Rz: Czy to prawda, że mógł pan zostać lekarzem?

Pieter van den Hoogenband: Ojciec jest chirurgiem, studiowałem medycynę przez rok, ale było ciężko. Niewiele jest miejsc, gdzie możesz pogodzić studia z pływaniem na wysokim poziomie. To jest możliwe w USA, gdzie są specjalne programy dla sportowców, indywidualne zajęcia czy wreszcie basen tuż przy uniwersytecie. W końcu doszedłem do wniosku, że kontynuując studia, zostanę przeciętnym lekarzem i przeciętnym pływakiem. Musiałem się skoncentrować na jednym i wybrałem pływanie. Medycyna nie była moją największą pasją. Dobrze się czuję w biznesie, zbudowałem własną firmę, doradzam ludziom, potrafię ich motywować.

A nie myślał pan o powrocie do pływania?

Nigdy. Samo słowo „powrót" sprawia, że aż przechodzą mnie ciarki. Byłem zawodnikiem, który musiał w 100 procentach wierzyć w to, że może osiągnąć sukces. Inaczej brakowało mi motywacji. Moim marzeniem było wygranie olimpijskiego finału 100 metrów kraulem trzy razy z rzędu. Udało się w Sydney i Atenach, ale w Pekinie już nie. Zająłem piąte miejsce, nie byłem w stanie walczyć o złoto. Trzy lata wcześniej miałem operację pleców, ogromne problemy z ramieniem, mniejsze urazy. Ale walczyłem o to trzecie złoto ze wszystkich sił. Po finale zrozumiałem, że już nie mogę być najlepszy.

Obudził się pan następnego ranka i po prostu nie poszedł na basen?

Tak. Ale szczerze mówiąc, to był dziwny czas. Pływaniu oddałem 20 lat, mój trener i przyjaciel Jacco Verhaeren powiedział, że po zakończeniu kariery powinienem przez pewien czas trenować na spokojnie, żeby moje ciało dostosowało się do nowego etapu w życiu. Przez rok pływałem wyłącznie dla przyjemności. Teraz od czasu do czasu wskakuję do basenu, dbam o siebie, lubię się czuć sprawny fizycznie. Po zakończeniu kariery dobrze mieć wokół siebie życzliwych ludzi, którzy mogą cię wesprzeć radą czy też potrzymać przed tobą lustro, abyś zobaczył, czy to, co robisz, jest dobre.

Jaki jest teraz pana cel nr 1?

Organizacja w Holandii igrzysk olimpijskich. Myślę o 2028 roku, ale może trzeba będzie poczekać dłużej. Dwa lata temu byłem w Londynie i po raz pierwszy doświadczałem igrzysk z perspektywy widza. Czułem niesamowitą energię, ludzie byli dumni, że mają u siebie taką imprezę. Chciałbym, aby tak poczuli się też Holendrzy. A może rozwiązaniem na przyszłość jest walka o medale olimpijskie w kilku krajach europejskich? Pływanie byłoby w Polsce, lekka atletyka w Holandii, ceremonia otwarcia jeszcze gdzie indziej. Dobrze jest marzyć i mierzyć naprawdę wysoko.

Holandii brakuje teraz pływaków takich jak pan...

Dojście do pewnego, nawet wysokiego, poziomu jest dość łatwe. Problemy zaczynają się później. Nie każdy może być mistrzem. Chodzi o stronę fizyczną, ale też mentalną. Czasem trzeba poczekać, aż wszystkie elementy złożą się w całość, czasem ten moment nigdy nie nadchodzi. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć. Kiedyś, gdy obserwowałem Aleksandra Popowa (rosyjski pływak, mistrz olimpijski i rekordzista świata – przyd. red.), myślałem: „OK, jest wielki, ale na drugiej długości basenu na 100 metrów kraulem mogę go pokonać". I robiłem wszystko, żeby tego dokonać. Podczas przygotowań do ważnych startów wielokrotnie nie mogłem brać udziału w urodzinach bliskich czy innych ważnych uroczystościach. Kiedy musiałem się tłumaczyć, opowiadałem o prezydencie Johnie Kennedym, który pewnego dnia zebrał swoich ludzi w Gabinecie Owalnym. Gdy zapytali, o co chodzi, odpowiedział: „Musimy wysłać człowieka na Księżyc, zanim zrobią to Rosjanie". To był wyścig taki jak mój.

Cieszy się pan życiem, spełnia poza basenem. Nie każdemu się to udaje. Przykładem Ian Thorpe, który od lat walczy sam ze sobą...

To bardzo smutne. Po igrzyskach w Pekinie Holendrzy nazwali basen w Eindhoven moim imieniem. Była piękna uroczystość. Ian Thorpe specjalnie dla mnie przyleciał aż z Sydney. Kiedy go zobaczyłem, zabrakło mi słów, a on podszedł do mnie i powiedział: „To dla ciebie bardzo ważna chwila, chciałem być przy tobie". Tyle lat ścigaliśmy się ze sobą, byliśmy przeciwnikami... Zachował się wyjątkowo, ale on właśnie taki jest. Potem długo rozmawialiśmy, była jego mama i moja rodzina. W pewnym momencie musiałem usiąść, bo po igrzyskach miałem problemy z plecami. Jemu z kolei bardzo dokuczało ramię. To było zabawne, co chwila jeden z nas jęczał i wzdychał z bólu. My, wielcy pływacy, byliśmy w gorszym stanie niż nasi rodzice! Rozmawialiśmy o tym, co będziemy robić w kolejnych latach. Później ciężko było mi patrzeć, jak zmaga się z życiem. Niedawno zrzucił z siebie ciężar i powiedział otwarcie o swojej seksualności. Mam nadzieję, że teraz będzie mu łatwiej i wszystko sobie ułoży.

Od pewnego czasu jest ?pan związany z holenderską pływaczką Ranomi Kromowidjojo. Doradza jej pan?

Prawie nie rozmawiamy o pływaniu. Ja już swoje zrobiłem, teraz mam inne cele. Nie chcę być zgryźliwym staruszkiem, który będzie ją pouczał: „Za moich czasów..." czy „Jak ja wygrywałem...". Ona koncentruje się na swojej karierze. Poza tym ma trenera, z którym może porozmawiać o każdej porze. Jest mistrzynią olimpijską, wspaniałą pozytywną osobą. Może liczyć na moje wsparcie, ale ma własny wyścig.