Warszawski Teatr Muzyczny ROMA, w którym musical „Waitress” grany jest od 30 maja b.r., zaserwował nam – jak zwykle – gorące, pełne emocji i smakowite danie. Tyle tylko, że „Waitress” to musical inny niż wszystkie. Tym razem na scenie nie ma wizualnych fajerwerków, nie ma spektakularnych efektów teatralnych, nie latają samoloty i nie spadają żyrandole – ale jest coś innego. Na plan pierwszy wysuwa się życiowa prawda i autentyzm postaci. Oto Jenna, kelnerka w niewielkiej restauracji gdzieś na amerykańskiej prowincji, z trudem radzi sobie z problemami, które są udziałem wielu kobiet na świecie. Po pierwsze: zazdrosny mąż-choleryk, brutal z rozbuchanym ego, traktujący swoją żonę jak służącą, która ma być na każde jego skinienie. Po drugie: bagaż traumatycznych doświadczeń wyniesionych z patologicznego domu rodzinnego. Po trzecie: niechciana ciąża. Po czwarte: ciągle za mało pieniędzy. Po piąte: niespodziewany romans… Na szczęście Jenna ma swój mały azyl, swoją pasję, która pozwala jej – wprawdzie tylko na krótkie chwile, ale dobre i to – uciekać od kłopotów. Ta pasja to pieczenie tart. Ale po takich chwilach zapomnienia i uśmiechu, powrót do rzeczywistości jest tym bardziej bolesny. Tym bardziej, że Jenna biernie czeka, aż jakaś bliżej nieokreślona siła jakoś załatwi za nią te wszystkie sprawy, z którymi musi się zmagać. Na szczęście – ma przyjaciółki i przyjaciół, którzy popychają ją do działania. W końcu więc bierze sprawy w swoje ręce i decyduje się na walkę o lepszą przyszłość – nie tylko dla siebie. Bo zaczyna wierzyć, że ma w sobie siłę. Ma tę moc.

            Musicalowa opowieść o Jennie powstała na podstawie filmu z 2007 roku pod tym samym tytułem (w Polsce nosił on tytuł „Kelnerka”). Jego scenarzystką i reżyserką była Adrienne Shelly, która również zagrała w nim rolę Dawn, jednej z przyjaciółek głównej bohaterki. Niedługo po zakończeniu zdjęć Shelly spotkał tragiczny los: została zamordowana w swoim nowojorskim mieszkaniu.

            Musical miał premierę na Broadwayu kilka lat po filmie. Libretto napisała Jessie Nelson, aktorka, scenarzystka i reżyserka, a muzykę i teksty piosenek stworzyła Sara Bareilles, kompozytorka i wokalistka wielokrotnie nominowana między innymi do nagród Tony i Grammy. Pierwszy raz przedstawienie pokazano w sierpniu 2015 roku, ale było to jeszcze poza Nowym Jorkiem, w American Repertory Theatre w Cambridge, w stanie Massachusetts. Wszystko zgodnie z amerykańskim zwyczajem: dzisiejszy przemysł musicalowy za oceanem to wielka machina, angażująca do każdego nowego tytułu setki, jeśli nie tysiące ludzi – i oczywiście ogromne pieniądze. Żaden producent nie chce ryzykować ich utraty na Broadwayu bez wcześniejszych pokazów przedpremierowych (a tak naprawdę „testowych”), które organizowane są gdzieś w mniejszych ośrodkach. A ponieważ przedstawienia „Waitress” w Cambridge okazały się sukcesem, musical przeniesiono na Broadway, do Brooks Atkinson Theatre (to tam odbyła się m.in. premiera „Rock of Ages” w 2009 roku). Oficjalna premiera, poprzedzona 33 pokazami przedpremierowymi, odbyła się 24 kwietnia 2016 roku. W głównej roli – choć nie w premierowej obsadzie – występowała m.in. właśnie Sara Bareilles.

            „Waitress” pojawia się w Polsce bardzo szybko, zaledwie 5 lat po broadwayowskiej premierze. To chyba rekord, jeśli chodzi o tempo sprowadzenia współczesnego amerykańskiego musicalu na scenę Teatru Muzycznego ROMA. Tym bardziej, że chodzi o tytuł, który w Nowym Jorku cieszył się dużym powodzeniem i grany był do początku 2020 roku. Jessica Dershowitz w „Entertainment Weekly” napisała: „Bareilles stworzyła optymistyczną, melodyjną muzykę, rezonującą popowymi dźwiękami, z których jest znana.” Z kolei w recenzji dla NBC New York Robert Kahn zauważył, że musical „fantastycznie pokazuje odcienie szarości w stosunkach międzyludzkich”. A David Cote w „Time Out” nie mógł się powstrzymać przed kulinarną metaforą: stwierdził, że tytuł jest „świeży i przepyszny, ma doskonałą proporcję słodyczy do tarty”.

            W Teatrze Muzycznym ROMA oglądamy – jak zawsze – wersję non-replica, to znaczy taką, która nie powtarza rozwiązań inscenizacyjnych z Broadwayu, czy West Endu. Mamy tu do czynienia z rodzimymi, oryginalnymi pomysłami Wojciecha Kępczyńskiego (reżyseria), Mariusza Napierały (scenografia), Anny Waś (kostiumy) i Agnieszki Brańskiej (choreografia). Przedstawienie grane jest oczywiście po polsku w przekładzie Michała Wojnarowskiego. Wszyscy ci realizatorzy pracowali już w TM ROMA przy takich tytułach jak „Aida”, „Piloci”, „Mamma Mia!” czy „Once”. Tutaj także stworzyli przedstawienie, które porusza swoją głębią, budzi emocje i nie pozostawia widza obojętnym.

            Nie byłoby jednak takiej inscenizacji, gdyby nie aktorzy. Choć – jak to zwykle bywa w Romie –  każda rola ma podwójną albo czasem potrójną obsadę (przy pojedynczej granie kilka razy w tygodniu byłoby raczej niemożliwe), to nie ma znaczenia, na którą aktorkę albo aktora trafi akurat widz. Wszyscy artyści śpiewają koncertowo. Ale nie tylko na wokalu, ale również (a może przede wszystkim) na aktorskim kunszcie opiera się to przedstawienie. Główne role w Romie grają m.in. Agnieszka Przekupień, Zofia Nowakowska i Monika Walter (Jenna), Ewa Kłosowicz, Anastazja Simińska i Maria Juźwin (Dawn), Sylwia Różycka, Agata Walczak i Izabela Bujniewicz (Becky) oraz Marcin Franc, Janek Traczyk i Robert Kampa (dr Pomatter). Cały zespół wokalno-aktorski w tym spektaklu liczy ponad 30 artystów, którym towarzyszy grająca na żywo orkiestra pod dyrekcją Jakuba Lubowicza.

            Najbardziej znaną piosenką z „Waitress” jest solowy numer „Miałam jej twarz” („She Used to Be Mine”), ale nie jest to zwykły popowy przebój, jaki nucilibyśmy przy wyjściu z teatru – bo też nie o to tutaj chodzi. Ta piosenka to przede wszystkim ogromny ładunek emocjonalny, jaki w chwili największego stresu, po dramatycznej kłótni z mężem, ma do przekazania główna bohaterka. To punkt zwrotny w musicalu: w tym momencie Jenna patrzy na swoją przeszłość i podejmuje ostateczną decyzję, że przestanie wreszcie być tylko bierną obserwatorką swojego losu, przestanie bezrefleksyjnie przyjmować ciosy, jakie nieustannie wymierza jej życie – i coś zmieni w swoim życiu. Piosenka śpiewana jest przez Jennę na prawie pustej, ciemnej scenie. Tylko punktowy reflektor wydobywa z mroku jej twarz i sylwetkę. To wręcz pamiętny moment, który zawsze na wszystkich chyba widzach robi wrażenie... Nic dziwnego, że na każdym spektaklu brawurowe wykonanie tej piosenki wywołuje gromkie brawa na widowni.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

            Wydawałoby się, że „Waitress” kończy się happy endem. Rzeczywiście, jest na finał radosna, zespołowa piosenka – i wydaje się, że wszystkie problemy Jenny są już przeszłością. Ale gdyby rzeczywiście tak było, ładunek dramatyczny tego przedstawienia byłby znacznie osłabiony. Jeśli zastanowimy się nad jego całościową wymową, to zrozumiemy, że to szczęśliwe zakończenie jest doprawione goryczą. Jak w życiu – nic nie jest tylko czarne i nic nie jest tylko białe. Gdzieś pomiędzy mamy wiele odcieni szarości. I o tym też jest to przedstawienie.

            W TM ROMA musical „Waitress” grany jest kilka razy w tygodniu (z przerwą w okresie świąt Bożego Narodzenia), także nikt, kto zechce go zobaczyć, nie powinien mieć problemu z doborem odpowiedniego terminu. To także typowe dla TM ROMA – wystawianie tylko jednego tytułu na Dużej Scenie tak długo, jak utrzymuje się zainteresowanie widzów. A jak dotąd jest ono niemałe, o czym świadczy fakt, że na scenie przy ulicy Nowogrodzkiej zagrano już ponad 100 przedstawień, a bilety na kolejne są już w sprzedaży.

„WAITRESS”

Libretto: Jessie Nelson                                             

Muzyka i teksty piosenek: Sara Bareilles

Na podstawie filmu według scenariusza Adrienne Shelly

Premiera w TM ROMA: 30 maja 2021

Materiał Promocyjny