Świątek (nr 7) wygrała z Cirsteą (38 WTA) 5:7, 6:3, 6:3 i sukces ten powinna sobie cenić szczególnie, gdyż był to jej pierwszy ciężki mecz w turnieju, nie grała tak dobrze jak potrafi, a jednak zwyciężyła, i jest pierwszy raz w ćwierćfinale wielkoszlemowego turnieju innego niż Roland Garros.

Polska tenisistka chyba też zdawała sobie sprawę z tego, jak trudną pokonała przeszkodę, gdyż po ostatniej piłce po prostu się rozpłakała.

Początek meczu nie ułożył się po myśli Świątek, która w pierwszym secie dwukrotnie przegrała swoje gemy serwisowe, w czwartym gemie nie przełamała podania rywalki, choć prowadziła 40:0. Po przegraniu seta Polka, jak to ma w zwyczaju, poszła do szatni i wróciła odmieniona, zaczęła przyspieszać grę, ale potrafiła też wytrzymywać długie wymiany. Ostatnie gemy drugiego seta to już zdecydowana przewaga Świątek.

Czytaj więcej

Dwaj weseli chłopcy na Australian Open

Kluczowym momentem meczu były gemy czwarty i piąty w secie trzecim. Rumunka najpierw nie wykorzystała sześciu break-pointów, by objąć prowadzenie 3:1, a potem oddała swój serwis. Kolejne gemy to seria przełamań serwisów, ale widać było, że Rumunka traci siły i pewność siebie. Koronnym tego dowodem był gem kończący mecz przegrany przez nią do zera.

W meczu o półfinał Świątek zagra nie z rozstawioną z nr 2 Białorusinką Aryną Sabalenką, lecz z Kaią Kanepi. Estonka pokonała faworytkę 5:7, 6:2, 7:6 (10-7) po meczu trzymającym w napięciu do ostatniej piłki.

Kanepi zapłaciła drogo za coś, co mogła dostać znacznie taniej. W trzecim secie prowadziła 5:4 i 40:0 przy własnym serwisie i nie wykorzystała trzech piłek meczowych, a potem jeszcze jednej w grze na przewagi.

Sukces Kanepi to niejedyna niespodzianka w dolnej połówce turniejowej drabinki, a więc tej, gdzie znajduje się Świątek. Trwa bowiem znakomita passa Francuzki Alize Cornet (61. WTA), która pokonała Rumunkę Simonę Halep (nr 14) 6:4, 3:6, 6:4.

Ten wynik oznacza, że gdyby Polka wygrała z Kanepi, jej następną rywalką, już w grze o finał, byłaby zwyciężczyni meczu Cornet – Danielle Collins (USA – nr 27), a najwyżej klasyfikowaną tenisistką, z którą Świątek spotkała się w drodze do ewentualnego finału, byłaby Rosjanka Daria Kasatkina (nr 25).

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Taki prezent od losu należy wykorzystać, ale o autostradzie do finału mogą pisać tylko ci, których zawodzi pamięć, lub tacy, których wielkoszlemowy tenis nie nauczył jeszcze pokory.

36-letnia Kanepi podobnie jak Świątek jest pierwszy raz w ćwierćfinale Australian Open, ale była już na tym etapie w pozostałych turniejach wielkoszlemowych. Obecnie zajmuje 115. miejsce w rankingu WTA, a najwyżej była na pozycji nr 15 latem 2012 roku. Świątek i Kanepi jeszcze ze sobą nie grały.

W turnieju męskim w poniedziałek nadspodziewane kłopoty miał Daniił Miedwiediew, faworyt bukmacherów po deportacji Novaka Djokovicia. Rozstawiony z nr 2 Rosjanin wygrał 6:2, 7:6 (7-4), 6:7 (4-7), 7:5 z 24-letnim Maximem Cressy urodzonym w Paryżu, ale reprezentującym USA.

Cressy to w tenisie gatunek ginący, a właściwie już zaginiony, gracz atakujący przy każdej okazji, idący do siatki zarówno po pierwszym, jak i po drugim serwisie, tak jak zdarzało się to kiedyś Stefanowi Edbergowi, Borisowi Beckerowi czy Johnowi McEnroe. Ten ostatni zapytany w studiu Eurosportu, jak ocenia taką grę, powiedział, że wreszcie ktoś przerwał nudę. Amerykanin ze zwykłą dla siebie przesadą stwierdził, że długie wymiany z głębi kortu są uciążliwe do oglądania i takim tenisistom jak Cressy należy życzyć wszystkiego najlepszego, bo wraz z nimi zyskuje też widowisko.

Trudno się jednak spodziewać, by tenis zawrócił z obranej drogi. Po zakończeniu kariery przez starszego z braci Zverevów, Mischę, już nikt tak nie grał, zatem trudno powiedzieć, skąd pojawił się Cressy.

Oglądało się to znakomicie, Miedwiediew wyglądał na zaskoczonego, mówił do siebie na korcie częściej niż zwykle, a gdy w końcu wygrał przyznał, że jeszcze nigdy nie rywalizował z tak grającym przeciwnikiem.

Cressy buńczucznie zapowiedział, że jego celem jest pozycja nr 1 w rankingu, ale chyba żartował. Gdyby jednak znalazło się kilku podobnie grających śmiałków, tenis by na tym zyskał.