Mohammed bin Salman chyba uwierzył, że pieniądze to jedyna granica oddzielająca marzenia od rzeczywistości. Nawet zimę można kupić, wszystko jest kwestią ceny.

Książę koronny i następca saudyjskiego tronu gościł już na pustyni Rajd Dakar, wyścig Formuły 1, piłkarskie Superpuchary Hiszpanii i Włoch oraz bokserską walkę Andy’ego Ruiza z Anthonym Joshuą, a wiosną państwowy fundusz inwestycyjny, którym nieformalnie zarządza, kupił Newcastle United.

Retusz wizerunku przy pomocy sportu – według szacunków „Grant Liberty” – kosztował już saudyjskie państwo 1,5 mld dolarów, ale to dopiero początek.

Człowiek, który wpuścił kobiety za kierownicę, pozwolił na muzykę w restauracjach i premierą marvelowskiej „Czarnej Pantery” po latach otworzył saudyjskie kina, ale jednocześnie prowadzi wojnę w Jemenie, nazywaną przez Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ) największą współczesną katastrofą humanitarną, i ma na rękach krew poćwiartowanego opozycyjnego dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego, ma jednak apetyt więcej.

Jak wygląda jutro

Syn uciekający z cienia konsumującego rodzinną fortunę ojca wymarzył sobie igrzyska. Na razie zorganizuje te azjatyckie, ale za to zimowe, choć pochodzi z kraju, gdzie śnieg pada rzadko.

Arabia Saudyjska zaplanowaną na 2029 rok imprezę ugości w nieistniejącym jeszcze kurorcie Trojena, który będzie częścią położonego pośrodku pustyni miasta przyszłości – Neomu.

Materiał prezentujący miejsce organizacji imprezy faktycznie przypomina futurystyczne wizje z klasyki science fiction. Chyba właśnie tak może wyglądać przyszłość. Saudyjska wizja ma oczywiście swoją cenę: 500 miliardów dolarów.

To będą pierwsze zimowe igrzyska azjatyckie od 2017 roku. 12-letnią wyrwę w kalendarzu wywołał brak chętnych do organizacji imprezy.

Zimowe igrzyska jednocześnie premierowo odbędą się w Azji Wschodniej (wcześniej gospodarzami byli Japończycy, Chińczycy, Koreańczycy oraz Kazachowie), i to od razu w kraju, gdzie – z wyjątkiem najwyższych partii gór Sarawat – temperatura nie spada poniżej 8 stopni. Nie przeszkodziło to Olimpijskiej Radzie Azji (OCA) jednogłośnie zatwierdzić propozycję – kontrkandydatów nie było.

Sen o Trojenie ma nabrać realnych kształtów w ciągu czterech lat. Jego oferta obejmie nie tylko stoki narciarskie, ale także sztuczne jezioro oraz rezerwat przyrody.

Zimowy sezon w Neomie miałby trwać od grudnia do marca. Wszystko będzie się działo w północno-zachodniej części królestwa, 50 km od Zatoki Akaba, gdzie średnia roczna temperatura – według oficjalnej strony internetowej projektu – jest nawet 10 stopni niższa niż w pozostałej części kraju, ale wciąż utrzymuje się znacznie powyżej zera.

– Chcemy przedefiniować turystykę górską, tworząc miejsce oparte na zasadach ekologii oraz ochrony środowiska – przekonuje Bin Salman, ale nie zdradza, jaki ślad węglowy mają jego marzenia.

Rozgrywka o wpływy

Projekt Neom to jego dziecko, książę wymarzył sobie nową Arabię. Bin Salman, przejmując kilka lat temu faktyczną władzę, nie tylko postawił się wyznawcom wahabizmu, czyli ultrakonserwatywnej odmiany islamu, i rozsadził establishment, zamykając w hotelu-więzieniu setki biznesmenów oraz polityków, ale także nauczył się słuchać mądrzejszych.

Zatrudnił więc zastępy doradców, którzy wypracowali „Wizję 2030” – projekt reform mających na celu uniezależnienie saudyjskiej gospodarki od ropy i gazu.

Autor książki „The Turbulent World of Middle East Soccer” James M. Dorsey uważa, że Bin Salman nie odkryłby w sobie miłości do sportu, gdyby nie sukcesy Kataru, który od wielu lat gości wielkie, międzynarodowe imprezy. To właśnie ten maleńki kraj rozpoczął wyścig, w którym jeszcze ważniejsza od polerowania wizerunku (sportwashing) jest budowa politycznej soft power.

– Saudyjczycy chcą być postrzegani jako najważniejsze państwo Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza serce Zatoki Perskiej. Także jeśli chodzi o sport – zauważa Dorsey na łamach „The Times”.

Przeprogramowanie powiązanych z królewstwem Saudów skojarzeń to dodatkowy zysk. Nie brakuje bowiem głosów, że utopijne wizje i prozachodnie ruchy są wciąż jedynie fasadą dla autorytarnej polityki, czego najlepiej dowodzą konflikt w Jemenie i morderstwo Chaszukdżiego.

Nowy strumień

Sam pomysł zimowych igrzysk w warunkach bliskich kanikule nie jest wcale oderwany od rzeczywistości. Rosjanie już w 2014 roku zaprosili olimpijczyków do Soczi, czyli największego letniego kurortu, a tegoroczne igrzyska – w Pekinie – zorganizowano dzięki systemowi wodociągów oraz zwałom sztucznego śniegu w miejscu słynącym z suchych zim, położonym niespełna 200 km od pustyni Gobi.

Tamtejsze reżimy na zyskach płynących z organizacji wielkich imprez poznały się już dawno. Gazprom, aż do zbrojnej napaści na Ukrainę, był głównym sponsorem europejskiej piłki. Pekin zaś został pierwszym miastem, które ugościło zarówno igrzyska letnie, jak i zimowe.

Rosjanie i Chińczycy swoje zaangażowanie obliczyli jednak raczej na zyski wewnętrzne, ugruntowanie pozycji władzy w oczach obywateli. Kraje Zatoki Perskiej patrzą szerzej. Także w przyszłość, redefiniując pozycję swoich krajów, które nie chcą być tylko naftowymi potęgami, ale także stolicami biznesu, a może i turystyki. Organizacja zimowych igrzysk przez Saudyjczyków to kolejny dowód, że świat sportu skręca na Wschód, podążając za zapachem pieniądza. Bolidy F1 odwiedziły lub odwiedzą w tym sezonie Bahrajn, Arabię Saudyjską oraz Abu Zabi. Kwestią czasu jest arabska wiosna w Lidze Mistrzów, skoro w budżetach Manchesteru City, Paris Saint-Germain i Newcastle United płyną petrodolary, a Katar za chwilę ugości piłkarski mundial, czyli największe – obok letnich igrzysk olimpijskich – sportowe wydarzenie na świecie.

Ta ostatnia impreza jest zwieńczeniem wielu lat inwestycji w sport. Katarczycy byli pionierami: ekspansję zaczęli od kolarstwa, bo emira podobno zachwycił kolorowy peleton Tour de France, a dziś marzą im się nawet letnie igrzyska.

Saudyjczycy także pragną więcej, myślą o mundialu. Chcą go zorganizować z Egiptem oraz Grecją – taka konstrukcja geograficzna mistrzostw świata tylko z pozoru brzmi zaskakująco, skoro w 2026 roku międzynarodowa federacja piłkarska rozrzuci 48 drużyn po stadionach położonych w USA, Meksyku oraz Kanadzie.

Projekt nie jest misją niemożliwą, zwłaszcza że Bin Salman ma dobre relacje z szefującym FIFA Giannim Infantino, czyli mieszkańcem Dauhy, znanym przyjacielem satrapów, zwłaszcza Władimira Putina.

Wybór gospodarza imprezy, która rozegra się w setną rocznicę pierwszego mundialu, będzie intrygujący, skoro plan starań o jej organizację potwierdziły Maroko oraz dwie koalicje: południowoamerykańska (Urugwaj, Argentyna, Paragwaj, Chile) i europejska (Hiszpania, Portugalia, Ukraina), a wśród zainteresowanych są podobno także Bahrajn czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.

To kolejny dowód, że geografia wielkiego sportu staje się coraz bardziej egzotyczna. Światowe imprezy podążają dziś za strumieniem pieniędzy, który na Zachodzie wysycha, a przykład saudyjskich igrzysk pokazuje, że wycenić można wszystko – nawet zimę.