Korespondencja z Tokio

To był finisz w wielkim stylu i chyba szczyt możliwości, bo za metą nasze wioślarki krzyknęły najgłośniej.

Srebro wywalczyły Katarzyna Zillmann, Maria Sajdak, Marta Wieliczko i Agnieszka Kobus-Zawojska. Pierwsza jest chaosem, druga siłą spokoju. Trzecią nazywają Matką Teresą, czwarta to optymistka. Tak swoje podopieczne charakteryzuje trener Jakub Urban. Sam chyba jest w tym gronie flegmatykiem, bo opowiadając o sukcesie, ani razu nie ocieplił swej wypowiedzi uśmiechem. Dziewczyny mówią o nim: – W środku to spokojny miś.

Powody do stresu trener miał, woda była wzburzona. Wioślarze z czwórki bez sternika narzekali, że w takiej sytuacji piąty i szósty tor są trudniejsze, a Polki ruszały właśnie z piątego.

– Wiedziałem, że nie mogą przespać pierwszego kilometra, bo ostatnie 500 metrów w tym sezonie zawsze było ich. Właśnie dlatego powiedziałem przed startem: „Nie bójcie się" – opowiada Urban. I się nie bały. Ruszyły mocno, choć szaleńczo do przodu wyrwały Chinki oraz Niemki. Polki długo wiosłowały na czwartej pozycji, ale piorunujący finisz przyniósł srebro.

Chinki były poza zasięgiem, a zmęczone Niemki – prowadzi je były trener Polek Marek Witkowski – popełniły błąd. Wiosło zaryło w wodę, mówi się: „złapały raka". Nasza osada do ostatnich metrów walczyła z Australijkami.

Ciemna ściana

Srebro przyniosło wybuch radości. Zillmann na mecie nie mogła złapać oddechu: śmiała się, płakała. Ostatnich dwustu metrów nie pamięta, powtórzyła to kilka razy. – Mam tylko przebłyski. Te komendy Agi: „brąz", „srebro", „Niemki". Mijane boje. Ciemna ściana. Wreszcie finisz – opowiada. Sajdak, która pływała w czwórce podwójnej już pięć lat temu, kiedy zdobywała brązowy medal poprzednich igrzysk, ciemnej ściany nie miała.

– Cały czas widziałam Kasię, miałam też na oku rywalki. Pierwszy kilometr poszłyśmy, ile się dało, a drugi był jeszcze mocniejszy. To dało sukces. Warunki były trudne, ale zdołałyśmy je ujarzmić. Płynęłyśmy z falą, a Niemki przeciwko fali – wyjaśnia. Mówi spokojnie i rzeczowo, jak na absolwentkę inżynierii materiałowej przystało, choć ma artystyczną duszę: gra na pianinie, rysuje i maluje.

Kobus-Zawojska zapowiadała przed startem, że brązu na pewno nie weźmie w ciemno, bo chce walczyć o złoto. Wśród czterech tatuaży, które ma, są przecież olimpijskie koła.

Chinki tym razem były jednak poza zasięgiem. Mają budżet oraz zasoby ludzkie, o jakich w Polsce wioślarze mogą tylko marzyć. – Mamy mniej zawodników i choć sprzęt oraz zgrupowania są na najwyższym poziomie, to środków na rozwój brakuje – rozkłada ręce prezes Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich (PZTW) Ryszard Stadniuk.

Nasze zawodniczki straciły do Chinek ponad sześć sekund, ale na mecie serdecznie się wyściskały. Niektóre na pewno poszukają rewanżu za trzy lata na igrzyskach w Paryżu.

Może to zrobić Wieliczko, która ma 26 lat. Dwa razy zdobywała z czwórką podwójną młodzieżowe mistrzostwo świata, zanim przesiadła się do łódki seniorek. Wioślarstwo ma we krwi, bo jej mama Małgorzata Dłużewska to wicemistrzyni olimpijska z Moskwy w dwójce bez sternika. – No i mamy teraz w domu dwa srebra – mówi. Kiedyś zapowiadała, że chce być lepsza niż mama. Wciąż ma szansę.

Podobno jest najlepszą kucharką wśród wioślarzy i wioślarek. Wyszła też z niej matka Teresa, to ona próbowała pozbierać koleżankom wszystkie buty.

Wygrały z wirusem

Dzień przed startem Polki próbowały o nim zapomnieć. Układały jengę, aż w hotelu zawył alarm przeciwpożarowy. Nie wiadomo, czy wieża z klocków padła, ale było trochę nerwów, bo musiały wstać przed siódmą. Dobrze, że wszystko wydarzyło się o 21.30, a nie w środku nocy.

Trener Urban był pewny, że się uda. – Nie czułem podczas biegu żadnych emocji. Niektóre z tych zawodniczek prowadzę od pięciu lat, z innymi jestem od siedmiu. Wiedziałem, co potrafią i jak są przygotowane. Dziewczyny przyjechały do Tokio, żeby wykonać zadanie. Właśnie po to mają 280 dni treningowych w ciągu roku, żeby nauczyć się radzenia z problemami – wyjaśnia.

Sajdak wymienia trzy fundamenty sukcesu osady: zgranie, jedność oraz pewność trenera. Udało się, choć na przełomie roku wszystkie chorowały na koronawirusa. Każda w innym czasie, co skomplikowało przygotowania. Kobus-Zawojska nie pojechała na mistrzostwa Europy, gdzie jej koleżanki zajęły siódme miejsce. To była w ostatnich latach jedyna ważna impreza, z której nie przywiozły medalu. Trzy lata temu, gdy były mistrzyniami świata i Europy, wioślarska federacja wybrała je na osadę roku.

Niedosyt jest

To niestety jedyny medal polskich wioślarzy na tych igrzyskach. Czwórka podwójna mężczyzn zajęła czwarte miejsce, a czwórki bez sternika kobiet i dwójka podwójna mężczyzn – szóste.

– To wynik bardzo dobry. Zakwalifikowaliśmy na igrzyska sześć osad, cztery dotarły do finału. Niedosyt jest, bo czwórka podwójna mężczyzn była blisko finału, ale wyjaśniali, że zabrakło im trochę luzu – mówi Stadniuk.

Zillmann, Sajdak, Wieliczko oraz Kobus-Zawojska zostały w Tokio pierwszymi polskimi medalistkami. Czekaliśmy na to srebro pięć dni.

– Mam nadzieję, że teraz uda się innym. Mijamy się w wiosce, czujemy jedność, trzymamy kciuki za pozostałych – mówi Zillmann. Przeprosiła też wszystkich, którym nie odpisała na wiadomości, bo przed startem usunęła z telefonu Facebooka. Potrzebowała wyciszenia, nie dodatkowej presji.

Kobus-Zawojska wcześniej, podczas rozmowy z TVP, wzięła w obronę polskich sportowców, którzy nie zdobyli medali. Podkreśliła, że nikt z nich nie zasługuje na hejt, bo już sam udział w igrzyskach wymaga ogromnej pracy i wyrzeczeń. Słusznie, kwalifikacja to często wręcz mordercze sito.

Nie wiadomo, czy sama porwie się na przygotowania do kolejnych. Ona i Sajdak mogłyby uzupełnić kolekcję, w której są już srebro i brąz.