Myślicie już o ćwierćfinale?

Łukasz Żygadło:

Początek igrzysk mamy bardzo miły, ale nie możemy popaść w samozachwyt. Teraz Bułgaria i dalej do przodu. Z Włochami naprawdę nie było łatwo, trzy sety były zacięte, nerwowe i mogło się różnie skończyć. Dopiero w czwartym secie poszło z górki. Nam wychodziło wszystko, a przeciwnicy tylko się temu przyglądali.

Anastasi ani razu się nie zdenerwował. Ten spokój udziela się także drużynie?

Nasz trener wie, kiedy i jak ma zareagować. Jego wybuchy złości są kontrolowane, przemyślane. Nie robi przedstawienia, tylko czasami chce nas pobudzić. W meczu z Włochami widocznie uznał, że nie musi.

Wszyscy patrzą na was jak na największą olimpijską nadzieję, tym bardziej że na razie w innych sportach nie dzieje się dobrze...

Życzymy wszystkim jak najlepiej, ale koncentrujemy się na sobie. Przyjechaliśmy tu spełnić nasze marzenia. Robimy wszystko według planu. Wcześniejsze sukcesy przyzwyczaiły nas do presji, do tego, że ciągle się o nas mówi, a kibice widzą w nas faworytów. Nie jesteśmy wcale najmocniejszą drużyną na igrzyskach, jest kilka innych reprezentacji, które na pewno świetnie przygotowały się do turnieju. Ale wierzymy w swoje możliwości i w pracę, mam nadzieję, że będziemy najlepsi.

Mówiliście, że forma przyjdzie na drugi tydzień igrzysk. Czyli z Włochami nie pokazaliście jeszcze tego, co byście chcieli?

Gramy dobrze, nie pękamy w trudnych momentach i jesteśmy jak zaprogramowani. Na mnie działa to, co widzę. Trenerzy, cała ekipa - wszyscy koncentrują się na ciężkiej pracy. Nie zajmujemy się innymi dyscyplinami, nie tracimy czasu na sprawy, które dzieją się wokół igrzysk.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

Ale pana koledzy po zwycięstwie z Włochami mówili, że to jeszcze nie to, o co wam chodzi.

Pokonaliśmy silnego przeciwnika, ale rzeczywiście kogo by pan nie zapytał - ma poczucie niedosytu. Może o to chodzi. Liczymy, że satysfakcja przyjdzie w drugim tygodniu, wiemy o tym, że najważniejszy jest ćwierćfinał, który da nam przepustkę do strefy medalowej. Nie możemy na razie o nim myśleć, bo przed nami jeszcze cztery mecze w grupie, ale w głowach siedzi, że najważniejsze dopiero przyjdzie.

Włosi mówili, że w meczu z wami nie poznawali samych siebie...

Ciężko się z nami gra, gdy już się rozkręcimy. Potrafimy doprowadzić do takiego momentu, że przeciwnik traci swoje najmocniejsze punkty. Włosi w końcówce nie istnieli. Walczymy do końca, umiemy psychicznie złamać rywala.

Odzyskaliście już świeżość?

Po Lidze Światowej potrzebowaliśmy ciężkich treningów, brakowało nam tego. Czas przed meczem z Włochami poświęciliśmy na nabieranie szybkości. Wszystko jest tak poukładane, a potwierdzają to wyniki, że dopiero dochodzimy do szczytowej formy. To daje pewność siebie i wiarę, że trenerzy wiedzą, co robią.

Wasz kolejny rywal, Bułgaria, jest słabszy niż Włochy?

W siatkówce nie ma litości dla tych, którzy zlekceważą rywala. Gdybyśmy wyszli na boisko z przekonaniem, że Bułgarzy to inna liga, dostalibyśmy w łeb.

W Earls Court możecie liczyć na doping. Pomaga?

Czuliśmy się jak w Polsce. Atmosfera była niesamowita, Włosi też byli pod wrażeniem. Dziękuję w imieniu wszystkich chłopaków. Prosimy o jeszcze.

Rozmawiał w Londynie Michał Kołodziejczyk

Teraz Bułgaria

Dzisiaj w hali Earls Court Polacy rozegrają drugi mecz w grupie – z Bułgarią. To rozbita drużyna, która przed niedawnymi finałami Ligi Światowej straciła trenera Radostina Stojczewa i dwóch zawodników, którzy poparli go w konflikcie z prezesem federacji. Do Londynu Bułgarzy przyjechali bez wielkich ambicji i chociaż w pierwszym meczu wygrali z Wielką Brytanią 3:0, nikt nie daje im szans na medal. W półfinale Ligi Światowej Polska pewnie pokonała Bułgarię 3:0.