Relacja z Pjongczangu

Kto lubi hałaśliwą, kolorową i jaskrawą, bardzo ostrą lub bardzo słodką Azję, miał na tych igrzyskach ucztę dla zmysłów. W halach bębenki bolały, w Parkach Olimpijskich bolały oczy, światło i dźwięk podawano wedle zasady: więcej znaczy lepiej.

W Gangneung Hockey Centre niemal wszystko było jak w NHL: amerykański spiker, który potężnym barytonem ogłasza wymiar kary, cztery wielkie ekrany pod sufitem (z obowiązkową zabawą w całowanie par wskazanych przez kamerzystę), hałaśliwe przygrywki w przerwach i czwórka dziewczyn w mini z zespołu „Cosmic Girls" prężąca się na małej scenie bez widocznego powodu. Tylko hokeiści nie byli z NHL.

Półki jak tęcza

Kontrasty były wszędzie. Dudniąca cisza obiektów chwilę po zawodach albo hałas, jaki prowadzący konkurencje DJ-e wpychali nam do uszu nawet podczas curlingu.

Były to także igrzyska przenikającego do kości mrozu oraz upału przegrzanych autobusów. Autobusy to osobna historia – ludzie mediów spędzają w nich połowę czasu pracy. Rozpalone jak hutnicze piece, miały swój urok, gdy wchodziło się do wnętrza po paru godzinach spędzonych pod skocznią. Pierwsze dziesięć sekund to raj, potem czyściec, od piekła chroniło błyskawiczne zrzucanie kurtek.

Oglądanie widoków przez szybę odpadało. Po minucie para na szybie zasłaniała Koreę nieprzejrzystą firanką. Zostawało wnętrze, bo pojazdy oddawały zamiłowanie Koreańczyków do zdobnictwa.

Kolorowa sztuczna skóra siedzeń, jedwabne i pluszowe zasłonki z frędzlami, sztuczny mahoń poręczy albo imitacja dębowej klepki na podłodze. Do tego świecące w ostrych żółciach, fioletach, błękitach i czerwieniach linie na suficie i półki bagażowe migające jak tęcza. I jeszcze czajnik z gorącą wodą na szafce obok kierowcy, jego dwa garnitury w folii na podręcznym wieszaku, setka figurek, przywieszek i bóg wie, czego na konsoli i nad głową.

Były też telewizory na przedniej szybie, co najmniej 40 cali. Czasem szły w nich zawody olimpijskie, czasem film, odrobina szczęścia i można było zobaczyć „Eddiego zwanego Orłem" z koreańskimi napisami.

Rytm podróży każdy poznał już drugiego dnia: przejazd do miejsca zawodów z węzła pod wioską medialną trwał 15 minut (na mapie wyglądało, że pięć). Między górami i morzem, inaczej mówiąc, między Gangneung i Pjongczangiem – około godziny, jak nie było dużych korków. Korki były w weekend lub zawsze, gdy przyjeżdżał prezydent Moon ze świtą.

Igrzyska były jasne i głośne, oraz, co w Korei ważne: wsparte nowoczesną technologią. W wielkich salonach Samsunga gromady ludzi wkładały okulary i przenosiły się w drgających fotelach w rzeczywistość wirtualną. Wracały niechętnie.

Asfaltowy park

Po korytarzach biur prasowych i restauracji jeździły gadające kosze na śmieci z odkurzaczami i projektorami podłogowymi w jednym. Jeździły i mówiły coś po koreańsku cienkimi dziewczęcymi głosikami.

Dużo przedmiotów tu gadało, wielkie maskotki igrzysk także, chyba tylko elektroniczne ryby w akwarium postawionym w największym sklepie z pamiątkami olimpijskimi – PyeongChang Super Store – głosu nie miały.

Hasło igrzysk: „Passion. Connected" było widoczne wszędzie, zwłaszcza na płotach. Pewnego dnia tuż obok głównej bramy wioski sportowców w Gangneung stanął niepozorny kamper. Na froncie duża nalepka, na boku druga. Na obu utrzymany w stylistyce olimpijskiej napis: „Jewish. Connected". Auto było puste, nie było kogo spytać, o co chodzi. Za parę godzin kampera nie było i już nie wrócił.

W miejscach uczęszczanych stali codziennie misjonarze obiecujący zrozumienie wszelkich prawd świata. Byli mili, uśmiechnięci, nie zrażali się obojętnością większości przechodniów. Z wieczora podwozili do domów maruderów z Europy lub Ameryki, nie przesadzając nadmiernie z misją nawracania.

Gospodarze igrzysk byli życzliwi, wolontariusze tym bardziej. Za wikt, opierunek i zestaw ubraniowy z logo igrzysk wytrzymywali po kilka godzin dziennie na mrozie. I mówili po angielsku.

Trudno orzec, gdzie biło serce igrzysk. Dychotomiczny podział zawodów: przy brzegu Morza Japońskiego i w Górach Taebaek oznaczał także rozproszenie emocji. Na pewno do igrzysk nie przyciągał stadion, czynny dwa razy.

Nie było olimpijskiego ducha tam, gdzie wręczano medale – Medal Plaza to scena, wielki asfaltowy park z flagami, dużo mocy w głośnikach, jakieś sklepy, pawilony sponsorskie i koreańskie sławojki dookoła.

Do aren sportowych kilka kilometrów, do życia miasta też, zatem przybyć, zobaczyć i wyjechać – nic innego tam nie było do roboty, może poza zdjęciem do medium społecznościowego. Chyba że ktoś lubił koreański pop albo przeboje hiphopowe grane przez żołnierzy w czerwonych mundurach. Miał na słuchanie godzinę przed dekoracją.

Piekielne zupy

To były także igrzyska alarmów komórkowych przysyłanych z nieba. Pierwsze zetknięcie z nimi było trudne: trzecia w nocy, smartfon zaczyna głośno dzwonić, na ekranie wyświetla się angielski napis: Extremal alarm! Pod nim cztery rzędy groźnych koreańskich znaków.

Wyobraźnia podsuwała nuklearny armagedon, ale nie, wszystkie 25-piętrowe wieżowce wioski medialnej stały, za oknami spokój nocy olimpijskiej, nie chciało się zjeżdżać do recepcji, pytać, o co chodzi. Alarm (było nie było, ekstremalny) w końcu milkł. Rano już było wiadomo, że to zwykła sprawa, tak obywatele Korei Płd. są informowani, że w suchą pogodę łatwiej o pożar, że wieje silny wiatr, że w mieście był wypadek drogowy. Po dwóch dniach alarmy powodowały chichoty w autobusie. Po trzech stały się niezauważalnym elementem codzienności.

Południowokoreańska pieczęć na wspomnieniach to jeszcze kuchnia. W stołówkach medialnych i poza nimi. Zwłaszcza poza, gdzie poznawało się piekielne zupy, 50 rodzajów kimczi, kanapki truskawkowe lub sushi z kotletem schabowym w panierce. O psach w roli dania nie wspominając, bo to temat nader delikatny.

To były jeszcze igrzyska mobilnych banków przyjeżdżających co rano pod blok, bananów, ciastek i makaronowych zupek instant w biurach prasowych, zakazów używania mebli w apartamentach i wielu innych koreańskich uroczych odmienności.

Dla niektórych były to jednak igrzyska nadziei, że skrót DMZ od Demilitarized Zone będzie kiedyś oznaczał Dream Making Zone, jak chcą widzieć to twórcy muzeum przy północnej granicy. W tej kwestii sport chyba zrobił, co mógł.