Relacja z Pjongczangu

Jej plany spełniają się niemal zawsze. Na szyi Norweżki zawisł 15. medal igrzysk. W Pjongczangu poprawiła bilans o pięć krążków – dwa złote, dwa brązowe, jeden srebrny. Jak startowała, to stała na podium.

Na 30 km po prostu ustawiła się w pierwszej linii i dobiegła pierwsza do mety, jak na królową nart przystało. Nie napotkała żadnych komplikacji.

Pogoda na finał igrzysk była jak marzenie, miłe popołudniowe słońce, żadnych zamieci, wichur i mrozu, po prostu kolorowa pocztówka z Korei.

Przyszła mistrzyni rozgrzawszy się po paru podbiegach, raz i drugi przetestowała moc rywalek. I już wiedziała, że da radę. Układ sił z przodu był tradycyjny: cztery Norweżki, dwie Finki, dwie Amerykanki, dwie Szwedki i Austriaczka Teresa Stadlober na dokładkę.

Pięć kilometrów po starcie upadła Jessica Diggins, dzielnie goniła, ale mniej więcej wtedy Bjoergen przyspieszyła i pościg stał się daremny. Dwa kilometry dalej tempo liderki zaczęło być za mocne nawet dla rodaczek: Heidi Weng i Ragnhild Hagi. Dla Justyny Kowalczyk też.

Od dziewiątego kilometra Bjoergen biegła sama, za nią zaczęła się walka o pozostałe medale, której, o dziwo, nie wytrzymała Charlotte Kalla, zastąpiła ją Stina Nilsson, która potrafiła dorównać tempu Ingvild Flugstadt Oestberg.

Kowalczyk nie spadła daleko, w drugiej połowie dystansu trzymała się już mocno 12.–15. miejsca i tak dobiegła do mety.

To był, licząc z eliminacjami, siódmy start Justyny Kowalczyk na trasach ośrodka Alpensia koło Pjongczangu. Zaczęła od 17. miejsca w biegu łączonym, skończyła na 14. pozycji na królewskim dystansie, gdzie nadzieja na lepszy wynik tliła się tylko z powodu chwalebnej przeszłości. Wkrótce pobiegnie jeszcze w klasycznych maratonach, a co będzie przyszłej zimy – poczekajmy na decyzję kilka tygodni.

Wicemistrzynią igrzysk została Krista Pärmäkoski, być drugą po Bjoergen też znaczy niemało, Finka jest młodsza o dekadę i może doczeka złota. Trzecia Nilsson – zapowiedzi, że Szwedka chce zdobyć Puchar Świata nie tylko w sprincie, mają podstawy.

Spłakana mistrzyni (15. medal wzruszył ją jak pierwszy), także perfekcyjna norweska matka, podobnie jak Justyna Kowalczyk, nie sprecyzowała planów na ciąg dalszy kariery.

– Na razie chcę się cieszyć i wrócić do synka. Pomyślę po sezonie – powtarzała norweskim dziennikarzom. W Norwegii radość, bo nie powiedziała, że to koniec. W Austrii płacz, bo Teresa Stadlober pomyliła trasę i straciła wielką szansę na medal. Na metę wpadła dziewiąta.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: k.rawa@rp.pl