W centrum stolicy słychać było podczas weekendu strzały i eksplozje. Wojsko postanowiło spacyfikować obóz demonstrantów, tzw. czerwonych koszul, którzy schowani za dwumetrowymi zasiekami z drutu kolczastego i opon od sześciu tygodni okupowali handlowe centrum stolicy. Demonstranci odpowiedzieli koktajlami Mołotowa, kamieniami, rakietami domowej roboty, granatami, a także strzałami z broni palnej. Zaczęła się regularna wojna.

– Żołnierze mają prawo otworzyć ogień do demonstrantów, jeśli ci zbliżą się na odległość mniejszą niż 120 stóp (36 metrów – red.) – ostrzegał rzecznik armii. Jak twierdzą świadkowie, wojsko strzelało jednak nie tylko w obronie własnej. Kula snajpera miała trafić w głowę przypadkowego przechodnia.

W szpitalu w Bangkoku zmarł dziś rano generał Seh Daeng. Tego stratega wojskowego opozycjonistów kilka dni temu postrzelił w głowę snajper. Generał zawieszony w obowiązkach od stycznia, nie ukrywał w ostatnich dniach, że nie akceptuje rządowego planu wyjścia z kryzysu. Zaczął popierać "czerwone koszule". Zarzucano mu dowodzenie oddziałami paramilitarnymi opozycji. Postrzelono go w czwartek w czasie rozmowy na barykadach z zagraniczną prasą.

W trwających od czwartku walkach zginęło 36 osób, w tym dwóch pracowników pogotowia. Wśród blisko 250 rannych jest pięciu dziennikarzy, którzy zostali postrzeleni.

– Wzywamy rząd do zaprzestania ognia i wycofania wojsk. Jesteśmy gotowi natychmiast podjąć negocjacje. Nie chcemy więcej ofiar – apelował jeden z przywódców demonstrantów Nattawut Saikai. Jego zdaniem w rozmowach pośredniczyć powinna ONZ. Rząd jednak nie zamierza ustąpić. – Nie możemy się teraz wycofać – powiedział premier Abhisit Vejjajiva w telewizyjnym wystąpieniu.

„Czerwone koszule” to przedstawiciele uboższych warstw społeczeństwa, głównie mieszkańcy wsi, którzy popierają obalonego w 2006 roku premiera Thaksina Shinawatrę. Populistyczny polityk został zmuszony do rezygnacji po masowych protestach przedstawicieli klasy średniej – tzw. żółtych koszul. W 2008 roku władzę przejął popierany przez armię Abhisit Vejjajiva. Demonstranci domagają się jego natychmiastowego ustąpienia i rozpisania nowych wyborów. Początkowo władze próbowały stłumić protesty, ale w końcu zaproponowały wybory w listopadzie. Demonstranci odrzucili jednak ofertę. Dalsze negocjacje utrudniał postawiony przez nich warunek pociągnięcia do odpowiedzialności wicepremiera, którego oskarżają o brutalne stłumienie wcześniejszych manifestacji.

– Nawet gdyby rząd spełnił warunki, to natychmiastowe wybory nie mają sensu. Niezależnie od tego, kto by wygrał, wybuchłyby nowe protesty. Emocje są tak wielkie, że potrzeba kilku miesięcy na uspokojenie sytuacji – mówi „Rz” Paeadee Tonguthai z Uniwersytetu Thammasat w Bangkoku.

Jej zdaniem zwycięstwo polityków popieranych przez demonstrantów oznaczałoby no- we demonstracje „żółtych koszul”.

W Tajlandii w ciągu ostatnich 80 lat wojsko 18 razy próbowało przejmować władzę. Sytuacje kryzysowe wielokrotnie pomagał rozwiązywać cieszący się wielkim szacunkiem król Bhumibol Adulyadel. 82-letni monarcha jest jednak już zbyt schorowany, a jego syn nie jest poważany przez Tajów. Eksperci są zgodni, że kraj pilnie potrzebuje reform społeczno-politycznych. – Biedniejsze warstwy społeczne mają prawo się czuć wykluczone, ale przywódcy „czerwonych koszul” zachowują się skrajnie nieodpowiedzialnie. Odrzucili ofertę kompromisu, a teraz manipulują demonstrantami i narażają życie kobiet i dzieci, które były w ich obozie – dodaje pani Tonguthai.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Część demonstrantów szukała wczoraj schronienia w buddyjskich świątyniach, ale pięć tysięcy osób było gotowych stawić czoło armii. W centrum miasta pozamykano wiele sklepów, hoteli i ambasad. Niektórzy mieszkańcy próbowali uciekać z rejonu walk, inni zabarykadowali się w domach i wychodzą tylko, by uzupełnić zapasy.

– Nie wiemy, jak długo to potrwa. Robię zapasy na cały tydzień – mówiła stojąca w kolejce do supermarketu Panna Srisuwan.

– Albo rząd skutecznie się rozprawi z protestami, albo będziemy świadkami wojny partyzanckiej, która rozleje się na inne dzielnice miasta – powiedział agencji Reutera jeden z zachodnich dyplomatów w Bankgkoku.