Ten zjazd to byłoby za duże ryzyko?

Bezpieczny powrót jest zawsze priorytetem na naszych wyprawach. Działamy zgodnie z procedurami. Ale nie jest tak, że pojechaliśmy tam i przez sześć tygodni siedzieliśmy w bazie. Dobrze się bawiliśmy i nie czuję się, jakbym stracił miesiąc życia. W tym sezonie nikt nie wszedł na ośmiotysięcznik. Także na dużo niższych szczytach warunki były bardzo trudne. Było wiele wypadków spowodowanych tym, że ludzie nie potrafili w odpowiednich momentach podejmować właściwych decyzji. Patrząc na to wszystko, jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi, że tak się to skończyło.

Chciałoby się jednak wejść i zjechać, gdy już siedzi się pod górą. Była pokusa, żeby trochę nagiąć procedury?

Mam za dużo lat i doświadczenia, żeby się na to decydować. Wiem, jakie są konsekwencje. Można robić fajne i wyjątkowe rzeczy, jeśli wszystkie puzzle ułożą się w całość. Czasami tak się dzieje, ale niekiedy brakuje trochę szczęścia i trzeba to wpisać w tego typu działalność.

Czytaj więcej

Andrzej Bargiel rusza z własną marką. Na początek – narty

Co się dzieje z pogodą w górach wysokich?

Ocieplenie klimatu mocno postępuje. Klimat się zmienia, co wpływa na to, jak układają się sezony. Zmieniają się okna pogodowe, które kiedyś były najlepsze do wspinaczki. Nie można się nawet opierać na zasadach, które funkcjonowały wcześniej, i to jest problem. Pojechaliśmy celowo jesienią, bo wtedy w Himalajach jest już po monsunie, w trakcie którego pada śnieg i warunki do uprawiania narciarstwa są lepsze. Byliśmy tam jedyną wyprawą, co z kolei pokazuje, że to nie jest optymalny sezon do wchodzenia na ośmiotysięczniki. Trudno jest znaleźć logikę, prawidłowość pogody. Musimy to obserwować, analizować. To będzie miało wpływ na nasze decyzje w przyszłości.

Jak wyglądały przygotowania jeszcze w Polsce?

Zadbałem o przygotowanie fizyczne. Wiedziałem, że na miejscu będę musiał wykonać pracę, poznać górę, linię zjazdu. Mam na tyle doświadczenia, że nie muszę przyzwyczajać się do spania wysoko ani spać podczas przygotowań w namiotach hipoksyjnych. Niestety, warunki nas powstrzymywały, bo było duże zagrożenie lawinowe, a lawiny są naprawdę duże. Mogłoby zasypać cały hotel, w którym teraz rozmawiamy. Myślałem, że w końcówce monsunu się zaaklimatyzujemy i zaraz, kiedy pojawi się pierwsze okno, to spróbujemy zaatakować. Nic więcej nie byliśmy w stanie zrobić. I tak działaliśmy szybko, żeby oszczędzać czas. Niestety, nic to nie dało.

Co wam najbardziej utrudniało działanie?

Dużo zamieszania powodował lodowiec, który się rozsypywał. Jednego dnia była szczelina na dwa metry, a następnego dnia zionęła dziura na 30 metrów. Często musieliśmy chodzić związani liną i to też było trudne. Lodowiec pękał, więc ciągle trzeba było na nowo wytyczać drogę.

Baliście się, że pęknie w trakcie przejścia?

Jeśli dbasz, żeby iść o odpowiedniej porze, to prawie nie ma takiego zagrożenia. W ciągu dnia lodowiec się topi, woda dostaje się w szczeliny, nocą to się ścina i rozsadza lodowiec. Jeżeli trzymasz się procedur, to niebezpieczeństwo, że coś złego się wydarzy, jest niewielkie. Trzeba jednak pilnować, by wyruszyć w odpowiednim czasie.

Linię zjazdu wytyczał pan podczas wspinaczki na osiem tysięcy metrów, bez tlenu. Bał się pan, że coś przeoczy?

To nie było takie skomplikowane. Fragmenty wspinaczki są bardzo charakterystyczne i można sobie poradzić. Kierowcy rajdowi zapamiętują odcinki specjalne po jednym przejeździe, a tam się wszystko dzieje bardzo szybko.

Uskok Hillary’ego stanowił największą trudność?

To było wyzwanie, bo uskok jest bardzo wysoko i jest to jedno z trudniejszych miejsc. O tej porze był jednak zasypany. Widziałem go i wyglądało, że można z niego zjechać. Jesienią śniegu na grani jest naprawdę dużo.

Można sobie pomóc filmikami nagranymi przez inne wyprawy czy warunki jednak się szybko zmieniają?

Zmieniają się bardzo szybko. Zresztą nie ma wcale tak dużo materiałów z prób zjazdów z Mount Everestu. Kilka osób próbowało, a tylko Słoweniec Davor Karnicar dał radę. Ale jeśli się tym zajmujesz od dawna, to wiesz, jak sobie poradzić. Nie musisz sobie wszystkiego wizualizować.

Ile czasu dawał pan sobie na atak?

Zakładałem, że jak ruszę z Przełęczy Południowej, to po około ośmiu godzinach będę w stanie znaleźć się na szczycie. Do tego trzeba dodać jeszcze trzy godziny na jazdę w dół. Plan był taki, żeby o czwartej rano startować, więc około południa, może godzinę później, byłbym na szczycie. To dawało wystarczający zapas czasu.

Mówił pan, że coraz trudniej o dobrych Szerpów...

To będzie problem dla środowiska wspinaczy. Przy tak dużej skali pojawia się kłopot z wykwalifikowanymi ludźmi. Młodzież nie jest skora do ciężkiej pracy, a ten zawód to praca bardzo ciężka. Kiedyś Szerpowie mieszkali w górach, w wioskach, a teraz wszyscy uciekają do Katmandu. Są fizycznie zmęczeni, idą z tobą, ale czasem to ty musisz im gotować. Janusz Gołąb (polski alpinista i himalaista, pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięcznika Gaszerbrum I – przyp. red.) po próbie ataku musiał im dać jeść, bo nie byli w stanie zejść na dół. Kiedy rozmawiam z właścicielami firm organizujących wyprawy, to słyszę, że mają kłopot z pracownikami. Dawniej Szerpowie pomagali wyprawom, bo nie mieli wyjścia, a teraz mogą iść do innej pracy. I bardzo dobrze. Wiele wejść komercyjnych opiera się na tym, że Szerpowie wnoszą na plecach ludzi z Europy czy USA.

Jakie ma pan plany na przyszłość?

Chcę poświęcić czas rodzinie, kończę też wysokogórski kurs przewodnicki, a ciągle brakuje mi na to czasu. Nie zaliczą mi tutaj moich wypraw (śmiech). Chciałbym też podyżurować trochę w TOPR (Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe – przyp. red), bo przez ostatnie lata poświęcałem na to mało czasu.

Cele sportowe?

W tym roku pewnie już nic nie uda się zrobić. Zimą będę przygotował się do kolejnych wyzwań. Chcę pojechać do Japonii i USA na free ride, są tam do tego dobre warunki.