Po złotym medalu na 100 metrów motylkiem trener Bartosz Kizierowski uścisnął pana ze łzami w oczach. Skąd te łzy?

Konrad Czerniak:

To była wzruszająca chwila. Te łzy zrozumie tylko ktoś, kto wie, ile pracy kosztowało nas to złoto, jak ciężki był ten rok, kiedy nie mogliśmy już czasem na siebie patrzeć, bo treningi szły źle, a wyniki były dalekie od idealnych. Na trybunach widziałem rodziców, siostrę i cieszących się  kibiców. Takich chwil nie da się porównać z niczym.

W euforii wywalczył pan finał na prestiżowym dystansie 50 metrów stylem dowolnym, a potem zdobył srebro i o mało nie pobił tekstylnego rekordu Polski, który do dziś należy do pana trenera...

Udało mi się tylko go wyrównać. Jak zobaczyłem 21.88, pomyślałem: „Skubany, no nie da rady go poprawić". Liczyłem, że urwę trochę więcej, ale i tak o 0.06 sekundy poprawiłem rekord życiowy w stroju tekstylnym z czerwcowych mistrzostw Polski. Bycie sprinterem bywa niewdzięczne. Moje wartościowe wyniki nie zawsze znajdują odzwierciedlenie w medalach.

Bez medalu wracał pan z grudniowych mistrzostw Europy w Herning, rok temu na mistrzostwach świata w Barcelonie zdobył pan brąz. Mówiono, że Czerniak się skończył, a pan tłumaczył, że nie jest źle.

Przecież tylko ja wiem, jak jestem przygotowany i na co mnie stać, więc takie komentarze mnie nie dotknęły. Ale tej pewności siebie musiałem się nauczyć. Zawdzięczam ją także Bartkowi, który jest dla mnie nie tylko trenerem, ale i psychologiem. Wiele dały mi treningi z Otylią Jędrzejczak, która w grupie Bartka przez rok przygotowywała się do igrzysk. To niesamowita motywacja trenować z mistrzynią olimpijską, rekordzistką świata. Z taką osobą przyjemnie się przegrywa, co na treningu zdarzało mi się nieraz. Obserwowałem, jak zachowuje się w wodzie, jak się motywuje. Nauczyła mnie, jak radzić sobie, gdy jest gorzej, a gdy szło mi dobrze, tonowała mnie, żebym nie popadł w samozachwyt.

Po złocie Bartosz Kizierowski powiedział, że medal zdobył dojrzały zawodnik, który sześć lat temu przyszedł do niego jako chłopak. To prawda?

Kiedy w 2008 r. usłyszałem, że Bartek chce stworzyć w Hiszpanii grupę sprinterów, wiedziałem, że chcę w niej być. A gdy na mistrzostwach Polski Bartek podszedł do mnie i powiedział, że chce porozmawiać, wiedziałem, że nie mogę nie skorzystać z tej szansy. Nie było łatwo. Jako 19-latek wyjechałem z rodzinnych Puław w wielki świat, do Villafranca del Castillo pod Madrytem, rozstałem się z rodzicami i dwa lata młodszą siostrą Gabrysią, z którą byłem bardzo związany – razem trenowaliśmy, bardzo się wspieraliśmy. Musiałem się błyskawicznie nauczyć języka, samodzielności i nowych zasad treningu, bo Bartek jest bardzo wymagający i np. nie toleruje spóźnień. Za pięć minut spóźnienia każe robić 50 pompek, dzięki czemu nauczył punktualności nie tylko mnie, ale i Hiszpanów, choć niektórzy z nich są niewyuczalni. To kraj sjesty i długich rozmów o wszystkim. Do dziś nie mogę zrozumieć, że po męczącym treningu hiszpańscy koledzy potrafią przez godzinę się ubierać. Ja mam ochotę uciec i nie patrzeć na wodę, a oni siedzą i gadają nie wiadomo o czym. Ale i tak robią świetne wyniki. Mercedes Periz była w Berlinie czwarta na 50 metrów stylem grzbietowym, Judit Ignacio zdobyła srebrny medal na 200 m stylem motylkowym.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Po sześciu latach z grupy kilku Polaków został tylko pan. Dlaczego?

Ich wyniki nie były takie, jakich oczekiwałby Polski Związek Pływacki. U mnie trening Bartka od początku się sprawdzał. Ale też byłem bardzo zmotywowany. Wiedziałem, po co tu przyjechałem, choć jadąc do Madrytu, nie do końca wiedziałem, na co się piszę. Moje życie jest całkowicie podporządkowane pływaniu. Nie jest lekko trenować dwa razy dziennie z przerwą na jedzenie, spanie i odpoczynek. Dzień zaczynam pierwszym treningiem o ósmej rano. Po dwóch godzinach wychodzę z wody, jem śniadanie, a potem odpoczywam. Po obiedzie śpię i idę na kolejny trening. Jeśli akurat wypada dzień siłowni, którą mam trzy razy w tygodniu, zaczynam o 16, jeśli tylko trening w wodzie, to o 17. Kończę o 19, nierzadko tak zmęczony, że mam siłę tylko iść spać. Ostatni trening jest w sobotę rano, potem odpoczywam.

Po treningu mam ochotę uciec i nie patrzeć na wodę

Nie ma miejsca na wieczorne wyjścia, hiszpańską fiestę?

Czasem ciągnie, żeby gdzieś wyjść, ale najczęściej rezygnuję, bo wiem, że jeśli się nie wyśpię, następnego dnia nie dam z siebie stu procent na treningu. A uważam, że nie ma sensu pływać na pół gwizdka, bo taki trening nic nie daje. Bawię się na wakacjach – mam dwa tygodnie w lecie i trzy w zimie. Mogę się wtedy nacieszyć wolnością i rodziną. W Hiszpanii wolę wyjść gdzieś w ciągu dnia, czasem umawiam się na mecz albo posiłek z Bartkiem. Teraz przybędzie mi obowiązków, bo od września chcę iść na studia. Studiowałem już przez pół roku wychowanie fizyczne na uniwersytecie w Madrycie, ale musiałem przerwać. Kolejne studia też będą związane ze sportem.

Myśli pan o zostaniu trenerem?

Jeszcze nie, choć wiele uczę się przy Bartku. Dużo pracujemy nad techniką. Choć nie jesteśmy fanatykami oglądania moich startów, nagrywamy niektóre treningi i analizujemy, co jeszcze poprawić. Kiedy wydaje mi się, że pływam idealnie, Bartek widzi, choć nie wiem, jak on to robi, że rękę mógłbym wkładać do wody pod innym kątem. Na pewno chciałbym wystartować jeszcze na dwóch olimpiadach, a może i kolejnej, bo przecież sprinter może pływać także po trzydziestce.

Czy mistrz Europy zarabia na pływaniu duże pieniądze?

Jeszcze czekam na ten moment. To nie jest dyscyplina, która daje duże zarobki. Zresztą dla mnie pływanie nie jest zawodem, ale pasją. Mam umowę z firmą Arena i moim miastem – Puławami. Do tego dochodzi stypendium z klubu. To wszystko pozwala się utrzymać na dobrym poziomie, np. opłacić dietetyka. Być może sponsorzy przyjdą po berlińskich medalach.

—rozmawiała Karolina Kowalska