownika, który raz za razem zaciska pięść po wspaniałej akcji.

Fachowe opinie o pewnej niestabilności formy Hurkacza, wygłaszane niekiedy przed turniejem, zyskały mocne wsparcie, tym bardziej że Hubert odwrócił przebieg spotkania wyjątkowo efektownie: wygrał kolejno osiem piłek. Poszedł z rywalem na drugą przerwę przy stanie 5:5, wrócił i dokończył sprawę, wygrywając 7:5, potem 6:2 i tak zobaczyliśmy pierwszy w tym roku wimbledoński mecz rozstrzygany w piątym secie.

Rosyjski Hiszpan czasami zmieniał się w Polaka z początku meczu. Walczył, zaciskał zęby, patrzył na trenerów, by zobaczyć, jak z musu wołają: – Vamos! Odradzał się i gasł. Miał jednak kolejne piłki meczowe. Wreszcie Hubert Hurkacz, po meczu godnym długiego zapamiętania, przegrał 6:7 (4-7), 4:6, 7:5, 6:2, 6:7 (8-10). Deszcz nie oznaczał żadnej zmiany na dwóch głównych kortach. Tam wystarczy zasunąć dach na czas rozgrywania pierwszego seta, a potem patrzeć w niebo i elastycznie reagować na sytuację – tak właśnie uczyniono w ten pierwszy mokry poniedziałek.

Czytaj więcej

Koniec samotności na korcie. Tenisiści będą mieli kontakt z trenerami

Novak Djoković wygrał zatem względnie mecz z Koreańczykiem Soonwoo Kwonem na stuletnim obiekcie, który, jak na jedną wojnę światową, wizyty tysięcy ludzi, renowacje i nałożenie dachu, trzyma się dobrze.

We wtorek pierwszy mecz Igi Świątek. Kort centralny, godzina 14.30, to wszystko wiadomo od dawna. Rywalką Polki została kwalifikantka, chorwacka tenisistka Jana Fett (252. WTA), która w Wielkim Szlemie wygrała w sumie dwa mecze, w Wimbledonie żadnego. Bez żadnej złośliwości trzeba napisać, że najbardziej pamiętnym wydarzeniem całej wielkoszlemowej kariery Jany był mecz drugiej rundy Australian Open 2018, w którym prowadziła z późniejszą mistrzynią Karoliną Woźniacką 6:3, 2:6, 5:1, 40-15 i przegrała 5:7 w decydującym secie.

Strachu przed spotkaniem liderki rankingu WTA z Chorwatką raczej nie ma. W międzynarodowych zapowiedziach startu Igi wciąż mnożą się opisy jej wielkich tegorocznych wyczynów, lecz obok zachwytów unosi się mgiełka niepewności, jaką rozsiewa sama Iga, mówiąc, że z pewnością musi jeszcze odrobić kilka lekcji na trawie.

Do tego dochodzi tegoroczny brak meczów w turniejach przedwimbledońskich, czyli złamanie reguł tej szkoły tenisa, która twierdzi, że przejście z kortów ziemnych na zielone wymaga solidnej walki, a nie tylko niespełna dwóch tygodni treningów.

Można jednak twierdzić, że nie wymaga. Mocne argumenty tej odważnej tezie dał już dawno temu Bjoern Borg. Szwed wygrał turniej przy Church Road pięć razy z rzędu w latach 1976–1980, przyjeżdżając do Londynu bez żadnej rozgrzewki turniejowej. Po nim na wiele lat zabrakło tak śmiałych osób, trzeba było Djokovicia, który rozwinął pomysł Borga i wyszło mu nieźle: pięć z sześciu wimbledońskich tytułów zdobył bez przygotowań metodą startową. W tym roku próbuje wygrać po raz szósty, ponawiając sprawdzony sposób.

Jeśli Iga Świątek bierze wzór z działania Serba, to zapewne słyszała, jak mówił w Londynie, że cudów w tej sprawie nie ma. – Nie miałem zbyt wielu problemów, aby szybko dostosować się do nawierzchni. Z biegiem lat nauczyłem się również grać na niej bardziej efektywnie. Tylko na początku kariery często miałem problemy z poruszaniem się i poślizgami – ocenił.

Czytaj więcej

Sue Barker żegna się z Wimbledonem

Oglądanie pierwszego meczu Igi da nam zatem pogląd, czy pójście drogą dwóch wielkich mistrzów i jednej wielkiej mistrzyni (Serena Williams także w końcu poszła tą drogą) obiecuje podobne efekty. Magdalena Fręch natomiast, grająca z Camilą Giorgi, powinna bez żadnych myślowych korowodów udowodnić sobie, że rozstawienie rywalki, to nie powód, by przed nią drżeć.

Miło czyta się oficjalny sędziowski komunikat o kolejności gier we wtorek. Listę wydarzeń na korcie centralnym otwiera mecz Igi, następnie pokażą się Rafael Nadal i Serena.