Serena Williams swoim oskarżeniem sędziego o seksizm i rasizm sprawiła, że zaczęła się rozmowa o poważnych sprawach. Portugalski arbiter Carlos Ramos, dotychczas dość dyskretny, zdecydował się na szarżę swego życia, doprowadzając do szału ulubienicę Nowego Jorku na największym korcie świata. Ci, którzy twierdzą, że Ramos po prostu zastosował przepisy (ostrzegł Serenę za podpowiadanie przez trenera, potem odebrał jej punkt za złamanie rakiety, a następnie gema za nazwanie go kłamcą i złodziejem), mają rację, ale znawcy tenisa muszą przyznać, że zinterpretował je dość bezdusznie. Nie ostrzegł Sereny, nie próbował z nią rozmawiać (co jego koledzy po fachu robią często w sytuacjach konfliktowych), tylko egzekwował prawo z satysfakcją konduktora.

Tenis jest sportem, w którym reguły bywają naciągane, często dla świętego spokoju. Dzień później w finale mężczyzn pani sędzia przymykała oko na to, że Novak Djoković przekraczał limit czasu na wykonanie serwisu. Tylko raz ukarała go ostrzeżeniem, tenisista to zignorował i mecz toczył się bez zgrzytów.

Ale nawet biorąc to wszystko pod uwagę, Serena Williams musiała ponieść karę, gdyż Ramos nikogo nie okłamał i żadnego prawa nie naruszył. A już zupełnie nie do obrony jest teza, że postępowanie sędziego to dowód seksizmu i rasizmu. Równie dobrze ten mecz sędziować mogła czarnoskóra kobieta i zachować się podobnie, jeśli tak jak Ramos chciałaby być strażniczką prawa, a nie widowiska.

Serena zapomniała chyba o tym, że w roku 2009, gdy na tym samym korcie przegrywała z Kim Clijsters i wywołano jej błąd stóp, wykrzyczała z furią: „Przysięgam na Boga, że wezmę tę piłkę i wepchnę ci ją do gardła". Odważną sędzią liniową była kobieta.

Można rozumieć, że Serena ma rasistowską traumę wyniesioną z młodości, wszyscy wiemy, że godna poparcia akcja #MeToo przeorała show-biznes, którego tenis jest częścią, ale reakcja młodszej z sióstr Williams była histeryczna. Co gorsza, poparła ją organizacja rządząca kobiecym tenisem (WTA) i organizatorzy US Open, a jedynie Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) stanęła murem za Ramosem. Przy okazji nie wiadomo kto wymyślił, że tolerancja dla męskiego chamstwa na korcie jest większa niż dla ekscesów kobiet, a to raczej wątpliwe. Wrócił też argument, że tenisistki tylko w turniejach wielkoszlemowych zarabiają tyle samo co mężczyźni, a w innych mniej, i to jest dowód seksizmu. Pomijając już fakt, że obu cyklami rozgrywek rządzą autonomiczne organizacje, wypada paniom przypomnieć, że o seksizmie zapominają, gdy dzięki urodzie i seksapilowi zarabiają w reklamach więcej niż Stan Wawrinka. Anna Kurnikowa została milionerką, nie zwyciężając w żadnym turnieju, a Maria Szarapowa jest najbogatszą sportsmenką świata, choć wcale najwięcej nie wygrała.

Pionierkami walki o równouprawnienie kobiet w sporcie (i nie tylko w sporcie) były tenisistki. Billie Jean King jest pod tym względem postacią legendarną, podobnie jak Martina Navratilova. Ich walka zakończyła się zwycięstwem, ale coś z tamtej wojennej atmosfery w kobiecym tenisie zostało, szczególnie w Ameryce, a akcja #MeToo te nastroje wzmocniła, stąd histeryczna reakcja Sereny.

Nikt normalny nie kwestionuje dziś prawa tenisistek do tego, by zarabiały tyle samo co mężczyźni, argumenty twierdzących, że w Wielkich Szlemach powinny zarabiać mniej, bo grają krócej (do dwóch, a nie do trzech wygranych setów), są niesłuszne, bo kobiety fizycznie ustępują mężczyznom i to nie przywilej, lecz norma.

Kto wie, czy nie najsmutniejsze jest to, że w ogniu walki z rzekomym męskim szowinizmem panie tak energicznie wspierające Serenę jakby nie zauważyły, że największą przegraną w tej awanturze jest kobieta. Naomi Osaka, zagrała genialny mecz i w najważniejszym dniu swego życia nie dostała zasłużonej satysfakcji.

Podziwiam ją za to, jak się zachowała w momencie, gdy pokonana rywalka skradła jej show.