To był czwarty tytuł Serba w Australii, trzeci z rzędu, co było wyczynem oglądanym poprzednio w latach 60. Ostatni mecz z Andym Murrayem przywołał raz jeszcze najważniejszą cechę tenisa Djokovicia – nieustępliwość.

Zanim mistrz podniósł w górę puchar i mógł wypowiedzieć słowa podziękowań, przechodził gemy i sety, w których zwycięstwo wcale nie było bliskie. Murray nie jest już z tych, którzy nie wytrzymują stresu finału Wielkiego Szlema. Szkot to jest rywal, który nie odda piędzi kortu za darmo, który chce pierwszy atakować i rządzić wymianami. W niedzielę też długo rządził, aż sprowokował Serba do myśli, że nawet najlepsza gra w defensywie nie musi oznaczać sukcesu.

Trochę pomogła Djokoviciowi kontuzja stopy Murraya, echo za długiego meczu Szkota z Rogerem Federerem. W takich meczach nie ma zbędnej litości. Serb przyspieszył grę, dodał uderzeniom siły i precyzji.

– Kiedy grasz z jednym z największych rywali w finale Wielkiego Szlema i widzisz, że rywal jest w formie, jest powód, by się starać – tłumaczył zwycięzca.

Kilka miesięcy temu torturującym w finale US Open był Szkot, więc nie ma co współczuć pokonanemu. Ważne, że początek roku przyniósł to, co kibice lubią – rywalizację bez żadnych kompromisów, no i obietnicę, że niedługo ciąg dalszy nastąpi.

Kobiecy finał niektórzy porównywali do opery mydlanej, bo rzeczywiście były w nim dramatyczne chwile, ale wywoływane przez zdarzenia z pogranicza sportu i obyczajów. Wiktoria Azarenka wygrała w trzech setach, lecz bardziej od jej serwisów i wolejów będą przede wszystkim pamiętane dwa widowiskowe upadki Na Li. Po pierwszym Chinka lekko skręciła kostkę, po drugim lekarze badali, czy ma wstrząs mózgu.

Ani kostka, ani głowa Na Li na szczęście nie ucierpiały za bardzo, więc mecz mógł się chwilami podobać, w końcu mistrzyni z zeszłego roku najpierw wydawała się zagrożona, potem umiała odmienić wynik.

Można zarzucać Azarence różne ułomności charakteru, ale nie zabrakło jej odporności na niechęć publiczności. Widzowie wciąż nie chcieli Wiktorii wybaczyć taktycznych wybiegów, jakie zastosowała w półfinale ze Sloane Stephens, więc stanęli murem po chińskiej stronie. Błędy Białorusinki były okazją do aplauzu, każda ostrzejsza uwaga do sędzi na stołku powodowała gwizdy. Napięcie nie było małe, może tylko przymusowa przerwa na fajerwerki z okazji Dnia Australii nieco je zmniejszyła.

Azarenka wytrzymała ten mecz nazywany w australijskiej prasie Melbourne kontra Victoria, dopiero po ostatniej piłce dała upust emocjom, wypłakawszy się długo w ręcznik.

Podczas przemówienia końcowego była już silna jak zawsze – nawet nie drgnęła jej powieka, gdy uprzejmie dziękowała kibicom za doping. Może nie zauważyła, że nawet grawer poddał się presji i przy narodowości mistrzyni zamiast napisać skrót BLR jak Białoruś, wyrył BEL jak Belgia.

– Spodziewałam się, że będzie gorzej. Finał był jak przejazd górską kolejką. Ale to dobre doświadczenie. W końcu przyjechałam tu, by atakować, a nie tylko bronić pucharu. Z każdego meczu jest nauka, z tego też mam pozytywną myśl – jestem twarda. No i nie byłam tu całkiem sama, miałam za sobą cały mój zespół, grupę wsparcia, zobaczyłam, że mogę na nich liczyć w każdych okolicznościach – mówiła mistrzyni, gdy dzień po finale z uśmiechem pozowała z pucharem w ogrodzie botanicznym w Melbourne Park.

W rankingu niewiele się zmieni, Wiktoria pozostanie pierwsza, na drugie miejsce awansowała Serena Williams, Agnieszka Radwańska będzie czwarta za Marią Szarapową, ale wciąż przed Na Li.

Tenis męski, oprócz Novaka Djokovicia, miał jeszcze w Melbourne bohaterów w deblu. Bracia Bryanowie od soboty są parą, która wygrała najwięcej finałów w Wielkim Szlemie, łącznie z ostatnim 13.

– Fajnie stać się częścią historii sportu. Kiedyś o tym w ogóle nie myśleliśmy, teraz patrzymy wstecz i widzimy, jaka to niezwykła sprawa – mówił Mike Bryan.

Zaczęli tę podróż w 2003 roku, gdy w Paryżu na czerwonej mączce pokonali Paula Haarhuisa i Jewgienija Kafielnikowa. Potrzebowali 23 finałów, by stworzyć legendę. Kibice ich docenili – jeden przyszedł w koszulce Los Angeles Lakers z przekreśloną literą „T" w nazwisku Kobe Bryanta.

Australian Open 2013 przeszedł do historii. Znów pobił rekordy frekwencyjne, znów cieszył tych, którzy lubią słońce zimą. Gospodarze z dumą dodają, że jest teraz także najbogatszym z wielkoszlemowej czwórki i ta sława wcale nie musi trwać krótko, bo sponsorzy podpisali nowe kontrakty, a nazwa „Wielki Szlem Azji i Pacyfiku" pokazuje, skąd przychodzi długoletnie wsparcie.

FINAŁY

Mężczyźni: N. Djoković (Serbia, 1) – A. Murray (W. Brytania, 3) 6:7 (2-7), 7:6 (7-3), 6:3, 6:2.

Kobiety: W. Azarenka (Białoruś, 1) – Na Li (Chiny, 6) 4:6, 6:4, 6:3.

Debel mężczyzn: B. Bryan, M. Bryan (USA, 1) – R. Haase, I. Sijsling (Holandia) 6:3, 6:4.

Debel kobiet: S. Errani, R. Vinci (Włochy, 1) – A. Barty, C. Dellacqua (Australia) 6:2, 3:6, 6:2.

Mikst: J. Gajdosova, M. Ebden (Australia) – L. Hradecka, F. Cermak (Czechy) 6:3, 7:5.

Juniorzy: N. Kyrgios (Australia, 3) – T.  Kokkinakis (Australia) 7:6 (7-4), 6:3.

Juniorki: A. Konjuh (Chorwacja, 3) – K. Siniakova (Czechy, 2) 6:3, 6:4.