Polacy w pierwszych czterech startach nie zdobyli nawet punktu, obie sztafety zostały zdublowane. Dlaczego nasza reprezentacja zaczęła sezon olimpijski tak słabo?

Informacje, która docierają z kadry, są szczątkowe. Efekt jest taki, że jako komentator Eurosportu podczas transmisji mogę opowiedzieć o zawodnikach innych reprezentacji więcej niż o naszych. Obecne wyniki są efektem tego, co działo się wokół kadry w ostatnich latach. Częste zmiany trenerów nigdy nie wpływają dobrze na zawodników, zwłaszcza młodych. Trudno wówczas o stabilność. Każdy szkoleniowiec ma inne pomysły i rozwiązania.

Czytaj więcej

Puchar Świata w biatlonie. Polki tylko statystują

Zdziwiło pana, że latem Michael Greis przestał być trenerem kadry kobiet?

Niemiec nie jest łatwym człowiekiem, jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie. Zawodniczki same mówiły, że współpraca z Greisem nie układała się najlepiej. Trenera, który ma trudny charakter, mogą obronić jedynie wyniki. Tylko wtedy zawodniczki są w stanie mu zaufać i wspólnie przetrwać trudny sezon. Teraz wyników nie było.

Monika Hojnisz-Staręga mówiła „Rzeczpospolitej”, że zmiana trenera była decyzją zawodniczek. To normalne?

Takie sytuacje zdarzały się już w przeszłości. Właśnie za sprawą zawodniczek z kadrą pożegnał się kiedyś Adam Kołodziejczyk. Uczestniczyłem w tamtych rozmowach i wcale się nie dziwiłem. To była trudna współpraca, oparta na negatywnych emocjach. Wybór trenera dla kobiet to wymagające zadanie. Jednak kiedy obie strony nadają na tych samych falach, to 100-procentowe zaufanie rodzi się bardzo szybko. Sam to przeżyłem, prowadząc kadrę młodzieżową.

Nie ma Greisa, jest znów Kołodziejczyk. Kiedyś opuścił kadrę, bo tak chciały zawodniczki, ale to on w ostatnich latach stemplował największe sukcesy Polek. Wracamy do sprawdzonych wzorców?

Czytaj więcej

Monika Hojnisz-Staręga: Buzia się śmieje

Wybór trenera dla kobiet to wymagające zadanie. Jednak kiedy obie strony nadają na tych samych falach, to 100-procentowe zaufanie rodzi się bardzo szybko

Trener Kołodziejczyk na pewno jest dziś człowiekiem dojrzalszym. Może wyciągnął wnioski z przeszłości. Dziewczyny za jego kadencji zdobywały medale, ale sukcesy były także pokłosiem pracy poprzedników, zwłaszcza Nadii Biełowej. Chwała Kołodziejczykowi, że potrafił wykorzystać bazę, którą zbudowała. Greis też wykonał dużą pracę. Pozostaje liczyć, że Kołodziejczyk znów ją wykorzysta. Sam chciałbym mówić podczas transmisji wyłącznie o sukcesach.

Biełowa po igrzyskach w Pjongczangu wróciła do pracy z reprezentacją, ale kwestie zdrowotne zmusiły ją do rezygnacji. To był początek problemów?

Kochała swoją pracę, świetnie dogadywała się z zawodniczkami. Początkowo planowała roczną przerwę, żeby zadbać o zdrowie. Niestety – już nie wróciła. Efekt jest taki, że zawodniczki w ciągu ostatnich czterech lat pracowały pod okiem trenerów reprezentujących zupełnie inne szkoły: norweską, rosyjską, niemiecką i wreszcie polską.

Jaka jest różnica?

Biełowa pracuje podobnie jak Aleksander Wierietielny. To stara rosyjska szkoła, gdzie trzeba zrobić wytrzymałość. Sporo czasu zajmują treningi na sucho, z karabinem. Norwegowie – podczas poprzednich igrzysk Polki prowadził Tobias Torgersen – też bazują na wytrzymałości, ale budują ją inaczej. Przyglądają się wynikom badań, kontrolują organizm. Różnice często dotyczą też objętości czy kolejności treningów. Podczas kariery zawodniczej miałem sezon, kiedy przygotowywałem się sam. Obserwowałem wówczas innych zawodników, poznawałem różne szkoły.

Później była praca z kadrą seniorów i reprezentacją młodzieżową. Planuje pan jeszcze powrót do roli trenera?

Musiałoby się trochę w Polskim Związku Biatlonu zmienić. Są tam osoby, które zardzewiały na swoich stanowiskach. Kierują się utartymi schematami, trudno wprowadzić nowe pomysły. Biuro działa świetnie, organizacja jest bez zarzutu, ale szkolenie? Uważam, że potrzeba tam ludzi, którzy chcą słuchać i nie boją się pewnych rzeczy usłyszeć. Pamiętam, że jako zawodnik czasem sprzeczałem się z prezesem Zbigniewem Waśkiewiczem. Mówił mi: „Tomek, poczekaj, aż skończysz karierę, przejdziesz na drugą stronę”. Zrobiłem to i zobaczyłem wszystko z innej perspektywy. Dziś wiem, że głową muru nie przebiję.

Waśkiewicz jest w tej sytuacji hamulcowym, czy ma dobre pomysły, ale zderza się ze ścianą?

Wiem z doświadczenia, że początki sezonu w Oestersund bywają trudne

Jego pierwsza kadencja była bardzo dobra. Wyprowadził organizację na prostą z trudnej sytuacji finansowej, sprawdził się jako menedżer. Dziś trudno mi oceniać jego pracę. Nie potrzebujemy już menedżera, bo pieniądze są. Przyszedł czas na zmiany w szkoleniu.

Nasza największa nadzieja to fakt, że gorzej już być nie może?

Wiem z doświadczenia, że początki sezonu w Oestersund bywają trudne. Jako zawodnik po nieudanym starcie też wypatrywałem kolejnego – w Hochfilzen – jako nadziei na odbicie się od dna. Zazwyczaj się udawało. Tamtejsze trasy, które zawodnicy odwiedzą w najbliższy weekend, są zupełnie inne. One dadzą odpowiedź na pytania o formę Polaków.

Co z igrzyskami w Pekinie?

Sport wymaga cierpliwości. Sam kiedyś opowiadałem: „Co tam grudzień, formę trzeba mieć w lutym, na imprezę docelową”, ale to była raczej wymówka dla dziennikarzy. Medale olimpijskie zazwyczaj zdobywają ci, którzy pokazywali formę w Pucharze Świata. Na razie nie ma powodów do budowania oczekiwań, ale bardzo wierzę w naszych zawodników.

Pierwsze starty tej zimy to zwiastun końca norweskiej dominacji?

Zawodnicy z różnych krajów mieszają się na podium, dominacja jednego czy dwóch krajów najwyraźniej dobiega w naszym sporcie końca. To świetne wieści. Wracamy do biatlonu sprzed lat.