Gdyby polska tenisistka wygrała, wystrzeliłyby tylko niektóre. Powody byłyby te same co zawsze. Dlatego że nie zwyciężyła do zera, dlatego że kwaśno się uśmiechała i dlatego że jest bogata. A że przegrała niespodziewanie z Chinką Saisai Zheng, to podciągnęli jeszcze swoje działka hejterzy amatorzy i ostrzał zrobił się totalny.

Każdemu z tych artylerzystów zadałbym pytanie, co zrobiłby na miejscu Agnieszki Radwańskiej. Jesteś, człowieku, w Kanadzie, szykujesz się do podróży na igrzyska. Warunki pogodowe sprawiają, że nie możesz lecieć bezpośrednio do Rio, tylko musisz wracać do Europy i dopiero stamtąd odbyć lot do Brazylii. W dodatku łapie cię przeziębienie. Podróżujesz przez kilkanaście godzin, przeziębienie nie ustępuje. Zrezygnowałbyś, tłumacząc się marnym samopoczuciem i lękiem przed wirusem zika, tak jak to zrobiła spora liczba tenisowych gwiazd?

Radwańska zrezygnować nie mogła, bo wiedziała, że artyleria tylko na to czeka. Zarzuty, że brak jej ambicji, są bezsensowne i bezpodstawne. Czy ktoś, komu nie zależy na starcie w igrzyskach, telepałby się przez pół świata, żeby stanąć na korcie? Argument, że Radwańska potrafi grać tylko za pieniądze, też nie trzyma się kupy. Warto przypomnieć jej liczne występy w Pucharze Federacji. Gdy była zdrowa, nigdy nie odmawiała gry w reprezentacji kraju. Zapamiętałem trwający tydzień turniej drużynowy w Izraelu w 2011 r., kiedy trzeba było grać dzień w dzień i znosić szowinistyczne zachowanie widzów.

To fakt, że występy na igrzyskach olimpijskich zostaną zapisane najdrobniejszym drukiem w życiorysie Radwańskiej. W Pekinie (2008) – porażka w drugiej rundzie. W Londynie (2012) i Rio de Janeiro – klapa już w pierwszej.

Ale co ma powiedzieć najlepszy tenisista ostatniej dekady, Serb Novak Djoković (11 zwycięstw wielkoszlemowych), który w Brazylii przegrał, tak jak Polka, pierwszy mecz? Jak mają się tłumaczyć siostry Venus i Serena Williams (14 wspólnych triumfów w Wielkim Szlemie, do tego trzy złote medale olimpijskie), które odpadły na samym wstępie tenisowych igrzysk?

Porażki cuchną – powiedziała kiedyś wielka Martina Navratilova. Miała wtedy prawie 50 lat, brała udział w turnieju na paryskich kortach Roland Garros i odpadła w pierwszej rundzie debla. Była wściekła, choć mogła przecież, mając na koncie tak wiele osiągnięć, spojrzeć na tę sytuację z dystansem.

Nikt nie lubi przegrywać, ale to jest przecież część sportu. W żadnym wypadku nie można poniżać przegranych. To podstawowa zasada, którą powinni się kierować dziennikarze i kibice. Należy to zrozumieć albo przestać interesować się sportem i zająć zbieraniem znaczków lub hodowlą kanarków.