Jak wygląda życie ekipy Igi Świątek po dwóch tygodniach przymusowej izolacji?

Po kwarantannie wyszliśmy z hotelu, mieszkamy w apartamencie, mamy trochę więcej przestrzeni, ale przede wszystkim mamy wolność – możemy robić, co chcemy. Fajnie jest, że możemy iść na spacer bez masek, miasto żyje, ludzie są aktywni.

Co jest najbardziej przyjemne w tej wolności?

Najważniejsza jest normalność, którą czuje się w Melbourne, mimo że jest to normalność troszeczkę inna niż zawsze. Jest to coś fajnego, czego tak naprawdę nie da się przeżyć obecnie nigdzie indziej na świecie. Myślę, że poczucie bezpieczeństwa na ulicy jest kluczowe i bardzo przyjemne.

Pozostały jakieś zakazy sanitarne?

W centrach handlowych trzeba chodzić w maskach, zachowywać dystans. To nie są rzeczy niezwykłe, mamy to u nas w kraju i innych częściach świata na co dzień, ale tu dotyczą tylko zamkniętych i zatłoczonych miejsc. W restauracjach i barach takiego obowiązku nie ma. Przy wejściu trzeba się tylko zarejestrować, na wypadek bliskiego kontaktu. Po to rejestrujemy fakt, że byliśmy w określonym miejscu i czasie, by w razie wykrycia u kogoś wirusa w tej samej lokalizacji, można było do nas dotrzeć i zamknąć na kwarantannie. Tym samym chroni się społeczeństwo australijskie przed kolejną falą wirusa. To jest pewna uciążliwość, ale można ją przeżyć.

Jak wygląda pobyt na kortach i innych obiektach Melbourne Park?

Właściwie jedynym ograniczeniem jest noszenie masek. Wszędzie są płyny dezynfekcyjne, ale wszystko w ramach rozsądku. W Australii od dawna nie ma przypadku zakażenia koronawirusem, to oni bardziej się boją nas niż my ich. Wystarczy więc zwykła ostrożność oraz odrobina empatii dla Australijczyków i wszystko jest w porządku.

Obiekt i reguły organizacji Wielkiego Szlema zmieniły się z okazji pandemii?

Jest niemal tak, jak było. Zniknęło tylko kilka kortów, robiąc miejsce na budowę nowego stadionu, który będzie gotowy w przyszłym roku. Tak jak w US Open nie ma na kortach sędziów liniowych, to jest krok technologiczny, który pandemia bardzo przyspieszyła. Jak zawsze Australian Open zapewnia dniówkę na hotel lub apartament, jak kto woli. Można tę kwotę nawet schować do kieszeni, wykorzystać jako dodatkową wypłatę. Dostajemy też możliwość spożywania posiłków na miejscu, choć te kwoty są ograniczone – do 200 dolarów australijskich dziennie dla całego sztabu.

Jak ocenia pan skutki dwóch tygodni mniej lub bardziej surowej kwarantanny uczestników Australian Open?

W czasie, który nam pozostał, wszystkich strat przygotowania fizycznego się się nie nadgoni, ich wpływ na grę będzie widoczny. Trzeba jednak pamiętać, że uczestnicy Australian Open nie pierwszy rok grają w tenisa. Jeśli zawodniczka jest sprytna, to wykorzysta swe silne strony i w czasie turnieju jeszcze podciągnie to, co jest do podciągnięcia. Mamy kontakty z grupami Jeleny Rybakiny i Jennifer Brady, które były objęte pełną kwarantanną. Wiemy, że robili, co mogli, by się ruszać i pracować, ale możliwości mieli ograniczone. Niektórzy mieszkali w hoteliku w pokoju taki jak mój, gdzie jakikolwiek ruch trudno nazwać treningiem. Wprawdzie mogła pomóc bogata wyobraźnia, ale na pewno łatwo im nie było. Rozmawiałem ze Stefano Vukovem, trenerem Rybakiny. Mówił mi, że dopiero teraz udaje mu się rozluźnić tenisistkę, jej ciało wraca do normy, ale jedynie do poziomu, który prezentowała w połowie okresu przygotowawczego. Druga połowa im uciekła.

Czy organizatorzy dostrzegają takie problemy?

To, że jedni mogli łatwiej się przygotowywać, drudzy nie, jest w pewnym stopniu nieuczciwe, ale większość zawodników jest nastawiona pozytywnie i ciężko pracuje w warunkach, jakie ma. My też, jeśli chcemy potrenować w normalnych godzinach, powiedzmy od 9.00 do 16.00, idziemy na korty pomocnicze, na głównych mamy może godzinę, góra półtorej. Osoby z pełnej kwarantanny mogą codziennie grać na głównych kortach do dwóch godzin i do tego bez ograniczeń trenować na pomocniczych. Myślę, że to jest w miarę uczciwe rozwiązanie. Z drugiej strony im wcale nie jest łatwo dobrać obciążenia tak, żeby wrócić do formy. Mocny trening może teraz spowodować przemęczenie, tym bardziej że każdy w takiej sytuacji będzie chciał nadgonić stracony czas. Te dziewczyny z pełnej kwarantanny właśnie rozpoczynają turniej we własnym gronie [Grampians Trophy – przyp. k.r.] i może się okazać, że będą po nim bardziej zmęczone niż te, które trenowały dwa tygodnie.

W sferze mentalnej niektórzy też będą mieli kłopoty?

Mogę się założyć, że to także nie będzie dla nikogo łatwe.

Co pan sądzi o podziale uczestników na gwiazdy odbywające kwarantannę w Adelajdzie i resztę przebywającą od przylotu w Melbourne?

Różnice w sporcie były, są i będą. Wiadomo, że są i będą ci, którzy mają przywileje, i reszta. Sławy miały w Adelajdzie więcej godzin na trening niż my, nie daje to równych szans, ale tenis to jest także biznes i praca. W każdym biznesie ktoś, kto ma silną markę i lepiej potrafi odnaleźć się na rynku, ma łatwiej. Tak samo jest w przypadku tenisa. Iga jeszcze nie wypracowała sobie pozycji takiej, żeby być postrzegana jak gwiazdy z Adelajdy, więc pozostaje jej wykonać taką pracę i osiągać takie sukcesy, by mieć podobne przywileje.

Jaką wartość ma dla Igi obecny turniej poprzedzający Australian Open?

To jest po prostu turniej przetarcia (Iga Świątek wygrała już pierwszy mecz – przyp. red.). W idealnej rzeczywistości byłoby jeszcze lepiej mieć kilka dni przerwy, popracować nad pewnymi elementami gry i odpocząć, ale skoro nie mamy na to czasu, to i tak jest dobrze, że dziewczyny się sprawdzą, choć jest to inna walka niż w Wielkim Szlemie. Turniej wielkoszlemowy jest priorytetem dla każdego.

Jak organizatorzy radzą sobie z sześcioma turniejami ściśniętymi w Melbourne Park w jednym tygodniu?

Na organizację nie mogę powiedzieć złego słowa. Może to odrobina pecha, że Iga zaczęła później niż inne, ale dobrze, że wrzucono ją do grupy tych, które grają najbardziej widowiskowe mecze na 1573 Arena – drugim w hierarchii tego turnieju, pierwszym jest Margaret Court Arena. Widać, że organizatorzy są dobrze przygotowani, nawet jeśli sześciu dyrektorów musi się jakoś zgrać. Idzie to wszystko równie sprawnie jak Wielki Szlem.

Dostaliście też możliwość trenowania z kimś innym niż Elina Switolina?

Oczywiście. Po wspólnych dwóch tygodniach z Ukrainką szukamy urozmaicenia z innymi zawodniczkami. Mamy dostęp do wielu kortów, trenowaliśmy na Rod Laver Arena z Ashleigh Barty.

Przez lata upały dokuczały uczestnikom, jak jest z pogodą w tym roku?

Można powiedzieć, że tym razem pogoda wreszcie nas rozpieszcza. Jest nawet chłodno, jak na australijskie lato, 18–22 stopnie. Nie ma też obaw, że upały przyjdą, nie zapowiada się na to. Bardziej obawiam się deszczów, bo już się pojawiają.

Iga Świątek wygrała pierwszy mecz

Polka pokonała Słowenkę Kaję Juvan (104 WTA) 2:6, 6:2, 6:1.
Stawką spotkania był awans do trzeciej rundy (w pierwszej Świątek miała wolny los) turnieju Gippsland Trophy, poprzedzającego Australian Open. Po tym zwycięstwie na drodze mistrzyni Roland Garros do ćwierćfinału stanie Rosjanka Jekaterina Aleksandrowa (33. WTA). Zwycięstwo oznaczałoby duże prawdopodobieństwo spotkania z drugą rakietą świata, Rumunką Simoną Halep.
Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak we wtorek nie grali w turnieju ATP Great Ocean Road Open, ale poznali rywali w meczach drugiej rundy. Hurkacz zmierzy się z Duńczykiem Mikaelem Torpegaardem (193. ATP), Majchrzak z Holendrem Boticiem Van de Zandschulpem (159. ATP).