W Belgii Hasi uczył się życia na Zachodzie, obyczajów i języków. Robił to na tyle skutecznie, że kiedy zakończył karierę w Anderlechcie uznano go za swojego i zaproponowano pracę z grupami młodzieżowymi. Ciąg dalszy był także modelowy: od funkcji asystenta pierwszego trenera do szczytu, jakim w roku 2014 stało się powołanie go na głównego trenera Anderlechtu.

Michał Żewłakow był kolegą Hasiego z boiska, dobrze go znał i miał prawo sądzić, że Albańczyk poradzi sobie w Legii. Wszystko co robił Hasi po przyjeździe do Warszawy miało jednak cechy autodestrukcji. Na początku pracy, po przegranym przy Łazienkowskiej 1:4 z Lechem meczu o Superpuchar Polski Hasi wszedł do szatni i podniesionym, nie znoszącym sprzeciwu głosem wykrzyczał zawodnikom, że teraz on tu rządzi i wszyscy są skończeni. No, może niedokładnie tak to brzmiało, ale sens był właśnie taki: ja jestem pan trener, a was już tu nie ma.

Nikomu by się to nie spodobało i piłkarze Legii też przyjęli wobec nowego trenera postawę tyleż wyczekującą, co nieufną. Potem miało być jeszcze gorzej. Zaczęto sprowadzać nowych graczy, którzy od razu wchodzili do pierwszej jedenastki, mimo, że nie byli lepsi od zawodników, mających do tej pory w niej miejsca. Trzeba przyznać, że Hasiemu nie pomagała nieobecność odpoczywających po Euro Michała Pazdana oraz Tomasza Jodłowca, sprzedaż Artura Jędrzejczyka, Ariela Borysiuka, Ondreja Dudy i Igora Lewczuka, czy kontuzje kilku innych graczy, na czele z Michałem Kucharczykiem.

Transfery Legii wydawały się dość chaotyczne, sam trener chyba nad nimi nie panował. Na konferencji przed meczem z Termaliką przyznał, że nie oglądał wcześniej kupionego właśnie z Pogoni stopera Jakuba Czerwińskiego, ponieważ ufa skautom klubu. Na mecz z Borussią, najważniejszy dla polskiego klubu od 20 lat, wybrał jedenastkę piłkarzy którzy nigdy wcześniej ze sobą się nie spotkali. Parę środkowych obrońców tworzyli Jakub Czerwiński z Maciejem Dąbrowskim, którzy nie grali wspólnie nawet na treningu. Debiutant Waleri Kazaiszwili zwracał się na boisku do partnerów wykrzykując ich numery na koszulkach, bo nie znał nawet ich imion. Środkowy pomocnik Guilherme stał się lewym obrońcą.

Coś takiego miało znamiona nieświadomego sabotażu. Trener nie znał nie tylko możliwości zawodników własnej drużyny. Podobno przed meczem z Jagiellonią przestrzegał obrońców przed Frankowskim, będąc przekonanym, że Tomasz i Przemysław to ten sam zawodnik.

W szatni rozmawiał z zawodnikami po angielsku, co jest dziś standardem w zawodowym futbolu. Tyle, że trzy czwarte piłkarzy nie wiedziało co się do nich mówi, a bali się przyznać, że ten angielski był dla nich w praktyce tureckim kazaniem. Wychodzili na boisko i każdy robił swoje, co przychodziło im tym łatwiej, że się nie znali.

Hasi musiał wziąć pod uwagę wpis na Twiterze prezesa, który po przegranym meczu z Arką oświadczył, że „kilku zawodników nie może już grać w tej drużynie”. Kozłami ofiarnymi stali się Jakub Rzeźniczak i Tomasz Brzyski. Wszystko to pogarszało atmosferę w szatni, gdzie każdy myślał o sobie.

Hasi też. Po porażkach (a więc bardzo często jak na Legię) miał nieelegancki zwyczaj mówienia na konferencjach, że winę ponoszą zawodnicy, którzy się do niczego nie nadają. Wcześniej czy później ci zawodnicy w odwecie by go zwolnili, gdyby nie to, że zwolnił się sam.