Jest pani już o krok od ćwierćfinału, następna na pani drodze jest Ana Ivanović...

Agnieszka Radwańska:

Jak ktoś przeszedł trzy rundy Wielkiego Szlema, musi być mocny. Ana zaczęła ostatnio grać lepiej, ale już z nią wygrywałam.

Widzimy kontuzję palca, co się stało?

Zagrałam woleja i mocno otarłam palec o kort. Nie przestawało krwawić, ale spokojnie, nic się nie dzieje.

Jak się pani grało pod zasuniętym dachem Hisense Arena?

Szczerze mówiąc to, jak mi się gra, bardziej zależy od tego, kto stoi po drugiej stronie siatki. Dwa główne korty w Melbourne to zasadniczo są już hale, tylko z dziurą w dachu. To nie przypadek, że większość zawodniczek woli tutaj trenować w hali. Zasunięty dach nad jednym z kortów głównych robi więc różnicę, ale w sumie niewielką.

Potwierdzi pani, że wycofanie się z debla miało na celu oszczędzanie zdrowia?

Tak to prawda, troszkę się oszczędzam. Te kilkanaście meczów z początku roku już powoli czuję w kościach, chociaż niektóre były dość krótkie. Każde wyjście na kort jednak kosztuje zdrowie. Dodatkowy powód był taki, że miałyśmy grać pierwszy mecz deblowy w południe, w czasie największego upału, o gorsze warunki trudno. W Australian Open nie gra się także skróconych gemów, więc prawdopodobne trzy sety w upale mogły kosztować mnie za dużo.

To była tylko pani decyzja?

Tak, moja. Na początku naprawdę chciałam grać, po to przecież się zgłosiłam, ale nie wiedziałam wtedy jeszcze, że będę grała tyle meczów z rzędu. Moja deblowa partnerka Angelika Kerber nie rozpaczała, dla niej singiel też jest priorytetem, widać było, że rozumie. Dalej jesteśmy przyjaciółkami, nie jest obrażona. Zazwyczaj jako partnerki do debla wybieram singlistki, bo one zrozumieją konieczność ewentualnego wycofania się z turnieju – tak jest łatwiej.

Co powie pani o Jerzym Janowiczu?

Jest dla wielu nową twarzą w ATP Tour, więc wzbudza ciekawość. I oczywiście ma warunki, by być w pierwszej dziesiątce rankingu.

Wysłuchał w Melbourne Tomasz Lorek