Wytypować, kto wygra na Hard Rock Stadium nie było łatwo, choć chyba nieco więcej głosów padało na Włocha, za którym, oprócz jakości zadziornego tenisa, stała możliwość pokazania, że po wielu latach znów pojawił się tak uzdolniony nastolatek – turnieje ATP Masters 1000 wygrywali w równie młodym wieku tylko najwięksi. Na pewno można było napisać od razu: grali ze sobą przyjaciele, chyba dwaj najbardziej lubiani dziś tenisiści w ATP Tour, wnoszący na korty spokój, uśmiech i oczywisty szacunek dla przeciwnika.

Wygrał nieco starszy Polak, ale też z tego samego, trochę nieobliczalnego pokolenia następców nieobecnych na Florydzie wielkich mistrzów. Zrobił to efektownie, nie tylko w pięciu meczach poprzedzających finał, ale także w spotkaniu o tytuł, które rozpoczął od prowadzenia 3:0, by zaraz potem doprowadzić polskich kibiców do palpitacji. Najpierw stracił przewagę, by przy stanie 5:5 w pierwszym secie jeszcze zwiększyć napięcie: oddał swego gema serwisowego. I wtedy, wbrew tenisowej logice, nie tylko nie przegrał 5:7, ale dość pewnie zwyciężył w tie-breaku.

Drugi set rozpoczął od fantastycznych ataków forhendowych, którymi otworzył sobie drogę do wygrania gema przy podaniu Włocha. Za chwilę było 2:0, bo serwis Huberta w niedzielę działał co najmniej bardzo dobrze. Po kilku kolejnych minutach widzowie na Grandstandzie zobaczyli na tablicy wynik 3:0 po kolejnym przełamaniu serwisu Sinnera. I znów potwierdzenie przewagi z polskiej strony – 4:0!

To był zdecydowanie najlepszy fragment gry Huberta Hurkacza, ciągły atak, dominacja, chłodna głowa, żadnego zwalniania ręki. Taka sytuacja deprymowała młodego włoskiego tenisistę, publiczność (na trybuny wpuszczono niewielką liczbę widzów) musiała go wesprzeć, w końcu Jannik obronił się przed wynikiem 0:5 (było blisko), ale 1:4 komfortu też mu nie dawało.

Oddać należy Sinnerowi – odrabianie strat to też jego wybitna specjalność. Odrobił, i wynik 3:4 zdecydowanie przywrócił mu nadzieję na odwrócenie przebiegu spotkania. W ósmym gemie Hurkacz po raz pierwszy popełnił podwójny błąd serwisowy. Ruszył więc do ataków przy siatce, w tej desperacji trochę pomogło mu szczęście i prowadził 5:3. Rywal zrobił co należy przy swym podaniu i wreszcie można było oglądać scenę, jakiej nigdy wcześniej nie widziano: polski tenisista serwował po zwycięstwo w turnieju z cyklu ATP Masters 1000.

Poszło zaskakująco prosto: bekhend Sinnera na aucie, fantastyczny zwycięski wolej po dobrym ataku forhendowym, potem dwa punkty dla rywala, ale zaraz piłka meczowa. Wystarczyła tylko ta jedna. Sędzia Renaud Lichtenstein z Francji mógł ogłosić: gem, set, mecz, Hurkacz! 7:6, 6:4.

– To niesłychane, nie mam słów by powiedzieć, jak jestem szczęśliwy. Oczywiście przy wyniku 4:0, potem 4:3 byłem trochę nerwowy, ale to także zasługa Jannika, bo zaczął znów lepiej uderzać, on potrafi grać świetne returny, jest wspaniałym rywalem. Czemu tak dobrze mi idzie na Florydzie? Nie tak dawno spędziłem tu z powodu pandemii prawie pół roku. Znam te trudne warunki, temperaturę, wiatr. Wygrana tuż przed sezonem na kortach ziemnych oznacza, że po prostu znajdę jeszcze większą motywację i wiarę w siebie. Jestem superszczęśliwy – mówił pierwszy Polak, który wygrał tak prestiżowy turniej.

W finałach turniejów ATP Hubert Hurkacz ma na razie bilans idealny: trzy mecze, trzy zwycięstwa – odnotujmy: 2019 – Winston Salem, 2021 – Delray Beach i Miami (na Florydzie nie przegrywa). Ciąg dalszy nastąpi niedługo na kortach ziemnych w Monte Carlo, już z dumnej pozycji 16. tenisisty świata (Sinner będzie 21.). Młody mistrz rakiety z Wrocławia kolejny raz przypomniał, że dobre wychowanie nie przeszkadza w wielkich zwycięstwach, no i pokazał niezłomność charakteru, za którą tylko bić brawo.

Kobiecy turnej w Miami wygrała liderka rankingu światowego Australijka Ashleigh Barty. Obroniła tytuł z 2019 roku. Jej finałową rywalką była Bianca Andreescu, ale spotkanie nie było porywające, gdyż przy stanie 6:3, 4:0 Kanadyjka poddała się z powodu kontuzji stawu skokowego. Mecz miał jednak dla obu pań znaczenie – Barty pokazała, że spowodowana pandemią długa nieobecność na kortach nie oznacza mniejszej chęci wygrywania, Andrescu również przypomniała, że 15 miesięcy nieobecności z powodu urazu łąkotki nie oznacza rezygnacji ze śmiałych marzeń.