Dawid Kubacki skacze świetnie od grudnia. Ciężko utrzymać taką formę?

Adam Małysz: Dawid jest nietypowym zawodnikiem, długo czekał na wielkie sukcesy, bardzo wzmocnił psychikę i dziś dla niego nie ma znaczenia, kto staje obok na rozbiegu. Wie, że może wygrać z każdym. Wszystko robi automatycznie.

To jest moc czysto fizyczna czy mająca przede wszystkim swoje źródło w głowie?

Wszystko jest ze sobą połączone, jeśli coś szwankuje, to pojawia się problem. Oczywiście, jeśli popełnisz błąd techniczny, będąc w dobrej formie, to i tak jesteś w stanie wygrać. Takie błędy zdarzały się m.in. Ryoyu Kobayashiemu, który w zeszłym sezonie czasem leciał krzywo. Dawid, mimo pewnych błędów, skacze bardzo daleko. Ma inną parabolę lotu niż w początkach kariery. Kiedyś leciał wysoko, w drugiej fazie brakowało mu prędkości i spadał na zeskok. Dzisiaj leci niżej, ale szybciej, i ciągnie lot w drugiej fazie. Piotrek Żyła nazywa to „gąsiorem", bo aż żyły na karku wychodzą od tego napięcia. W taki sposób można jeszcze dwa, trzy metry przeciągnąć skok. W Titisee przy lądowaniu Dawid miał problemy, machnął rękami, bo tak wyciągnął skok.

Dodatek Specjalny Pucharu Świata w Zakopanem - PDF

Kubacki przypomina trochę pana. Pan też długo czekał...

W 1996 roku wygrałem zawody Pucharu Świata, rok później wygrałem dwa razy, a następnie przyszedł kryzys i ciężko było się pozbierać przez trzy lata. Ale mocno się zaangażowałem i wszedłem na szczyt. U Dawida jest podobnie. On wie, że nie zawsze będzie wygrywał, ale na pewno będzie w czołówce.

Dzięki lepszej opiece medycznej kariery skoczków mogą dziś być dłuższe?

Tak. Kiedyś w wieku 32–33 lat kończyło się karierę, kiedyś trening był dużo cięższy, regeneracji nie poświęcano tyle uwagi. Często, zmęczony, z jednego treningu szedłeś na drugi. Dzisiaj jest inne podejście. Noriaki Kasai to fenomen, ale jest wielu skoczków niemal 40-letnich, którzy nieźle sobie radzą. Jednak młodemu zawsze będzie łatwiej, szybciej się dostosuje do zmian, a skoki co roku się zmieniają. Często jest tak, że jeśli ktoś wypada na rok z Pucharu Świata z powodu kontuzji, już nie może się odnaleźć, bo świat poszedł do przodu. Severin Freund już nie był w stanie wrócić na szczyt. Gregor Schlierenzauer odpuścił rok, wrócił. Potem stwierdził, że będzie się przygotowywał jedynie do mistrzostw świata. To był jego największy błąd. Nawet jak trenował, to nie był w stanie stwierdzić, na jakim naprawdę jest poziomie. Byłem przekonany, że się nie zakwalifikuje do ekipy, i tak się stało. Im więcej odpuszczasz, tym trudniej wrócić.

Talent Schlierenzauera wybuchł bardzo szybko.

Są takie talenty, zaczął wygrywać w bardzo młodym wieku. Pewnie dalej byłby na szczycie, gdyby nie kontuzja.

A jak to jest ze strachem? Kiedy jest się w dobrej formie, to się zmniejsza?

Strach może się pojawiać, kiedy oddaje się pierwsze próby na mamucich skoczniach. Podczas zawodów strach jednak ulatuje. Automatycznie wchodzisz na belkę i koncentrujesz się na zadaniu, trzeba oddać jak najdalszy skok. Czasami, zwłaszcza na mamutach, kiedy, będąc na górze, widzisz, że ktoś się przewrócił albo go zdmuchnęło, to zaczynasz się zastanawiać i myśleć, co jest tam niżej. Każdy radzi sobie inaczej. Ja sobie powtarzałem, że jestem doświadczonym zawodnikiem i wiem, co mam robić. Jeśli dmuchnie mi wiatr boczny, to mam tylko nogi usztywnić i nic więcej. Najgorsze, jeśli przychodzą momenty strachu po upadku. Zaczynasz kalkulować i się bać. Tak było po upadku Thomasa Morgensterna. Wydawało się, że wróci, ale później miał kolejny upadek w Kulm, potem zdaje się, że w Titisee–Neustadt i nie był w stanie się psychicznie odbudować. Cały czas siedziało mu to w głowie.

Technika w skokach chyba aż tak bardzo się nie zmienia?

Zmienia się, wiele zależy też od sprzętu. Mamy węższe kombinezony, krótsze narty, bo zawodnicy są szczuplejsi, ale też zdecydowanie niższe rozbiegi. Wydawałoby się, że powinno być na odwrót – przy węższych kombinezonach należałoby zwiększyć prędkości, bo te nowe nie dają takiego komfortu w powietrzu. Na skoczniach dużych jeździło się czasami nawet po 94 km/h. Teraz często jeździ się poniżej 90 km/h, a zdarzały się przypadki, że skoczkowie mieli nawet 86 km/h. Takie prędkości były kiedyś na skoczniach średnich. Kiedyś odbicie było inne, kolano miało być stabilne i zawodnik się odbijał w kierunku najazdu. Dzisiaj w zasadzie skoczek się nie odbija, ale pcha w próg. Skacze się bardziej pionowo – z niskich prędkości, żeby móc odlecieć. To czasem nienaturalnie wygląda, bo wybijasz się pionowo do góry i prędkość cię odpowiednio ustawia. Jeśli odbijesz się do przodu, a będzie lekki wiatr z tyłu albo cisza, to czasami nie można buli przelecieć.

Skąd takie zmiany?

Bardzo wielu zawodników ma wkładki w butach. One powodują, że narta szybciej wychodzi z progu. Przez to jest sporo kontuzji. FIS (Międzynarodowa Federacja Narciarska – przyp. red.) chyba przypuszczał, że po skróceniu nart ze względu na wagę zawodników i zwężeniu kombinezonów rozbiegi pójdą w górę, ale dziś prędkości są mniejsze, a na skoczniach często brakuje odpowiednio nisko ustawionych belek, żeby rozpocząć najazd. Wystarczy, że lekko zmieni się wiatr, i zaczynają być olbrzymie różnice w odległościach, nawet po 20–30 metrów. Kiedyś przy dużych kombinezonach wiatr nie odgrywał tak wielkiej roli. Teraz noszenie jest mniejsze, więc trzeba lecieć szybciej. Skoro jednak prędkości brakuje, to przy wietrze z tyłu nie ma jak odlecieć.

Kombinezony są węższe, bo FIS się przestraszył anoreksji u skoczków?

Dużo prawdy w tym jest. Głównie Finowie mają problem z wagą, nie są w stanie zejść do swoich dolnych limitów, więc pojawiają się głosy, żeby wprowadzić „przymusowe" kilogramy – nie można ważyć mniej. Nie tędy droga, bo zawodnicy, którzy teraz pilnują wagi, dobrze się czują i nie mają z tym problemu. Jeśli ktoś czułby się słabo, mdlał, nie był w stanie trenować, byłby to sygnał ostrzegawczy przed anoreksją. Zawodnicy wyglądają bardzo szczupło, ale są zdrowi. Zwiększenie wagi zrobi im krzywdę. Przy lądowaniu są potężne obciążenia dla kolan. Na mamucich skoczniach często uderza się w zeskok przy prędkości 140 km/h. Jeśli ktoś będzie cięższy, to obciążenia się zwiększą. Lekki łatwiej ląduje, a wkładki powodują, że kolana są dużo bardziej narażone na kontuzje.

Przewag szuka się już nawet wewnątrz butów?

To stosuje się od lat. Sznurek z tyłu jest dużo krótszy niż kiedyś i narta nie zachowuje się tak jak potrzeba, więc robi się wkładki.

Skoro są problemy z prędkościami, to może warto podwyższać rozbiegi?

Wtedy skoki mogłyby być za dalekie. W zeszłym roku w Zakopanem w drużynówce mieliśmy upadek i zerwanie więzadeł u niemieckiego skoczka. Marcus Eisenbichler skoczył 142 metry, Dawid 143,5 metra – to są skoki na granicy, już poza punkt konstrukcyjny. Zbiera się jury i kolejni zawodnicy jadą z niższej belki, za co dostają rekompensatę w punktach.

Ta matematyka już nie budzi kontrowersji?

Jeśli chodzi o same rozbiegi, to jest bardzo blisko perfekcji. Jeśli chodzi o przeliczniki wiatru, to jest jeszcze dużo do zrobienia.

Mamy teraz trzech świetnych skoczków, ale kolejni gdzieś znikają po drodze, rezygnują. Co zrobić, żeby zostawali?

Nie jest łatwo. W Niemczech albo w Austrii są kluby wojskowe, policyjne, celne. Skoczkowie tam trenują, mają pensje, a między sezonami normalnie służą w formacjach. W Polsce też były przymiarki do stworzenia wojskowego klubu. To by miało przyszłość i mogło spowodować, że skoczkowie w wieku 18–24 lat przestaliby odchodzić, do tego potrzeba jednak pomocy rządu. Wielu jest takich, którzy wpadają w kryzys i już z niego nie wychodzą. Pojawiają się normalne zagadnienia życiowe. Niektórzy mają rodziny, inni są na swoim lub chcą się wyprowadzić od rodziców i nie mają za co żyć. Nie mają wyników, więc nie ma stypendium ani sponsorów. Muszą wybrać – praca albo skoki.

Wielu lekkoatletów stało się w ostatnich latach żołnierzami.

Wiem, że kilka lat temu padła podobna propozycja, ale potem głosy ucichły. Samo wojsko nie jest w stanie udźwignąć wszystkich sportowców. Trzeba by ich podzielić między różne instytucje, które mogłyby wziąć to na swoje barki. To też jest zabezpieczenie na przyszłość, bo zawodnik po zakończeniu kariery normalnie może iść do służby, może iść do pracy.

W skokach jest teraz sporo pieniędzy, Polski Związek Narciarski nie może zapewnić bezpieczeństwa finansowego szerszej grupie skoczków?

Związek jest od szkolenia kadr, a ich składy są sześcio-, ośmioosobowe. Ministerstwo Sportu i Turystyki finansuje kadrę A oraz juniorów. Kadra B w całości finansowana jest przez PZN. Nie jesteśmy w stanie tworzyć bardzo szerokich składów, a nawet jak byśmy chcieli, to brakuje nam ludzi. Różnica między reprezentantami Polski a skoczkami trenującymi w klubach jest potężna. My teraz mamy trudności, żeby wystawić 12 zawodników w „domowym" Pucharze Świata. W Zakopanem skakało ich dziewięciu. Podobnie jest w Pucharze Kontynentalnym. W Pucharze FIS może by się to udało, bo tam wspomagają nas juniorzy. Cały czas bardzo dużo zawodników nam ucieka.

Ale młodych chętnych nie brakuje?

W Chochołowie startowało ostatnio 150 dzieci. Chyba nigdzie na świecie tak nie jest. W Austrii czy Norwegii jest bardzo duży problem z przyciągnięciem dzieci. Mają szersze zaplecze kadry A, jednak brakuje im narybku. U nas było podobnie, dlatego dziura pojawiła się teraz. Trzeba działać od razu. Związek może robić wszystko, ale wiele zależy od podejścia sportowca. Nie sztuką jest dać pieniądze i powiedzieć: trenuj. Zawodnik musi się chcieć zaangażować, osiągać wyniki. Nie może być tak, że ktoś dostanie pieniądze, czuje się bezpiecznie i jakoś to będzie. Pewna granica się pojawia. Jest dużo talentów, niektórzy nawet wygrywali, potem złapali kryzys. Ciężko z takich zrezygnować, choć nie są w kadrze. Gdyby mieli zabezpieczenie, to pewnie by wrócili. Piotrek Żyła niemal przez rok był poza kadrą, trenował tylko w klubie. To się udało, bo jeszcze nie był seniorem. Teraz byłoby mu ciężko się utrzymać.

Skoki się zmieniają, ale jedno się nie zmienia – do Zakopanego wciąż przyjeżdżają tysiące kibiców, a wszystko zaczęło się od pana.

Pamiętam pierwsze konkursy po powrocie Pucharu Świata do Zakopanego. Nie było płotów z boku, ludzie stali wszędzie, było około 100 tysięcy kibiców. Byli tak blisko zeskoku, że zawody o mało się nie odbyły. FIS nie chciał pozwolić, nie daj Boże, by ktoś czymś rzucił. Ludzie siedzieli na drzewach od rana. Potem przyszły ograniczenia i dzisiaj pomieści się 25–26 tysięcy kibiców, a wokół skoczni jest ich jeszcze drugie tyle. I niech to trwa jak najdłużej.