Kto widział ten mecz, długo nie zapomni tego, co działo się na centralnym korcie im. Roda Lavera. Nadal wygrał 2:6, 6:7 (5-7), 6:4, 6:4, 7:5 i został samodzielnym rekordzistą, jeśli chodzi o triumfy w Wielkich Szlemach (po 20 mieli przed tym turniejem także Roger Federer i Novak Djoković), ale żadna statystyka nie przesłoni tego, co zobaczyliśmy.

Nadal po każdym zwycięstwie w drodze do finału podkreślał, że owszem cieszy się z sukcesów, ale najbardziej z tego, że w ogóle może grać po blisko półrocznej przerwie, bo jeszcze sześć tygodni temu wcale nie było to takie pewne.

Jako główny faworyt – nawet po deportacji Djokovicia – nie był wymieniany praktycznie przez nikogo, bezapelacyjnym numerem 1 miał być Miedwiediew. Dlatego gdy w finale Rosjanin objął prowadzenie w setach 2:0, wydawało się, że po raz drugi będzie hamulcowym tenisowej historii. Pierwszy raz został nim, gdy w ubiegłym roku w finale US Open nie pozwolił Djokoviciowi na zdobycie kalendarzowego Wielkiego Szlema i jednocześnie na 21. wielkoszlemowy triumf.

Czytaj więcej

Ashleigh Barty wygrywa Australian Open. Nagroda za zimną krew

Miał wielką szansę, by kolejny raz pokazać, że nadchodzi jego czas, w trzecim secie mógł objąć prowadzenie 4:2, ale tego nie zrobił, choć prowadził przy serwisie Nadala 40:0. Te trzy wygrane przez Hiszpana wówczas piłki można śmiało nazwać meczbolami, bo gdyby wtedy się nie obronił, zapewne już by rozpędzonego rywala nie powstrzymał.

Od tego momentu zaczął się inny mecz. Zniknął Nadal poruszający się po korcie dużo wolniej niż zwykle, zniknęło przeświadczenie, że co by się nie działo, to i tak wcześniej czy później i tak zwycięży Rosjanin. Miedwiediew też chyba w to uwierzył i – jak się okazało – zapłacił za to najwyższą sportową cenę, Nadal w 13 lat po pierwszym triumfie w Australii ma drugie zwycięstwo.

Bez przesady można chyba powiedzieć, że kibicował mu cały tenisowy świat, bo Nadal zasłużył na szacunek za to, jak zachowuje się na korcie, i za to, co mówi nie tylko o tenisie. Gdy jego wujek i wieloletni trener Toni Nadal wspominał przed finałem, że Rafaela stać nie tylko na zwycięstwo w Melbourne, lecz także na kolejny sukces wiosną w turnieju Roland Garros, wydawało się to niepoprawnym marzeniem. Dziś już żadne marzenia nie są zbyt szalone, choć oczywiście wszystko będzie zależało od stanu zdrowia Nadala.

Czytaj więcej

Novak Djoković. Natchniony arogant

„Na początku turnieju Rafael nie poruszał się dobrze po korcie, nie mógł przede wszystkim przejmować inicjatywy w wymianach. Powiedziałem wówczas zawodnikom trenującym w naszej akademii, że w tej sytuacji nie będzie możliwe zwycięstwo nad Zverevem (miał być rywalem Nadala – przyp. red.). Zadzwoniłem do niego do Melbourne, a on powiedział, że to prawda, ale potrzebuje więcej meczów, by to zmienić. To niewiarygodne, jak się wszystko odmieniło” – mówił Toni Nadal gazecie „L’Équipe”.

Jako jeden z pierwszych z gratulacjami dla Nadala pośpieszył Roger Federer. „Mojemu przyjacielowi i rywalowi z głębi serca gratuluję tego, że został pierwszym tenisistą, który wygrał 21 turniejów wielkoszlemowych. Jeszcze kilka miesięcy temu żartowaliśmy, że obaj chodzimy o kulach. Nie należy nigdy nie doceniać tak wielkich mistrzów”. Hiszpanowi pogratulował też Novak Djoković.

Zapis największych osiągnięć Nadala zawsze będą zaczynać wielkoszlemowe zwycięstwa w Paryżu. Ma ich 13, czyli zdecydowaną większość z 21 największych tytułów światowego tenisa. Do tego dumnego zestawu dopisał cztery sukcesy w US Open, dwa w Wimbledonie i dwa w Australian Open. W sumie zwyciężył w 90 turniejach singlowych i 11 deblowych, ustanawiając liczne rekordy statystyczne, przede wszystkim w grze na kortach ziemnych.

Można się spierać, kiedy na trwałe przeszedł do historii tenisa: czy już wtedy, gdy w Roland Garros wygrywał pierwszy raz w 2005 r., czy wtedy, gdy zaliczył „La Decimę”, czyli był najlepszy po raz dziesiąty, a może gdy przedłużał do niespotykanych granic serię zwycięstw na czerwonej mączce.

Nie pojawił się w sporcie przypadkiem, a jeśli już, to był to przypadek mocno sterowany przez ojca Sebastiana (biznesmena w branży budowlanej i restauratora z Majorki) oraz jego dwóch braci Miguela Angela, kiedyś dobrego piłkarza Barcelony i reprezentacji Hiszpanii, oraz Toniego, trenera tenisowego i wspólnika w rodzinnych interesach.

Bracia Nadalowie ustalili, że tylko Toni zrobi z Rafy tenisistę i ta decyzja okazała się wyjątkowo trafna. Pod twardą ręką wujka Nadala z młodego chłopaka wyrósł tytan pracy, w dodatku niebuntujący się przeciw surowym nakazom. Może ta rodzinna szkoła była niekiedy ekstremalnie wymagająca, lecz dała wczesne efekty – Rafa wygrywał krajowe mistrzostwa już w wieku 12 lat, gdy miał 18 lat został po raz pierwszy mistrzem turnieju ATP (w Sopocie), zaraz potem przyszedł pierwszy Wielki Szlem.

Pasma zwycięstw niemal od zawsze łączył z pasmem kontuzji. Zaledwie 17-letni Rafael miał uraz łokcia, który wykluczył go z planowanego już wówczas pierwszego startu wielkoszlemowego w Roland Garros. Można pisać tę kronikę rok po roku: złamania, stłuczenia, uszkodzenia kolan, stopy, nadgarstka, bóle pleców i po przerwach na leczenie, wspaniałe, kolejne Wielkie Szlemy, wielkie turnieje ATP (zwłaszcza Monte Carlo i Barcelona) oraz zwycięstwa w Pucharze Davisa.

Bywało, że lekarze mówili o zagrożeniach dla kariery, ale Hiszpan nieodmiennie zaprzeczał ich słowom, tylko czasem ujawniając mediom, że kolana bolą już stale, że urazy, zabiegi lecznicze i rehabilitacje zabrały mu w sumie z kariery zawodowej ze trzy lata. W tej dziedzinie też jest chyba mistrzem nad mistrzami. Ma prawie 36 lat (skończy w czerwcu). Z wujkiem Tonim przepracował 27 lat, teraz gra pod opieką krajana Carlosa Moyi, w przeszłości także świetnego tenisisty. Mógłby przestać, akademia tenisowa na Majorce ma się świetnie, dom, a właściwie nadmorska willa w Porto Cristo, niedaleko Manacor, stoi od dawna, długoletni związek z Marią Franciscą (Xiską) Perelló, którą poznał w 2005 r., ma się doskonale.

Australia ma szczęście. Ten finał sprawił, że turniej nie będzie pamiętany głównie z powodu deportacji Djokovicia, lecz pozostanie w pamięci przede wszystkim jego epicki finał i historyczny triumf Nadala.