Krzysztof Rawa z Rio de Janeiro

Polska wreszcie przypomniała o sobie na igrzyskach, bo rzuty to nasza potęga, a Anita Włodarczyk tej potęgi głównym filarem. Rekord świata przesunęła do granic zatrważających dla rywalek, nie wygląda, by na tym chciała skończyć.

W kwestii złota i rekordu pani Anity opowieść nie musi być długa. Mistrzyni wyszła w poniedziałek przed południem na stadion (rzuty to w Rio zajęcie dla skowronków), spojrzała spokojnie w jasne słońce, machnęła, tak na rozgrzewkę, od razu 76,35 m i potem ścigała się już tylko ze swoim rezultatem.

Druga próba Polki to już była poważna przymiarka do postawienia publiczności na nogi – 80,40 m. Na murawie jak zawsze zamknięte w wycinku koła dwie białe linie: 70 i 80 m, obok znaczniki rekordów, więc łatwo było ocenić, czy to już czas wiwatów, czy jeszcze nie.

Rekord padł w trzeciej serii. Znów spokój Polki, aż chce się napisać: wzorcowy spokój olimpijski, ręcznik z głowy (słońce mocno przygrzewało), znów małe rytuały przed startem, wreszcie koło, cztery wyuczone do perfekcji obroty, podczas których polska młociarka zamienia się nagle w potężną sprężynę. Rzut, srebrzysty młot frunie wysoko, majestatycznie, z daleka widać, że wcale się nie spieszy do ziemi, czeka, by wyrosły mu skrzydła, wreszcie powoli spada wraz z rosnącym szumem na trybunach.

Prezent dla mamy

Dziura w trawie niewielka, ale wielka odległość za białą linią wyznaczającą granicę 80 m. Nie trzeba czekać na to, co pokaże tablica, rekord świata jest na pewno, krzyk publiczności przyjmuje wynik: 82,29.

Zmusić się do kolejnej takiej próby trudno, tym bardziej że radość już wykrzyczana, wyskakana i podzielona z biało-czerwonym sektorem trybun, w którym siedział trener Krzysztof Kaliszewski.

Polska mistrzyni jednak jeszcze raz dała popis: 81,74 w piątej kolejce, drugi wynik w historii kobiecego rzutu młotem. Za plecami Włodarczyk inne biły się o pozostałe medale, najlepsza była Chinka Wenxiu Zhang (76,75), Brytyjka Sophie Hitchon ostatnim rzutem wydarła brąz Niemce Betty Heidler, ale to była rywalizacja o nagrodę pocieszenia. Druga Polka Joanna Fiodorow zajęła dziewiąte miejsce.

Mistrzyni ukłoniła się Brazylii w pas, pobiegła po flagę, dostała stadion olimpijski dla siebie; potem były obowiązkowe zdjęcia przy czerwonej tablicy z wynikiem spełniającym z naddatkiem wszelkie marzenia, mała defilada.

Dobrze, że nie wszyscy Brazylijczycy odsypiają nocne spacery po Copacabanie i Ipanemie. Przyszli, bili brawo za ten wyczyn, bo, wbrew pozorom, nie żyją tylko piłką nożną.

Potem przyszło zmęczenie. W strefie wywiadów pani Anita słaniała się już na nogach, adrenalina odpłynęła, niech nikt nie myśli, że ten wysiłek w sześciu ratach niewiele znaczy. – Wierzyłam w ten rekord świata, wiedziałam to po treningach. Warto było wyciskać z siebie poty każdego dnia. Upał był potężny. Ćwiczyłam na zgrupowaniu w RPA w takich warunkach, więc dałam sobie radę. Polewałam lodowatą wodą nogi i szyję. Po rekordzie świata zastanawiałam się, czy dalej rzucać, ale postanowiłam, że tak. Nie warto w takiej chwili rezygnować, bo taki dzień może się nie powtórzyć. Chyba nigdy nie byłam bardziej zmęczona. Runda honorowa mnie prawie znokautowała – mówiła do dziennikarzy z wyraźnym trudem.

– Sprawiłam dziś mamie prezent imieninowy, rodzice przyjechali do Rio, widzieli konkurs. Dziś też święto Wojska Polskiego, także święto kościelne, chyba sprawiłam wielką frajdę Polakom. W teorii powinnam rzucać dalej, w moim zasięgu są wedle obliczeń 84 metry, ale nie chcę obiecywać, że dotrwam do Tokio. Na pewno będę trenować w przyszłym roku, do mistrzostw świata w Londynie. Będę też niedługo na Stadionie Narodowym, w Memoriale Kamili Skolimowskiej – dodała mistrzyni.

Potem długo dziękowała trenerom, lekarzom, fizjoterapeutom, pomocnikom w zespole. I obiecała wieczorne łzy na podium, podczas dekoracji.

Przewrotny urok

Medal złotej Anity to piąty polski krążek z igrzysk w Rio de Janeiro. Czwarty zdobył Piotr Małachowski, ma drugie olimpijskie srebro w rzucie dyskiem (pierwsze było w Pekinie) i o tym osiągnięciu też będzie się długo opowiadać. Polak prowadził wyraźnie, trzy razy dysk po jego rzutach przekraczał 67 m, wydawało się, że to kwestia paru minut, by cieszyć się ze zwycięstwa.

Ale przewrotny urok sportu znów dał o sobie znać w sobotę przed południem na stadionie olimpijskim. W ostatniej kolejce Estończyk  Martin Kupper nagle przeskoczył z siódmego na drugie miejsce, po nim Niemiec Daniel Jasinski (rodzice z Bydgoszczy, da się z Danielem porozmawiać po polsku) odzyskał na chwilę drugie miejsce, wreszcie kolejny Niemiec Christoph Harting wszedł do koła i wykonał złoty rzut – 68,37 m.

Szkoda tytułu, witamy srebro, które Polak przyjął godnie, bo wie, że po latach ono też urośnie w cenie. – Każdy ma w życiu takiego Hartinga. Przegrałem tak naprawdę sam ze sobą, nie z Christophem. Może zabrakło odrobiny motywacji. Cieszy mnie ten medal, choć teraz jest w sercu mały żal – mówił Małachowski, przyjmując uściski od przyjaciela Tomasza Majewskiego.

Wielu innych polskich radości na stadionie olimpijskim do poniedziałku nie widziano, zwłaszcza brak Adama Kszczota w finale biegu na 800 m (zabrakło 0,05 s) zabolał. Marcin Lewandowski został w nim sam.

Bolt show

Hołdy, także międzynarodowe, dla wielkiej Anity były w poniedziałek, dzień wcześniej zaczął się Usain Bolt show.

Gwiazdor już w półfinale biegu na 100 m był sobą, to znaczy zabawiał ludzi, wystartował ociężale, rozpędzał się energicznie, choć dawne elektryzujące biegi, gdy frunął do mety, bijąc rekordy świata, chyba jednak przeminęły.

Finał przyniósł identyczne wrażenia, nawet poważna mina Justina Gatlina nikomu nie przeszkadzała. Amerykanin, pokonany rok temu przez Bolta o 0,01 s w Pekinie, powoli traci etykietę dopingowego wroga nr 1, stał się zwykłym rywalem, wciąż drugim, ale przy Usainie Błyskawicy drudzy nie mają nawet kawałka sceny dla siebie.

Zwycięstwo Jamajczyka było powtórką z wielu innych sprintów, stadion tylko czekał na chwilę, gdy Bolt dogoni Gatlina i zacznie się świętowanie. Czas mistrza – 9,81, wicemistrza – 9,89. Feta w żółto- -czarno-zielonych barwach trwała długo, rundy honorowe, wywiady, uściski, uśmiechy, gratulacje, pozy przed fotoreporterami, fotki z kibicami, to jest świat lekkiej atletyki według Bolta, czy się komuś to podoba, czy nie.

Sensacja z RPA

Sensacyjny rekord świata – 43,03 – w finale biegu na 400 m mężczyzn to zasługa Wayde'a van Niekerka z Republiki Południowej Afryki. To nie jest sprinter nieznany, rok temu w Pekinie został mistrzem świata i już wtedy pokonał jedno okrążenie stadionu w czasie poniżej 44 sekund. Przewidzieć tego, że po roku poprawi 17-letni wynik Johnsona, jednak nikt nie potrafił, choć w marcu 24-letni lekkoatleta z Bloemfontein został pierwszym człowiekiem, który przebiegł 100 m poniżej 10 sekund, 200 m poniżej 20 sekund i 400 m poniżej 44 sekund.

Afryka ma swoją wersję Bolta, drobnego jak na mistrzowskie normy (1,83 m i 70 kg wagi), niby zupełnie z innej planety niż wzorzec z Kingston. Ale były rekordzista świata Michael Johnson pytał w Rio (pracuje dla stacji NBC): – Van Niekerk jest taki młody, co jeszcze może zrobić? Złamie granicę 43 sekund? I sam sobie odpowiadał: – Gdy Usain Bolt wkrótce pójdzie na emeryturę, on będzie następną gwiazdą.

Może tak, przecież trenował razem z Usainem na Jamajce.