Było tak, jak pani chciała?

Przed startem miałam założenie, żeby po prostu pojechać perfekcyjny wyścig. Do mety nie myśleć o wyniku, nie myśleć o medalu. Pojechać wyścig na 100 procent mocy, nie popełnić żadnych błędów. To mi się udało. Miałam bardzo dobry start. Potem nie spadłam poza piąte miejsce. Dość szybko z Jenny Rissveds jechałyśmy na drugiej pozycji. Potem dołączyła do nas Jolanda Neff, dogoniłyśmy prowadzącą Lindę Indergand. Było trochę nerwowych sytuacji, ale starałam się zachować spokój. Pierwszy atak Szwajcarki nie miał znaczenia. Wiedziałyśmy, że ją dogonimy.

Skupiłyśmy się na swoim tempie. Najważniejszy moment wyścigu, to ten gdy zaatakowała Jenny i Jolanda zaczęła odstawać. Do ostatniej rundy wierzyłam, że mogę walczyć o złoto, ale Szwedka było po prostu mocniejsza.

Zna pani rywalki, typowała przecież pani Jolandę do zwycięstwa…

Rzeczywiście, mogłam postawić na nią u bukmacherów. Jenny od początku sezonu jest bardzo mocna. Miała trochę pecha, bo upadek podczas PŚ w Albstad spowodował, że skończyła wyścig druga. Miała upadek w Cairns, jakieś defekty, ale jak nic się nie wydarzyło to w Lenzerheide pewnie wygrała. Więc wiedziałam, że trzeba się jej obawiać. Miała też taki program startów jak ja. Opuściła PŚ w Mont-Sainte-Anne na rzecz przygotowań wysokogórskich i widać, że to był dobry program.

Złote paznokcie miały przyciągnąć złoty medal?

Zdecydowanie tak. Plan był taki, żeby mieć je kolorowe, ale zobaczyłam wczoraj zdjęcie Mariany Pachon, Kolumbijki, która w BMX-ach zdobyła złoto i w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Także dlatego, że bardzo mile wspominam Kolumbię i Kolumbijczyków. Trenowałam w okolicy gdzie Pachon mieszka, tam wszyscy trzymali za mnie kciuki. Dostałam mnóstwo sms-ów od poznanych tam ludzi, więc jak zobaczyłam złote paznokcie ich złotej dziewczyny, nie mogłam zrobić inaczej.

To srebro nie jest jak złoto?

Medal olimpijski każdy sportowiec bierze w ciemno. Jasne, że marzyłam o złocie, tym bardziej, że srebro już mam w kolekcji. Właściwie wiele sreber. Ale to jest wyścig raz na cztery lata. Dziewczyn, które myślały żeby tu wygrać było dużo, policzyłam, że co najmniej sześć niezwykle silnych. A ja jestem druga – to jest wielki sukces.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Jest pani skazana tylko na olimpijskie srebro?

Chyba pan próbuje wymusić odpowiedź na pytanie, czy pojadę do Tokio. Ale nie wiem, co przyszłość przyniesie. Jasne, że chciałabym mieć złoto, ale nie mam. Trzeba cieszyć się ze srebra. Cieszę się, że udało mi się przejechać ten wyścig prawie perfekcyjnie. Mieliśmy przecież sporo pechowych sytuacji przez ostatnie lata. Tutaj wszystko zagrało. To jest najważniejsze. Cała moja drużyna też ma ten medal.

Czy te cztery lata po Londynie, to była lekcja pokory i cierpliwości?

Nie powiedziałabym, że pokory. Bardziej lekcja życia. Przez te cztery lata nauczyłam się przede wszystkim nie myśleć o wynikach, nie myśleć o medalach, tylko starać się cieszyć życiem, cieszyć kolarstwem, cieszyć tym co robię. Skupić się na profesjonalizmie. To były też wspaniałe cztery lata, pełne różnych przygód. Owszem, było wiele pecha, ale czasem ten pech daje także wiele pozytywnych emocji, tak jak w tym roku na mistrzostwach świata. Kibice na mecie nie byli smutni, że nie zdobyłam medalu, tylko skandowali moje imię, bo dałam im fantastycznie emocje. To też jest piękne w sporcie.

Tak pani mówiła po miesiącu, nie na mecie…

Fakt, potrzebowałam trzech dni, by przeżyć tamto niepowodzenie, żeby dojść do siebie. Trochę mnie to kosztowało, ale po czasie pamięta się te dobre chwile.

To jak będzie w Tokio?

Nie mówmy o tym teraz. Jestem zmęczona, Nie będę o tym na razie myślała, naprawdę.

Ma pani na ręku opaskę z nazwiskiem nieżyjącego przyjaciela, trenera i świetnego kolarza Marka Galińskiego…

Tak, starałam się, by trzymała się teraz na medalu, ale spada. Strasznie mi przykro, że nie ma go dzisiaj z nami. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie on. Michał Krawczyk, który jest teraz moim trenerem, też współpracował z nim bardzo długo. Przygotowywałam się do tego wyścigu według szkoły Marka. Spokojnie mogę mu dedykować ten medal.

Zdobyła pani medal osiem lat po igrzyskach w Pekinie, czy kolarstwo górskie można uprawiać z sukcesami jeszcze dłużej?

To jest właśnie piękno tej odmiany kolarstwa, że nadaje się dla młodszych i starszych. Wygrała Szwedka, która nie ma jeszcze 23 lat, ja będę miała wkrótce 33, Catharine Pendrel jest jeszcze starsza ode mnie. Gdyby nie kontuzja, być może o medal walczyłaby Sabine Spitz, która ma 45 lat. Najważniejsze jednak jest to, że to wspaniała dyscyplina, ja ją uwielbiam. Trenowanie sprawia mi przyjemność, to jest najpiękniejsze.

Da się porównać medale z Rio i Pekinu?

Na pewno praca przed startem w Rio de Janeiro była trudniejsza. Przygotowania były dużo dłuższe, wymagały więcej cierpliwości, więcej uwagi, dbania o zdrowie, o każdy detal. Te wszystkie pechowe sytuacje, które były po drodze, być może też były potrzebne, by teraz sprawdzić każdy szczegół. Sprawdziliśmy sprzęt, także każdy zakręt trasy, każdy „rock-garden”, nie tylko dlatego, żeby go szybko przejechać, ale też by nie mieć defektu. Byliśmy przygotowani pod każdym względem.

Mówiła pani nie raz, że pani wzorem jest Adam Małysz. Dlaczego?

Adam wprowadził do polskiego sportu bardzo ważne stwierdzenie, żeby nie myśleć o medalach, tylko o tym, by oddać dwa dobre skoki. W mojej wersji polega to na tym, żeby się świetnie przygotować oraz pojechać każdy wyścig jak najlepiej. Adam pokazywał też zawsze sportową pokorę, do końca kariery. To wspaniały sportowiec i wzór dla wielu.

—w Rio de Janeiro wysłuchał Krzysztof Rawa