To była najbardziej zaskakująca konferencja prasowa. Yan Jiarong z komitetu organizacyjnego usiadła za stołem i zaczęła rozprawiać się z kłamstwami.

Była członkini chińskiej delegacji przy Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) mówiła o Tajwanie jako części Chin i zaprzeczyła istnieniu w Sinciangu obozów pracy przymusowej dla Ujgurów. Tematy, które w apolitycznej przestrzeni olimpijskiej miały być tabu, wyciągnęli na światło dzienne sami organizatorzy.

– Międzynarodowy Komitet Olimpijski wypadł żałośnie – oznajmiła po konferencji Sophie Richardson z organizacji Human Rights Watch. – Milczenie organizacji oraz jej partnerów sprawia, że są współwinni łamaniu przez gospodarzy igrzysk praw człowieka.

Czytaj więcej

Igrzyska olimpijskie w Pekinie. Norwegia rządzi zimą

Szef MKOl-u Thomas Bach dopiero dzień później określił wypowiedź Yan Jiarong jako „problem" i podkreślił, jak ważne jest zachowanie przez organizatorów neutralności politycznej.

Chińczycy już wcześniej dowiedli, że traktują igrzyska jako okazję do narzucenia swojej narracji światu. Prawdopodobnie właśnie dlatego jedną z osób zapalających znicz olimpijski była należąca do muzułmańskiej mniejszości Ujgurów Dinigeer Yilamujiang.

– Pokazali światu środkowy palec. To tak, jakby żydowski sportowiec miał zapalić znicz podczas igrzysk w Berlinie w 1936 roku – nie kryła odpowiadająca w Human Rights Watch za Chiny Yaqiu Wang. – To było wręcz obraźliwe – mówił Zumretay Arkin ze Światowego Kongresu Ujgurów.

Yilamujiang nie była pierwsza. Pochodzący z Sinciangu Adil Abdurehim został członkiem sztafety olimpijskiej podczas poprzednich igrzysk w Pekinie (LATO 2008). Od pięciu lat siedzi w więzieniu, bo – jak ustaliło Radio Wolna Azja – oglądał kontrrewolucyjne filmy.

Teoretycznie uczestnicy igrzysk mają swobodę wypowiedzi podczas wywiadów i konferencji, a zakaz politycznych manifestacji obejmuje jedynie miejsca zawodów oraz dekoracji. Sportowcy w Pekinie unikali jednak polityki. Wyłamali się nieliczni. Turecki skoczek Arda Ipcioglu miał na nartach flagę używaną przez mieszkańców Sinciangu. Nie awansował do drugiej serii żadnego konkursu, ale na lotnisku kibice i tak witali go jak bohatera.

Dwukrotny medalista olimpijski w łyżwiarstwie szybkim Holender Nils van der Poel głos zabrał dopiero po powrocie do domu. – Przyznawanie igrzysk krajowi, który gwałci prawa człowieka, jest wyjątkowo nieodpowiedzialne – oświadczył w rozmowie ze „Sportbladet".

Skeletonista Władysław Heraskiewicz po swoim ślizgu pokazał do kamer kartkę z napisem: „Nie dla wojny na Ukrainie". – Chcę pokoju w moim kraju i pokoju na świecie. Będę o niego walczył – oznajmił później w rozmowie z Associated Press. MKOl, by uniknąć kłopotów, uznał jego manifestację po prostu za „generalne nawoływanie do pokoju" bez konkretnego adresata, choć to wojska rosyjskie zgromadziły się w przy ukraińskiej granicy.

Minister sportu Ukrainy Wadym Hutcajt jeszcze przed igrzyskami zalecił sportowcom, aby traktowali Rosjan z rezerwą. Rządowe zalecenie złamał Ołeksandr Abramienko, który po wywalczeniu srebra w narciarstwie dowolnym wyściskał Rosjanina Ilję Burowa. To była jedyna taka okazja, gdyż Ukraińcy kolejnych medali w Pekinie już nie zdobyli. Więcej niż miejsc na podium mieli dopingowych wpadek, bo testy dały wynik pozytywny u biegaczki Walentyny Kamińskiej i bobsleistki Lidii Hunko.

Czytaj więcej

Największe gwiazdy igrzysk w Pekinie. W rodzinie siła

Największy kryzys polityczno-sportowy wywołały jednak w Pekinie nie skromne protesty i demonstracje, tylko doping u rosyjskiej łyżwiarki Kamili Walijewej. Głos w jej sprawie zabrał nawet rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, który oznajmił: – Doszło do jakiegoś nieporozumienia. Kamilo, nie chowaj swojej twarzy! Jesteś Rosjanką, idź dumna i rywalizuj, aby pokonać innych.

Bach, kiedy wybuchł dopingowy skandal, schował głowę w piasek. Głos zabrał dopiero po konkursie solistek, w którym rosyjska łyżwiarka była czwarta, krytykując otoczenie Walijewej za brak wsparcia i „mrożącą atmosferę". – To wszystko sprawia, że trudno mi zaufać ludziom, którzy ją otaczają – mówił.

– Jesteśmy rozczarowani, widząc, jak szef MKOl-u tworzy fikcyjną narrację dotyczącą uczuć naszych sportowców i przedstawia ją publicznie. To niewłaściwe i złe – odpowiedział wicepremier i dyrektor komitetu organizacyjnego igrzysk w Soczi (2014) Dmitrij Czernyszenko.

Bach, jak na swoje standardy, zagrał odważnie, bo zawsze był adwokatem potężnych, a kiedy został szefem MKOl, jako pierwszy z gratulacjami pospieszył do niego Władimir Putin. Teraz Niemiec był pierwszym zagranicznym gościem, który po wybuchu pandemii spotkał się osobiście z sekretarzem generalnym Komunistycznej Partii Chin (KPCh) Xi Jinpingiem.

Xi wizytował obiekty olimpijskie, gdzie „wydawał instrukcje" i odbył w trakcie igrzysk ponad 20 spotkań z zagranicznymi dyplomatami. Szef komitetu organizacyjnego imprezy Cai Qi jego zaangażowanie podsumował krótko: – Nasz przywódca pokazał, że Chińczycy szczerze i solidarnie pragną dążyć do świetlanej przyszłości wszystkich ludzi.

Te igrzyska były po to, by świat w to uwierzył. Bach podczas ceremonii zamknięcia w bardzo ciepłych słowach podziękował gospodarzom i wspomniał, że olimpijski duch powinien zainspirować liderów nawet tych państw, które są w konflikcie.

Nietrudno zgadnąć, kogo miał na myśli, ale trudno przypuszczać, by sam wierzył w siłę sprawczą swoich słów.