Jak to się stało, że Iga z tenisistki, która jeszcze podczas listopadowego turnieju Masters w Guadalajarze była rozedrgana, niepewna siebie, zmieniła się w maszynę do wygrywania?

Zacząć trzeba od tego, że przed rozpoczęciem pracy osobiście prawie się z Igą nie znaliśmy. Oczywiście były czysto kurtuazyjne spotkania, parę słów, parę zdań. Więcej rozmawiałem z tatą Igi niż z nią. Ale komentowałem jej mecze w telewizji i to bardzo dużo mi dało, jeśli chodzi o całościowy ogląd sytuacji. Jednak dopiero kiedy przeszliśmy przez miesiąc okresu przygotowawczego, dostałem więcej informacji i chyba wtedy nastąpił ten kluczowy moment.

Czytaj więcej

Triumf Hurkacza w deblu

Gdzie i kiedy to było?

W Adelajdzie. Usiedliśmy z Darią Abramowicz (psycholożka Igi Świątek – przyp. red.) i Maciejem Ryszczukiem (trener przygotowania fizycznego – przyp. red) i zgodziliśmy się, że Iga gra już w taki sposób, jest na tyle przygotowana fizycznie i techniczno-taktycznie, że błędem byłoby pozostawienie jej w przeświadczeniu, że ma się dostosowywać do przeciwniczek. To one muszą dostosowywać się do niej, do tego, co prezentuje, co już umie i co jeszcze będzie umiała. Iga na pewne sytuacje na korcie musi oczywiście reagować, ale założenia przedmeczowe mamy robić dla niej, a nie dopasowywać jej tenis do tego, co robią przeciwniczki. Mamy takie narzędzia, taki potencjał fizyczny, że trzeba doprowadzić do sytuacji, w której to one będą się zastanawiać, co zrobi Iga, czyli będą ciągle poza własną strefą komfortu.

Ale z analizy gry jej rywalek chyba zupełnie nie rezygnowaliście?

Jasne, że nie. Iga musi wiedzieć, co ją może czekać, zawsze dostaje kilka informacji o kolejnej rywalce. Ale to odwrócenie, moim zdaniem złej proporcji, było kluczowe. Co najważniejsze, zostało to natychmiast podchwycone przez Darię i Maćka, bo wpisywało się w filozofię ich pracy z Igą. Daria zaakceptowała pomysł budowania pewności Igi poprzez eksponowanie jej mocnych stron. Z tego wzięło się np. to, że wyeliminowaliśmy z jej repertuaru kilka drobnych rzeczy, ale tylko na tę chwilę.

Na przykład skróty, co wszyscy zauważyli…

Tak, ale to jest czasowe rozwiązanie. Nawet ostatnio o tym rozmawialiśmy.

W Paryżu powiedział pan „Rz”, że Iga może wygrać Wimbledon, choć z jej wypowiedzi wynika, że trochę się tego przejścia na trawę obawia…

Iga ma wystarczająco dużo atutów, by wygrywać również na trawie. Dostosowanie się do warunków to konieczność, ale nie do rywalek! W Dausze zawsze jest zimno, inaczej trzeba było naciągać rakietę, inaczej się rozgrzewać, na trybunach siedzieliśmy w kurtkach. Dubaj to bardzo szybkie piłki, dziewczyny były niezadowolone z tych piłek, już nawet jest projekt prośby do WTA, żeby z nich zrezygnować, przynajmniej w tym klimacie. Indian Wells – bardzo sucho, znowu lekkie piłki, wolne korty. Miami – wilgotność na poziomie 80 procent, bardzo duszno. Piłka nie leci w powietrzu. Stuttgart – lodowisko, a nie kort, prawie każdy mecz trzeba grać w nowych butach. W każdym z tych miejsc trzeba używać innych narzędzi, po wygraniu w Dausze nie można grać tak samo w Indian Wells. W każdym nowym miejscu trzeba umieć zaakceptować to, na co nie mamy wpływu, i się dopasować.

Jak konkretnie wyglądają przygotowania do poszczególnych turniejów?

Robię założenia tenisowe, wysyłam do Maćka, on to obudowuje swoim treningiem, mówi, co chce robić przed turniejem, co w trakcie, jaką chce intensywność i objętość w kolejnych dniach. Każdy robi swoje – Maciek, Daria i ja. Należy to zrobić tak, by Iga nam uwierzyła, zaakceptowała plan i przyjęła go jako swój. Żeby też chciała go zrealizować i była za tę realizację odpowiedzialna. Chyba nam się udaje, lub przynajmniej sporo nam się udało.

Sądząc po wynikach, chyba wszystko wam się udało?

Mamy jeszcze dużo do zrobienia, bo nie kotwiczymy na tej serii zwycięstw. Poza tym znamy historię – Djoković, Federer, Nadal czy Serena, każda seria się kiedyś kończy.

Iga gra teraz bardziej ofensywnie, ale pan twierdzi, że nie szukacie za wszelką cenę uderzeń kończących. Czy to nie jest trochę sprzeczne?

Absolutnie nie jest, zwłaszcza na nawierzchni ziemnej.

Czyli atak niepolegający na tym, że każda kolejna piłka musi być zwycięska?

Atak polega na tym, że wywiera się nacisk na przeciwnika. W tenisie nie szuka się na siłę kończących uderzeń, szuka się ciągłej presji i punktowania słabszych stron rywala. Mecz tenisowy to przede wszystkim mecz błędów wymuszonych. Dlatego mamy schematy gry przeciwko wysokim dziewczynom, które mają ogromny zasięg statyczny i świetnie returnują, ale są mniej zwrotne. Mamy schematy przeciwko niższym dziewczynom, które lubią biegać, lubią się cofać. Grając z Biancą Andreescu Iga pokazała, jak to robić przeciwko dziewczynie, która podnosi piłkę, grając jej na bekhend, i jednocześnie zmienia rytm, uderzając szybko i płasko.

Robiła to też w finale Roland Garros Cori Gauff, ale z miernym skutkiem...

Trzeba dużo pracy, żeby Iga mogła funkcjonować na poziomie stresu możliwym dla niej do zaakceptowania

Tomasz Wiktorowski

Raczej próbowała robić, bo Iga jej na to nie pozwoliła. Jeśli Iga trafia bezpiecznie w narożnik kortu, a potem zagrywa do drugiego, to przy swojej szybkości piłki kolejne uderzenie może być już kończące. Założenie jest jednak takie, że to trzecie uderzenie może być winnerem, ale nie musi. Trzeba być gotowym do dalszej gry bardzo agresywnym przerzutem, a okazja do wygrania bezpośrednim uderzeniem przyjdzie. Nie chcemy, aby Iga skupiała się na tym, żeby już ta pierwsza piłka była ostatnią, bo wtedy łatwo o błąd. Celem jest zdobycie punktu, a nie zagranie winnera. Mamy z Darią jedno hasło, którego używamy na odprawach z Igą: nikt nie jest szybszy od twojej piłki. Kort ma szerokość 8,23 m, to wszystko można policzyć: jaka jest prędkość piłki, ile jest czasu na reakcję. Przy tej prędkości piłki, jaką ma Iga, jeżeli gra aktywnie, to wprowadza rywalki w „niedoczas”, a wtedy otwierają się szanse na zagranie winnera. To ostatnie uderzenie wcale nie musi być najszybsze… może, ale nie musi. Kluczem jest proporcja mocy i precyzji, tak aby grać na 90 procent swoich możliwości, a nie na 100 procent.

Skąd się bierze ta szybkość piłki, przecież Iga nie jest tak potężna jak Maria Sakkari czy Aryna Sabalenka?

To są uwarunkowania fizyczne, łańcuch biomechaniczny jest tak ukształtowany, że praktycznie na żadnym odcinku Iga nie traci energii. Potrafi ją przenieść poprzez nogi do ręki i rozpędzić główkę rakiety w taki sposób, że jest w stanie przenieść tę moc, tę energię na nadlatującą piłkę. Iga miała to już jakiś czas temu, kiedy grała z Wiktorią Azarenką w US Open, łapałem się za głowę, gdy komentowałem jej mecz, patrząc jak zagrała pierwsze gemy. Pokazała, jaką ma moc także w meczu z Simoną Halep w Paryżu. Ale przychodziły takie momenty, że jeszcze nie była w stanie tej mocy kontrolować. I tu dochodzimy do Maćka Ryszczuka, który fantastycznie buduje czucie mięśniowe, dobierając proporcje między siłą a szybkością. Maciek zna ciało Igi, siłowo buduje ją bardzo spokojnie, ale konsekwentnie.

Czyli to, co robi Ryszczuk, nie ma już wiele wspólnego z tym, jak się dawniej pojmowało rolę fizjoterapeuty w sporcie?

To jest trzy razy więcej. On jest trenerem przygotowania ogólnego, motorycznego oraz dba o regenerację i odnowę biologiczną, bazując na swojej wiedzy, którą zdobył na studiach i potem przez lata pracy. Ma też doświadczenie w tenisie, co jest istotne. Maciek rozwija swój warsztat, zmienia narzędzia, bo ważne są nowe bodźce. Tę samą cechę motoryczną można kształtować na różne sposoby.

Wróćmy do zbliżającego się Wimbledonu. Co jest najtrudniejsze przy przejściu z kortów ziemnych na trawę?

Kluczem jest inne odbicie piłki od nawierzchni, na trawie dużo niższe. Poruszanie się po korcie też jest inne, ale o to w ogóle się nie martwię. Iga będzie musiała korzystać z trochę innych kierunków przy uderzeniu piłki, przy serwisie też, w kontekście proporcji między serwisem ściętym a kick serwisem. Ona ma najlepszy kick serwis na świecie. Tylko że on nie zawsze na trawie zadziała. Więc jeżeli tu stracimy, to musimy dołożyć coś innego, pamiętając też, że płaski serwis nie jest tak efektywny. Ale jedno nie ulega wątpliwości: Iga umie grać na trawie, bo doszła do czwartej rundy Wimbledonu. Będziemy jedynie próbowali wprowadzić małe modyfikacje, które jeszcze powinny ułatwić jej życie na tej nawierzchni.

Kto pana zdaniem będzie w stanie z Igą walczyć, mierzyć się z nią w finałach. Czy rzeczywiście jest Iga i za nią nic?

Jest dużo dziewczyn, które potrafią grać i będą w stanie uprzykrzyć życie rywalkom w danym turnieju, Idze też. Ogólny poziom bardzo się podniósł i dziewczyny nawet spoza czołowej dziesiątki światowego rankingu będą w stanie nawiązać walkę, czy wręcz tak jak chociażby Ludmiła Samsonowa w Stuttgarcie zagrozić Idze w całym meczu.

A jak reaguje Iga na tę nową sytuację, w której się znalazła, gdy gazety całego świata piszą, że jest królową tenisa. Takiej okładki w „L’Equipe” z polskim sportowcem nie pamiętam, a czytam tę gazetę od 40 lat. To jej pomaga?

Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo mam w tej ekipie osobę, która się takimi sprawami zajmuje. Daria dba o to, aby Iga była gotowa mentalnie na wszystkie wyzwania, które stawia przed nią zawodowy tenis, na poziomie, na który nasza podopieczna dotarła. To jest siła tego teamu, że jesteśmy w stanie podzielić między siebie odpowiedzialność i obowiązki. Ja w pewne sprawy w ogóle nie ingeruję. Jeśli mam coś wiedzieć, to jestem informowany, i cieszę się, że tak działamy. Moim zdaniem Iga radzi sobie bardzo dobrze, ale to nie jest tak, że ze wszystkim idzie łatwo. Trzeba włożyć dużo pracy, żeby mogła funkcjonować na takim poziomie stresu, jaki jest dla niej do zaakceptowania.

Ale to pan decyduje, gdzie Iga gra, a z czego rezygnuje, jak np. teraz z turnieju w Berlinie?

Zawsze jest to decyzja całego sztabu. Musi się wypowiedzieć Maciek, jak on ocenia kwestie fizyczne, musi się wypowiedzieć Daria, jak ocenia zmęczenie układu nerwowego. To bardzo istotne, w połowie roku Iga ma za sobą już tyle meczów, co przez cały zeszły sezon, to jest stuprocentowy wzrost obciążeń. Układ nerwowy ma swoje ograniczenia, zdajemy sobie sprawę, że regeneracja jest potrzebna w obu sferach. Gdy trzeba było podjąć decyzję o starcie w Madrycie (Iga się z tego turnieju wycofała – przyp. red.), mieliśmy zebranie, omówiliśmy, co planujemy dalej, nawet spojrzeliśmy wstecz, chociażby jak wypadały w podobnych okolicznościach inne dziewczyny, nawet na Serenę popatrzyliśmy, na Barty też, wiedzieliśmy, czego możemy oczekiwać od Igi i mieliśmy gotowy obraz.

Kiedy w styczniu zaczynał pan współprace z Igą, spodziewał się pan, że może być tak dobrze?

Bazowałem na informacjach, które krążyły w przestrzeni medialnej, i nie myślałem, że współpraca będzie się nam układała aż tak dobrze. Tak naprawdę jesteśmy w jednym ogródku, ale każdy ma swoją grządkę i jest OK.

Czy w drugiej połowie roku Iga będzie grała mniej?

Nie wybiegam myślami tak daleko, jestem w tej chwili przy Wimbledonie. Dopiero po tym turnieju będę mógł powiedzieć więcej na temat planów na drugą połowę roku. Teraz musimy zorganizować dwa tygodnie treningów na trawie.