Serb, choć w tym roku praktycznie nie grał, zachował pozycję lidera rankingu ATP. Rosjanin Daniił Miedwiediew wyprzedził go tylko na trzy tygodnie, a teraz leczy rany po operacji przepukliny. Jednak to Djoković, nawet nie grając, pozostał pierwszoplanową postacią męskiego tenisa. Najpierw globalnym tematem była jego covidowa saga zakończona deportacją z Melbourne, a potem rozważania, czy  zdecyduje się zaszczepić.

Nie zrobił tego, więc nie mógł zagrać w Indian Wells i Miami. Jego jedynym tegorocznym startem pozostaje turniej w Dubaju, gdzie w ćwierćfinale przegrał z Czechem  Jirzim Veselym.

Czytaj więcej

Novak Djoković już nie otwiera rankingu ATP. Umarł król, niech żyje król

Długo wydawało się, że wiosna na kortach ziemnych w Europie też może być dla Serba trudna, ale poluzowanie covidowych rygorów spowodowało, że zagra w Monte Carlo (reprezentacyjny tenisowy obiekt księstwa Monako znajduje się na terytorium Francji i to francuskie regulacje obowiązują graczy).

Mocna wiara

Nie wiadomo w jakiej formie jest obecnie Djoković, jedno natomiast nie ulega wątpliwości: ani na chwilę nie stracił wiary w słuszność obranej drogi, w dalszym ciągu uważa – co podkreślał w wywiadach, przede wszystkim w tym najważniejszym dla telewizji BBC – że kontrola nad tym, co znajduje się w jego organizmie i wolność wyboru są ważniejsze niż tenisowe trofea. Na pytanie, czy gotów byłby dla dochowania wierności samemu sobie poświęcić Wimbledon i tytuł najlepszego tenisisty wszechczasów, odpowiedział bez wahania: tak.

Trudno się dziwić, że Monte Carlo Country Club czeka głównie na niego, tym bardziej, że poza Miedwiediewem nie zagrają tam ani Roger Federer, ani jedenastokrotny triumfator Rafael Nadal (Djoković wygrywał dwukrotnie, w latach 2013 i 2015).

Sezon na kortach ziemnych to od lat rywalizacja, która dla części zawodników jest szansą, a dla innych przekleństwem. Wprawdzie dawno minęły już czasy, gdy Amerykanie, przyjeżdżając do Europy, z obrzydzeniem mówili, że muszą grać na takim paskudztwie (korty ziemne to dla nich był brud, czyli „dirt”), ale nie zmienia to faktu, iż ciągle jest to specyficzna część sezonu.

Na zwycięstwa trzeba pracować ciężej, mocne płaskie piłki i atomowy serwis nie robią takiego wrażenia jak na trawie czy nawierzchniach twardych, trzeba umieć się ślizgać, dochodząc do piłki, a to dla graczy wychowanych w USA bywa trudne. Najdobitniej określiła to kiedyś Maria Szarapowa, mówiąc, że czuje się na ceglanej mączce jak krowa na lodzie. Pete Sampras nigdy nie wygrał w Paryżu, choć był przez dekadę najlepszym tenisistą świata.

Do perfekcji grę na korcie ziemnym doprowadzili Hiszpanie i zawodnicy z Ameryki Południowej, których liftowane uderzenia doprowadzały rywali do rozpaczy. Jak każda przesada zaczynało to być nudne i gospodarze turnieju Roland Garros zmodyfikowali nawierzchnię, stała się ona znacznie szybsza i już nie było takiej sytuacji, że w półfinałach meldowało się czterech graczy z Hiszpanii.

Ale jeden as Hiszpanom pozostał – Rafael Nadal i to o nim pisano, że będzie w Paryżu wygrywał, dopóki będzie chodził (zwyciężał już trzynastokrotnie). Z powodu kontuzji w Monte Carlo go nie zobaczymy, ale w kolejnych wiosennych turniejach zamierza wystąpić i dopiero gdy wróci, Djoković przestanie być główną atrakcją.

Może być zysk

Korty ziemne to w ubiegłym roku była droga przez mękę dla Huberta Hurkacza. Ta czarna seria nastąpiła tuż po największym zwycięstwie Polaka, w turnieju z cyklu Masters 1000 w Miami.

Na ceglanej mączce Hurkacz jednak zupełnie się pogubił. W Monte Carlo, Madrycie, Rzymie i Paryżu wygrał tylko jeden mecz, co oznacza, że w tym roku nie broni praktycznie żadnych punktów do rankingu i każde zwycięstwo jest jego zyskiem. W meczu pierwszej rundy rozstawiony z nr 11 Hurkacz wygrał w poniedziałek z Boliwijczykiem  Hugo Dellienem (92 ATP) 7:5, 6:4.

Tenisistą, który może już w Monte Carlo choć w części usunąć Djokovicia w cień, jest Hiszpan Carlos Alcaraz. Ten dziewiętnastolatek to niewątpliwie największy talent, jaki pojawił się ostatnio i nie brak głosów, że już teraz może na kortach ziemnych dać się we znaki najlepszym, łącznie z Nadalem w pełni sił.

– Wciąż nie brakuje mi motywacji, by mierzyć się z młodszymi rywalami, grać z najlepszymi o najważniejsze trofea. Monako jest moim domem od dziesięciu lat, to najlepsze miejsce, by wznowić starty. Przez wiele lat w Serbii grałem tylko na nawierzchni ziemnej i choć z historycznego punktu widzenia nie jest ona moją ulubioną, to i na niej odnosiłem sukcesy. Ubiegłoroczny triumf w Roland Garros mam jeszcze świeżo w pamięci. Zdaję sobie sprawę, że nie będę u szczytu możliwości już na początku tygodnia, to zajmie trochę czasu. Ciągle wzmacniam moją grę, testuję mój silnik – mówił Djoković przed pierwszym meczem w Monte Carlo.

Zobaczymy, jak daleko zajedzie. Pierwszy mecz z Hiszpanem Alejandro Davidovichem Fokiną już we wtorkowe popołudnie.

Transmisje z Monte Carlo na sportowych antenach Polsatu