Jak ważny jest dla pani start w Igrzyskach Europejskich w Baku, czy ważniejszy niż udział w mistrzostwach świata?

- Obie imprezy są dla mnie w pewien sposób priorytetowe. Na szczęście w ogóle nie kłócą się ze sobą. Teraz startuje w Baku, a mistrzostwa odbędą się na początku września. Igrzyska odbywają się po raz pierwszy. Takie nowe otwarcie w sporcie ma w sobie coś wyjątkowego, inauguracyjne imprezy przechodzą do historii, dlatego wiążę z tym startem duże nadzieję.

Nie przeszkadza jednak pani główny sponsor igrzysk – azerski dyktator Ilham Alijew. Za jego pieniądze organizowana jest ta impreza.

- Boli mnie łamanie praw człowieka, nie opowiadam się za żadnym reżymem. Uważam jednak i stosuję taką zasadę, że nie należy łączyć sportu z polityką. W większości krajów, gdzie odbywają się zawody sportowe, można się do czegoś przyczepić. Przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie wielokrotnie nawoływano do bojkotu tej imprezy. Nikt jej nie zbojkotował, a igrzyska były wspaniałym widowiskiem sportowym i doskonałą promocją sportu.

W Pekinie zdobyła pani srebrny medal. Było też złoto na mistrzostwach świata w Mt-Sainte-Anne dwa lata później. Jest w stanie pani wyważyć, który sukces dał pani więcej?

- W kolarskim światku większym echem odbiło się mistrzostwo. Tęczowa koszulka mistrzyni jest rozpoznawalna wszędzie i gdziekolwiek się pojawiałam, wywoływałam zainteresowanie. Medal na igrzyskach zmienił moje życie w Polsce. Dla takich sportów jak kolarstwo górskie igrzyska olimpijskie są wielką szansą, doskonałą promocją. Dlatego cieszę się teraz z pomysłu igrzysk europejskich, bo dla mojej dyscypliny, która nie należy do topowych, pojawiła się kolejna szansa, żeby zaistnieć.

Dużo czasu poświęciła pani przygotowaniom do igrzysk europejskich?

- W ten sposób nie kalkuluje się w kolarstwie się i – jak sądzę - w każdym innym sporcie. Sportowcem jest się 24 godziny na dobę. Nawet jak przebywa się na wakacjach, to jeżeli myśli się o wypoczynku, to w ten sposób, by służył on osiągnięciu lepszych wyników sportowych.

Wróciła pani już na dobre do formy sprzed wypadku, który uniemożliwił pani start na igrzyskach olimpijskich w Londynie?

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

- Od tego czasu były wzloty i upadki i kolejne wzloty. Miałam fenomenalny sezon zaraz po wypadku czyli 2013, chyba najlepszy w karierze. Trzymałam wtedy równą i wysoką formę przez cały rok. Na mistrzostwach świata byłam druga, tylko o włos przegrałam złoto, regularnie stawałam na podium Pucharu Świata. Czułam się na trasach nawet lepiej niż przed wypadkiem. Później miałam trochę kłopotów, ale cały czas udaje mi się utrzymać wysoki poziom nawet wtedy, kiedy zdrowie szwankuje. Wychodzę na prostą i myślę, że forma będzie rosła aż do igrzysk w Rio, bo to Rio jest dla mnie najważniejszym celem.

Od pani ostatnich sukcesów wiele się zmieniło w polskim kolarstwie. Nie tak dawno w tej dyscyplinie liczyła się tylko pani. Teraz kolarstwo górskie dzięki sukcesom Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majki usunęło w cień kolarstwo szosowe.

- Nie uważam, żeby popularność chłopaków i szosy spowodowała odejście od MTB. Wystarczy spojrzeć na imprezy dla amatorów. Cały czas startuje tam ogromnie dużo ludzi, odbywa się mnóstwo zawodów. Kolarstwo górskie podupadło w tym sensie, że brakuje nam trochę zawodników zdolnych powalczyć na świecie, ale absolutnie nie wiązałabym tego z rozwojem szosy. I naprawdę nie jestem zazdrosna o sukcesy chłopaków, cieszę się wraz z nimi.

Pani, jako najlepsza polska zawodniczka, jeździ w polskim zespole Kross Racing Team, rzecz nie do pomyślenia w przypadku Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majki. Oni są zdani na grupy zachodnie. Czy w górskim kolarstwie jest duża różnica między polskim i zagranicznym zespołem?

- Przez dwa lata jeździłam w teamie Giant. To mocna i konkurencyjna grupa, w której skupieni byli najlepsi zawodnicy z całego świata. Teraz jestem w zespole z najlepszymi polskimi kolarzami. Jeśli chodzi o organizację nie ma żadnej znaczącej różnicy, na sprzęt nie narzekam. Myślę nawet, że w tej chwili mam nawet lepiej dobrany rower, ciekawiej stuningowany. Czuję też większy sens tego co robię, ponieważ promuję polską markę, a firma Kross uczyniła mnie ambasadorem, stanowi to dla mnie powód do dumy. Z wieloma zawodnikami znałam się wcześniej, wszyscy trenowaliśmy kiedyś ze śp. Markiem Galińskim, który w ubiegłym roku zginął w wypadku samochodowym. Filozofię pracy mamy podobną i to buduję siłę naszej drużyny.

Pojedzie pani do Brazylii zapoznać się z trasą. W sierpniu wybierają się tam szosowcy.

- 11 października na trasie olimpijskiej odbędą się zawody. Wybieram się tam. Chcę poznać teren, pościgać się w tych warunkach. To bardzo ważne, różnice czasowe w kolarstwie górskim są niewielkie. W jednej minucie potrafi przyjeżdżać pięć, dziesięć zawodniczek. Dwie sekundy stracone na jednym zjeździe potrafią zdecydować o losach wyścigu, bo na trasie są trzy zjazdy czyli mamy sześć sekund. Pięć rund i to robi się 30 sekund. Jeżeli zna się trasę, to można wcześniej poradzić sobie z trudnościami technicznymi odtwarzając je w warunkach domowych. Znam takich zawodników, którzy w okolicy domu budują trasy o podobnym profilu albo szukają podobnych w najbliższej okolicy. Ważna jest długość podjazdów, czy trwają 20 sekund, czy trzy minuty, bo wtedy trzeba dobrać zupełnie inny trening. Rekonesans trasy w kolarstwie górskim jest dużo ważniejszy niż dla szosowców.

Czy igrzyska olimpijskie w Rio będą dla pani ostatnimi w karierze?

- Nie zastanawiam się nad tym. Skupiam się na Rio. Dalszą motywację poznam po tych zawodach.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski