Już godzinę przed meczem trybuny kortu centralnego im. Bohdana Tomaszewskiego były zapełnione. Mimo to przed kasami stały jeszcze kolejki. Gdy spotkanie się rozpoczęło ludzie siedzieli na schodach, stali pod banerami. Organizatorzy ogłosili, że sprzedali 3,6 tys. biletów. W 24-letniej historii szczecińskiego turnieju nigdy jeszcze wtorkowy mecz nie wzbudził takiego zainteresowania. Jeśli już na widowni nie było gdzie szpilki wcisnąć, to dopiero w finale.

Janowicz w Szczecinie grał już przedtem dwukrotnie, ale wczoraj pierwszy raz od czasu wielkich sukcesów - finału w paryskiej hali Bercy, półfinału Wimbledonu, zwycięstwa w Pucharze Hopmana. Mimo regresu z ostatnich miesięcy wciąż ma status wielkiej, choć niespełnionej tenisowej nadziei. Ostatnie wyniki napawają jednak optymizmem. Nieźle wypadł w turnieju olimpijskim, w US Open postawił się liderowi rankingu ATP Novakowi Djokovicowi urywając Serbowi seta, w niedzielę wygrał challengera w Genui. Nie tylko ze względu na przeszłość, ale teraźniejszość znów przyciąga tłumy.

Wieczorny wtorkowy mecz z Basilaszwilim zaczął źle. Pierwszy stracił swoje podanie, łatwo przegrywał gemy serwisowe rywala, od połowy pierwszego seta sygnalizował, że coś mu dolega. Ale zebrał się w sobie. O pomoc medyczną poprosił dopiero wtedy kiedy odrobił straty i wyszedł na prowadzenie 6:5. W kolejnym gemie Gruzin popełnił aż trzy podwójne błędy serwisowe i Janowicz wygrał seta. W drugim spotkanie toczyło się wedle scenariusza gem za gem, bez przełamań aż do tie-breaka. Tę tenisową loterię wygrał Polak wykorzystując drugą piłkę meczową. - Janowicz wrócił - krzyknął podniośle spiker.

- Źle się dziś czułem i strasznie się cieszę, że wygrałem. W niedzielę finał w Genui skończyłem po 22, potem była konferencja, trzeba było coś zjeść, a w pokoju byłem po północy.

Wiadomo, że po wygranym finale nie zasypia się jak po Teletubisiach, o piątej rano musiałem wyjechać na lotnisko. W poniedziałek w ogóle nie trenowałem. Dziś przed meczem dwa razy zajął się mną fizjoterapeuta i postawił mnie na nogi. To był dla mnie trudny i ważny mecz.

Wiedziałem, że jak go wygram, to potem - po odpoczynku - może być łatwiej - mówił Janowicz.

Kolejny mecz łodzianin zagra w czwartek z Włochem Stefano Napolitano.

Najprawdopodobniej znów w sesji wieczornej i na pewno ponownie przy pełnych trybunach.

Wtorkowe mecze I rundy: J. Janowicz - N. Basilaszwili (Gruzja, 5) 7:5, 7:6 (5); J. Eysseric (Francja) - M. Granollers (Hiszpania, 1) 3:6, 6:4, 2:0 krecz; P. Michnev (Czechy) - G. Sacharow (Francja) 7:5, 3:0 krecz; C. Ruud (Norwegia) - M. Cecchinato (Włochy, 8) 6:4, 6:1; D. Brown (Niemcy, 3) - W. Iwanow (Estonia) 6:3, 7:6 (5), 6:2; S. Caruso (Włochy) - P. Torebko (Niemcy) 5:7, 6:4, 6:4; Z. Kolar (Czechy) - T. Gabaszwili (Gruzja, 6) 6:1, 3:6, 6:3; S. Napolitano (Włochy) - J. Mertl (Czechy) 4:6, 6:3, 6:2; A. Giannessi (Włochy) - R. Albot (Mołdawia, 4) 6:3, 6:4.