Jako utalentowany 21-latek pojechał z reprezentacją Pawła Janasa do Niemiec na turniej w 2006 roku. Był rezerwowym. Pierwsze powołanie na wielki turniej było dość niespodziewane i trochę spadło mu z nieba, ale później bramkarz nie był przez los rozpieszczany.

Starsi kibice doskonale pamiętają okoliczności w jakich Janas ogłaszał kadrę na mistrzostwa świata. Postanowiono zrobić z ogłoszenia nazwisk zawodników wielkie show telewizji Polsat. To o tyle dziwne, że Janas nie był trenerem medialnym i raczej dziennikarzy unikał, albo zbywał. Historia o tym jak podczas mistrzostw wysłał na konferencję prasową kucharza, zamiast samemu stawić czoła dziennikarzom, na zawsze weszła do historii polskiej piłki.

PZPN nie był wówczas nowocześnie zarządzaną firmą, tylko nieco przaśnym związkiem sportowym pełnym działaczy wyjętych z poprzedniej epoki. Nikt nie myślał o takich sprawach jak wizerunek, marketing czy PR. Nikt też nie wykazał się wystarczającą przytomnością umysłu, by podpowiedzieć Janasowi, że pomysł aby piłkarze dowiadywali się o tym, czy jadą na mundial z telewizji jest fatalny. Szczególnie, że selekcjoner przy powołaniach zaskoczył wszystkich.

Chodzi oczywiście o pominięcie Tomasza Frankowskiego oraz Jerzego Dudka. To właśnie brak powołania dla bramkarza Liverpoolu otworzył Fabiańskiemu drogę do kadry. Dudek był zdobywcą Pucharu Mistrzów z 2005 roku i bohaterem konkursu rzutów karnych w finale w Stambule. W następnym sezonie usiadł jednak na ławce rezerwowych, a jego miejsce między słupkami w klubie zajął Hiszpan Pepe Reina. Już w końcówce eliminacji Janas zaczął stawiać na Artura Boruca. A jednak nikt się nie spodziewał, że Janas nie weźmie Dudka nawet jako rezerwowego. Drugim bramkarzem został więc Tomasz Kuszczak, a po naukę wysłano do Niemiec Fabiańskiego.

Mundial 2006 został przegrany szybko – niespodziewana porażka w meczu z Ekwadorem poprzedziła przegrane spotkanie z Niemcami, gdy bramkę straciliśmy w 90 minucie, a bohaterem był Boruc, który bronił w nieprawdopodobnych wręcz sytuacjach.

Dwa lata później, w 2008 roku podczas mistrzostw Europy, na które reprezentacja Polski awansowała pod wodzą holenderskiego selekcjonera Leo Beenhakkera, Fabiański wciąż był tylko drugim bramkarzem, Boruc był wówczas poza zasięgiem krajowej konkurencji, a 23-letni Fabiański rezerwowym w Arsenalu, gdzie bluzę z nr 1 nosił Niemiec Jens Lehmann. W sezonie poprzedzającym Euro 2008 polski bramkarz rozegrał tylko trzy mecze w Premier League i pięć w Pucharze Ligi. Mimo to Beenhakker i współpracujący z nim trener bramkarzy, wybitny specjalista, Frans Hoek bardzo w Fabiańskiego wierzyli i regularnie powoływali go do kadry. Gdy reprezentacja wywalczyła awans i ostatni mecz eliminacyjny – z Serbią na wyjeździe – był już tylko potyczką towarzyską, to właśnie Fabiański dostał szansę gry, co też świadczyło o tym jakie nadzieje wiążą z nim szefowie kadry.

Przed Euro 2012 trudno było powiedzieć, kto jest tak naprawdę pierwszym wyborem Franciszka Smudy jeśli chodzi o obsadę bramki. Do feralnej wyprawy do USA był nim Boruc, ale selekcjoner wyrzucił jego i Michała Żewłakowa z drużyny, po tym jak obaj wypili za dużo wina w samolocie wracającym z Ameryki. Na zmianę grali więc Fabiański z Wojciechem Szczęsnym. To był zresztą ewenement na skalę światową – o miejsce w reprezentacji rywalizowali zawodnicy, którzy na co dzień byli również konkurentami w klubie. W środowisku piłkarskim królowało wówczas powiedzenie, że „bramkarza na Euro wybierze nam Arsene Wenger".

A Wenger sam nie mógł się do końca zdecydować. W sezonie 2010/2011 Fabiański w końcu po trzech latach pobytu w Londynie został bramkarzem nr 1 Kanonierów. Miał już wówczas 25 lat i wydawało się, że wszystko zacznie się układać po jego myśli. A jednak w połowie sezonu – po 14 meczach w Premier League, pięciu w Lidze Mistrzów i jednym w Pucharze Ligi – doznał kontuzji barku, a Wenger zdecydował, że jego zastępcą nie zostanie Hiszpan Manuel Almunia, ale właśnie 20-letni Szczęsny.

Młody Polak spisywał się na tyle dobrze, że miejsce w bramce Kanonierów zachował także na kolejny sezon – ten bezpośrednio poprzedzający odbywające się w Polsce mistrzostwa Europy.

Szczęsny więc bronił w Arsenalu, a Fabiański był tylko rezerwowym – młodszy z Polaków zagrał wtedy w 38 spotkaniach Premier League, siedmiu w Lidze Mistrzów, dwóch w eliminacjach LM i jednym w Pucharze Anglii – w sumie 48 spotkań w koszulce Kanonierów. Dorobek Fabiańskiego to było sześć meczów (żadnego w Premier League) i jeden występ w rezerwach. A mimo to ani Smuda, ani szkoleniowiec bramkarzy w jego sztabie Jacek Kazimierski nigdy nie powiedzieli, że to Szczęsny będzie bramkarzem na Euro. Mało tego, w okresie bezpośrednio poprzedzającym mistrzostwa, Szczęsny wystąpił w czterech meczach, dokładnie w tylu, co jego starszy kolega klubowy. Plotka głosi, ze to nawet Fabiański miał na ostatniej prostej lepsze notowania od konkurenta, ale na zgrupowaniu tuż przed turniejem, na jednym z treningów, broniąc strzał Marcina Wasilewskiego, tak niefortunnie interweniował, że doznał kontuzji barku i na turniej w ogóle nie pojechał. W ostatniej chwili Smuda powołał Grzegorza Sandomierskiego, a dla wszystkich było jasne, że wobec urazu Fabiańskiego nie ma innego wyjścia, i to Szczęsny będzie pierwszym bramkarzem na Euro. Jak to się skończyło wszyscy pamiętamy – w pierwszym meczu z Grecją Szczęsny dostał w 70 minucie czerwoną kartkę. A przeciwko biało-czerwonym podyktowany został rzut karny. Z ławki wszedł Przemysław Tytoń i jedenastkę obronił. Wobec wykluczenia Szczęsnego to on wyszedł w podstawowym składzie na spotkanie z Rosją i zachował miejsce w drużynie na ostatni mecz w nieudanym dla Polaków Euro – porażkę 0:1 z Czechami. Fabiański to wszystko oglądał w telewizji.

Dwa lata temu Fabiański rozegrał bardzo dobre eliminacje do Euro 2016. W końcu zdecydował się odejść z Arsenalu, gdzie nigdy prawdziwej szansy nie dostał. Przez siedem lat w klubie z północnego Londynu rozegrał 78 spotkań. Nie jest to zły wynik, ale wystarczy uświadomić sobie, że jeden sezon Premier League to 38 kolejek, by zrozumieć, że Wenger nigdy tak do końca nie zaufał Polakowi. Z tych niemal 80 meczów Fabiańskiego w Arsenalu tylko 32 przypadają na Premier League, kolejne 32 to występy w obu pucharach – Anglii i Ligi (po 16), a 14 w Lidze Mistrzów.

Fabiański zdecydował się na transfer do Swansea i tam w trzy sezony zaliczył już blisko 150 meczów. Klub z Walii nie rywalizuje o mistrzostwo Anglii, raczej broni się w ostatnim czasie przed spadkiem, ale Polak jest tam doceniany i odpłaca się świetnymi występami. Gdy kadrę objął Adam Nawałka, a trenerem bramkarzy został Jarosław Tkocz, ich pierwszym wyborem był Szczęsny. Gdy jednak polski bramkarz stracił miejsce w składzie Arsenalu, w reprezentacji – w połowie eliminacji – do bramki wszedł Fabiański.

I nie oddał tego miejsca do końca kwalifikacji, w żadnym ze spotkań o punkty nie można było mu czegokolwiek zarzucić. Dlatego też trudno się dziwić, że gdy podczas poprzedzającego turniej zgrupowania w Arłamowie usłyszał, że będzie znów tylko zmiennikiem Szczęsnego, ten niespotykanie spokojny człowiek zareagował ogromną frustracją i złością. Nie mógł się pogodzić z tym, że kolejny wielki turniej przejdzie mu koło nosa, że będzie tylko rezerwowym. Czuł, że występami w Swansea i meczami eliminacyjnymi zasłużył na szansę podczas Euro. Gdy Polacy inaugurowali mistrzostwa w Nicei wygrywając 1:0 z Irlandią Północną Fabiański siedział na ławce.

A jednak Euro 2016 kończył w glorii bohatera. Kontuzja Szczęsnego oznaczała, ze na drugi mecz grupowy do bramki wszedł Fabiański. Nie puścił gola, podobnie jak w kolejnym grupowym spotkaniu z Ukrainą. Skapitulował dopiero po fenomenalnym strzale Xherdana Shaqiriego w spotkaniu 1/8 ze Szwajcarią. To jego fenomenalne interwencje sprawiły jednak, że Polacy utrzymali remis i doprowadzili do konkursów rzutów karnych. Interwencja Fabiańskiego po strzale z rzutu wolnego Granita Xhaki była jedną z najbardziej efektownych w turnieju. Po ćwierćfinałowej porażce w karnych z Portugalią Fabiański ze łzami w oczach przepraszał, że nie obronił żadnej jedenastki, mówił że powinien był bardziej pomóc. Nikt poza nim samym nie miał jednak do niego pretensji. Dla większości kibiców był bohaterem.

Eliminacje mistrzostw świata zaczął dobrze – z dziesięciu meczów kwalifikacyjnych wystąpił w siedmiu. Szczęsny w trzech, ale w tym w dwóch ostatnich. W spotkaniach towarzyskich grają na zmianę. Fabiański mówi, ze żadna decyzja nie została jeszcze podjęta, że rywalizacja trwa, nie chce sam siebie nazwać „pierwszym bramkarzem".

Prawdopodobnie podczas zgrupowania w Arłamowie znów usłyszy, że jest tylko zmiennikiem. Ale jak przyznawał ostatnio w rozmowie z „Rzeczpospolitą" od kiedy został ojcem, nauczył się cierpliwości. A Euro 2016 było dla niego też wielką lekcją: – Życie mi pokazało, że jeśli człowiek będzie sumiennie pracował, nie zgłupieje, nie zostawi swoich wartości, to los potrafi mu to wynagrodzić – mówił człowiek, który przez całą karierę musi udowadniać, że zasługuje na zaufanie.